Kiedy w 2005 roku otrzymałem dekret kierujący mnie na parafię w Fanianowie prawie nie znałem tych stron. Będąc jeszcze dzieckiem, podróżując trabantem razem z rodzicami do rodziny mamy w Jastrowiu czy Wałczu możliwe, że coś tam zza szyby widziałem, ale chyba za mało. Później, będąc już w gnieźnieńskim seminarium sporo się o Łobżenicy mówiło. Lata 80. i wcześniej to był czas, gdy z tego terenu było bardzo dużo powołań. Jako kleryk uczestniczyłem nawet w mszach św. prymicyjnych w kościele św. Trójcy, które odprawiali ks. Tomasz Latanowicz i ks. Andrzej Rogowicz. Poznałem i bywałem też w Sanktuarium w Górce Klasztornej, jednak na wiele lat ten „kontakt” z tą ziemią, z Krajną się urwał.
Bycia proboszczem w Fanianowie trochę się obawiałem. Pochodzę z Bydgoszczy i tak się składa, że nie miałem rodziny poza miastem. Nie miałem więc ze wsią żadnej styczności. Często jako dziecko zazdrościłem kolegom, że jechali w wakacje do babci i dziadka na wieś. Dyskutowałem nawet z rodzicami, dlaczego moi dziadkowie też tak nie mieszkają. Do Fanianowa przyszedłem z parafii w gwarnym, bydgoskim śródmieściu. Efekt był taki, że przez wiele nocy nie mogłem zasnąć, bo było zbyt cicho i zbyt ciemno. Z tamtego okresu zapadły mi w pamięć też moje pierwsze dożynki parafialne. To było coś, czego w mieście się nie uświadczy. Skala przygotowań, zaangażowania parafian przypominała to co dzieje się w Kościele w czasie świąt Wielkanocnych. Już po mszy dożynkowej przypadkiem usłyszałem wymianę zdań dwóch parafianek na mój temat. Brzmiała mniej więcej tak: „Jak na miastowego to kazanie ładne powiedział”. To była dla mnie niesłychanie pochlebna opinia. Szybko się tam też zadomowiłem. Zacząłem doceniać i ciszę, i ciemność, i to, że po świeże warzywa do śniadania czy obiadu można pójść do własnego ogródka.
Z punktu widzenia organizacyjnego - nie. Poznałem już wtedy okolicę, trochę ludzi, wiedziałem, gdzie jest bank, urząd, fryzjer, inne kościoły, gdzie, kogo i o co zapytać jeśli trzeba było rozwiązać jakąś sprawę. Natomiast Łobżenica to zupełnie inna niż Fanianowo parafia. Raz, że większa, bo liczy prawie 5000 osób, to jeszcze znacznie bardziej zróżnicowana, bo podzielona na miasto i kilka różnych od siebie wsi. Jednak tutaj też szybko się zadomowiłem. Kiedy mówiłem: to nasze miasto, nasza parafia czy nasza gmina – to faktycznie tak czułem, choć jestem tu mieszkańcem napływowym. Po tylu latach śmiało mogę powiedzieć, że jestem trochę z Łobżenicy. Włożyłem w pracę tu sporo serca. Tak zwyczajnie, po ludzku jest trochę żal odchodzić, jednak ks. biskup widzi mnie w innym miejscu, w innych zadaniach i wypada to uszanować. Na pewno łatwiej było mi przejść z Fanianowa do Łobżenicy niż teraz z Łobżenicy do Bydgoszczy. Tam czeka nieznane.
