Dlatego, że mieszkamy zaraz za szkołą „Dwójką” w Złotowie, słyszymy nawet wzywający na lekcje dzwonek, poza tym chłopcy chodzili do Przedszkola Nr 2 i mają stamtąd kolegów. A ja spędzam w pracy tak dużo czasu, że musieliby często długo na mnie czekać, podczas gdy w Złotowie sami wracają do domu.
Oczywiście, że nie. Małe klasy, indywidualizacja nauczania i kontrola nauczyciela nad dziećmi. Nikt się nie ukryje jeśli jest nieprzygotowany.
Tak samo. W związku z tym, że jestem dyrektorem, to wiem o czym mówię. Wiem, że tak naprawdę jest.
Reklama
Póki co nie. Pracuję tutaj już piętnaście lat, odkąd skończyłam studia. Czuję się częścią tej wsi, znam większość mieszkańców (dziadków, rodziców, dzieci), ale nigdy mi nie przyszło do głowy, żeby się tutaj przeprowadzić. To, że nie jestem stąd jest plusem. Większość moich nauczycieli tu mieszka, część nawet kończyła tę szkołę i ma bliskie kontakty z rodzicami naszych uczniów, co może powodować pewien dyskomfort w relacjach na linii wychowawca/nauczyciel – rodzic, a ja jestem neutralna. Takie spojrzenie z zewnątrz jest potrzebne. To jest też kolejny powód dla którego moje dzieci nie chodzą do szkoły w Starej Wiśniewce – nie chciałabym uczyć własnych synów. W swojej szkole są uczniami jak wszyscy inni, nie czują, że są na każdym kroku przez mamę kontrolowani i też nikt im nie zarzuci, że są lepiej traktowani czy oceniani, bo ich mama jest dyrektorem. Taka sytuacja jest bardziej komfortowa zarówno dla nich, jak i dla mnie.

[[pay]]
Zdecydowałam się wystartować w konkursie na dyrektora po aprobacie środowiska.
Nie, ale zostałam „namaszczona” przez pana Olka Kaszubę, który na dwa lata przed końcem kadencji zapowiedział, że nie będzie startować w konkursie. Na którejś z rad pedagogicznych wspomniał, że zależy mu, aby dyrektorem był ktoś z naszego grona pedagogicznego. Zaproponował mnie. Dopiero gdy to powiedział zapytałam siebie: ja? A potem odpowiedziałam: dlaczego nie. Zrobiłam studia podyplomowe z organizacji i zarządzania w oświacie, i poszłam za ciosem.
Reklama
Tak, czuję się swoja. Swoja czułam się już przed zostaniem dyrektorem. Nie wpadałam do szkoły na chwilę, ale miałam sporo zajęć, w tym pozalekcyjnych. Do tego jakiś czas prowadziłam zajęcia aerobiku dla pań. Udzielałam się też w środowisku lokalnym, włączałam w organizację imprez jak Międzynarodowy Turniej Piłki Nożnej Chłopców, Dni Kwitnących Wiśni czy dożynki. Myślę, że dałam się ludziom poznać z dobrej strony.
Akurat my na tej reformie zyskaliśmy, gdyż doszedł nam jeden oddział, co oznacza dodatkowe godziny dla nauczycieli – z matematyki, polskiego, angielskiego... Obawy o ilość godzin mieli raczej nauczyciele gimnazjum.
Rodzice też tej reformy się nie wystraszyli. Z tego co wiem, to raczej byli zadowoleni z faktu, że ich dzieci zostają tutaj dłużej, nie muszą dojeżdżać i wcześniej wstawać. No i że dzięki szkole na miejscu mają większą kontrolę nad pociechami wchodzącymi w trudny okres dojrzewania. Wagary? Tutaj tego nie ma. Rodzicom łatwiej jest też kontaktować się ze szkołą na miejscu.Reklama
Obawiałam się, że nie znajdę nauczycieli do tych „nowych” przedmiotów jak fizyka, biologia, czy chemia, ale udało się to zrobić. Oni do nas dojeżdżają, bo tych godzin nie mają dużo i dla mnie jako dyrektora starają się być w pełni dyspozycyjni, ale bywa to trudne, bo mają godziny w dwóch – trzech innych szkołach. Często terminy się pokrywają, więc ustalenie takiego planu lekcji, który będzie odpowiadał wszystkim nauczycielom jest sporym wyzwaniem. Zwłaszcza, że nie zamierzam utrudniać tym nauczycielom pracy w innych placówkach.
Akurat nam udało się tak ułożyć plan, by uniknąć takich sytuacji. Poprosiłam tych nauczycieli o informację kiedy są dyspozycyjni i dostosowałam plan pod ich możliwości.
Reklama
Pod tym względem mamy kłopot, choć przecież kiedyś była tutaj szkoła ośmioklasowa. W wakacje musieliśmy przygotować salę lekcyjną dla kolejnej klasy. W tym roku kupiłam nowe, wyższe ławki i krzesła, sukcesywnie wymieniam meble. Zakupiłam też pomoce naukowe do nowych przedmiotów, bo stare pomoce przekazaliśmy niegdyś do gimnazjum.
Niestety wiem, że jeśli chodzi o większą salę gimnastyczną, to nie mam na nią szans. Walczę więc o remont asfaltowego boiska, na którym dzieci doznają otarć i które nie służy nam najlepiej. Takie boisko wielofunkcyjne jak przy „Orliku” sprawdziłoby się u nas doskonale.
Tak też czuję się z tym boiskiem, którego modernizacja kosztowałaby w granicach 250-400 tys. zł. Takich dużych pieniędzy niestety nie jestem w stanie sama zdobyć.
Reklama
Niektórzy radni „przebąkiwali” o tym podczas sesji Rady Gminy Zakrzewo, ale oficjalnie takich rozmów nie było. Na dziś nie czuję takiego zagrożenia.
Dodam, że jeśli powstałoby takie boisko, to mogliby z niego korzystać wszyscy mieszkańcy, popołudniami i w weekendy. Skorzystałaby na tym cała wieś.
W pierwszej kadencji moim priorytetem był remont toalet, które powstały w 1989 roku (część budynku szkoły została dobudowana właśnie w tym roku). Zrobiłam to przy pomocy bardzo prężnie działającej rady rodziców i sponsorów. Jeden z przedsiębiorców wyłożył na to 10 tys. złotych! Tak musimy sobie radzić.
To Rada Gminy Zakrzewo podjęła decyzję o utworzeniu zespołu szkolno–przedszkolnego, ja mogłam jedynie przystąpić do konkursu bądź nie. Zgodziłam się, bo odezwała się we mnie dusza sportowca, a prowadzenie zespołu mieszczącego się w dwóch oddalonych od siebie budynkach jest dużym wyzwaniem. Nie pracowałam w przedszkolu, więc wielu rzeczy będę musiała się nauczyć (w tej kwestii liczę na pomoc pani Joli Kaczmarek, dotychczasowej dyrektor). Myślę, że nawiążę dobry kontakt z pracownikami przedszkola i wspólnie wypracujemy system pracy korzystny dla obu placówek. Tak, aby żadna z nich nie czuła się odsunięta na boczny tor.
Reklama
Na pewno, ale jestem już spokojniejsza, bo udało się stworzyć stanowisko pracy dla sekretarki, której nie było dotąd ani w szkole, ani w przedszkolu. Dzięki temu odciąży to mnie jako dyrektora od części obowiązków i sprawi, że będę mogła więcej uwagi i czasu poświęcić sprawom organizacyjnym szkoły i przedszkola. Wstępnie myślałam o osobie, która pracuje już w przedszkolu. Pół dnia mogłaby ona pracować tam, jak do tej pory, a drugie pół w szkole. Byłaby takim naszym łącznikiem.
Na chwilę obecną jedynie takie, że przedszkolaki będą mogły skorzystać z naszej sali, czy wziąć udział w zajęciach z młodszymi klasami. Poza tym może uda mi się uruchomić dożywianie w szkole, bo przedszkole dysponuje kuchnią. Zobaczymy… czas pokaże.
Reklama
Myślę, że uczniowie darzą mnie zaufaniem i jeśli mają problemy, to otwarcie ze mną rozmawiają. Czasami się chwalą, czasami żalą, ale nie ma między nami bariery. Czy jestem dla nich mistrzem? O to trzeba by ich zapytać. Choć bardzo często odwiedzają mnie uczniowie gimnazjum, którzy wyszli spod mojej ręki i opowiadają o sobie, ocenach i życiu. Gdyby nie mieli ze mną wcześniej dobrego kontaktu, to by do mnie nie przychodzili. Niektórzy wychowankowie chcieliby nawet wziąć udział w naszych zajęciach np. sportowych. To o czymś świadczy.
Rozmawiał Łukasz Opłatek[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Dobra dziewczyna :-)
Wspaniały dydaktyk i swietny dyrektor. Pani Agnieszko - wszelkiej pomyślności dla Pani i całej Rodziny, a także samych sukcesów dla szkoły i jej wychowanków.
Super Aga. Gratulacje :)
Dobra dziewczyna :-)
Wspaniały dydaktyk i swietny dyrektor. Pani Agnieszko - wszelkiej pomyślności dla Pani i całej Rodziny, a także samych sukcesów dla szkoły i jej wychowanków.
Super Aga. Gratulacje :)