Reklama

Zeszłoroczna parafiada. Ks. Karol prezentował wówczas walory użytkowe widocznej na zdjęciu hulajnogi. Obyło się bez jazdy próbnej
Przez te osiem lat jako parafia zrobiliśmy naprawdę bardzo wiele, często wbrew logice, często za głosem serca. Teraz pozostaje mi tylko, gdy może za pół roku będę jechał przez Łobżenicę zerkać w górę na ulicy Sikorskiego, czy na kościele św. Szczepana jest już wyremontowany dach. Miło byłoby brać udział w finale tego zadania. W rozmowie z ks. biskupem niecałe dwa tygodnie temu poinformowałem o inwestycjach w parafii i uzyskałem informację, że te będą kontynuowane przez mojego następcę. Ponadto w kościele parafialnym w wakacje powinny pojawić się kolejne dwa wyczekiwane witraże. Tak jak już mówiłem, włożyłem tu sporo serca, bo czułem, że tak właśnie trzeba. Ponadto bez wielu osób przychylnych parafii i mnie wiele nie udałoby się zrobić. Zdaję sobie sprawę, że moje odejście nie jest trudne tylko dla mnie, ale też dla wielu z tych zaangażowanych w mniejsze i większe przedsięwzięcia parafii. Dziękuję im za to i zapewniam, że nie zrobiłem niczego, żeby stąd odejść. Odchodzę, ale przecież świat się nie zawala. Parafia trwa blisko 900 lat, dekanat łobżenicki 400 lat i nic nie wskazuje na to, żeby coś się miało nagle zmienić.
Reklama
Kiedy jest się młodym, to choćby wysyłali człowieka na Antarktydę – nie stanowi to większego problemu. Łatwo się spakować i ruszyć w drogę. Z wiekiem docenia się bliskość rodziny, przyjaciół, a nawet miejsc, do których ma się sentyment. Skłamałbym mówiąc, że nie cieszę się, że mój brat będzie niemal moim sąsiadem, że będzie bliżej na grób rodziców, dziadków. Z drugiej jednak strony w Bydgoszczy i do tej pory bywałem często, więc te więzi z rodzinnym miastem nigdy nie zostały mocno zerwane. Myślę, że podobnie będzie i z tą ziemią. Fanianowo już na zawsze będzie tą „pierwszą miłością”, moją pierwszą parafią, gdzie zostałem proboszczem. Łobżenica i okolice pozostaną w sercu jako wyjątkowe miejsca, którym wiele ofiarowałem, ale też wiele w sensie niematerialnym - duchowym otrzymałem. To tak zwyczajnie po ludzku miłe, gdy jedna z parafianek na finał mojej posługi tu powiedziała mi, że szkoda jej, że odchodzę. Chwilę później jednak dodała, że życzy mi powodzenia w dalszej pracy, w dalszej służbie.
Póki co trochę dowiedziałem się przez telefon. Przez przygotowywanie, a później rozliczanie parafiady, organizację parafialnych kolonii i inne obowiązki nie było czasu pojechać, ale wybiorę się tam w tym tygodniu. To parafia pw. św. Mikołaja w Starym Fordonie. Liczy około 11.000 osób. Nie ma tam nowoczesnego kościoła, nowoczesnej plebanii, z którymi myślącym o Fordonie zwykła się kojarzyć ta część Bydgoszczy. Najpewniej dlatego i z powodu bardzo ładnego położenia w zabytkowej zabudowie i niedaleko Wisły odbywa się tam aż sto ślubów rocznie. Kościół jest tylko jeden, a więc mniej niż miałem w dotychczasowych probostwach. Mimo to pewnym jest, że stanę przed wielką niewiadomą, co mnie tam czeka. To jest jednak wpisane w posługę księdza.
Reklama
Wizja tych najbliższych dni mnie trochę przeraża. Muszę przekazać parafię mojemu następcy, co wiąże się z przygotowaniem inwentaryzacji, szczegółowym poinformowaniem go o wszystkich sprawach, wdrożeniem w parafię. Kiedy się będę pakował – jeszcze nie wiem, bo mam mnóstwo zaproszeń od osób, rodzin, grup, organizacji, stowarzyszeń, które chcą mnie pożegnać. To dla mnie bardzo miłe, bo jeszcze raz podkreślę, że czuję się w pewnym sensie stąd, czuję, że będę tęsknił i wcale nie wykluczam, że rozkleję się podczas pożegnalnej mszy św., która będzie miała miejsce o godzinie 18:00 w najbliższy czwartek 22 czerwca.
Rozmawiał Sz. Chwaliszewski
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze