Strażackiego bakcyla albo się ma, albo nie i to punkt wyjścia dla poświęcenia się tej służbie. Mnie to wzięło w 1969 roku i jeszcze mi nie przeszło. Docenienie w środowisku jest miłe, jednak to czy zostanę strażakiem roku, czy też nie, nic nie zmienia w moim podejściu do straży. To całe moje życie.
Co ciekawe - nie. Mój tata był organistą. Zaczęło się natomiast przez Jana Waldowskiego, obecnie patrona OSP w Krajence, a wówczas prezesa jednostki, który był bratem mojej mamy. Niesamowicie inspirował nas, młodych. W wieku dwunastu lat, czyli w momencie, gdy tylko było to możliwe, zapisałem się do Młodzieżowej Drużyny Pożarniczej wraz z kuzynem Markiem Waldowskim. To były czasy, gdy w regionie przez wiele lat nie było na nas mocnych na zawodach strażackich. Straż tak weszła mi w krew, że nigdy nie myślałem, czy mógłbym robić coś innego. Owszem, życie pokazało swoje, bo był czas, że choć chciałem być zawodowcem, miałem zbyt wysokie wykształcenie. Ze średnim wtedy do straży nie bardzo chcieli brać. Tak zostałem kierownikiem młyna w Krajence, także mąkę też potrafię zrobić. Później pracowałem w urzędzie jako inspektor do spraw wojskowych i chociaż to też była styczność ze służbą, tyle że wojskową, to jednak w kamasze mnie nie ciągnęło. Gdy w 1992 roku powstała Państwowa Straż Pożarna, w strukturach, które znamy w dzisiejszym rozumieniu, ponowiłem próbę bycia zawodowcem, tym razem z powodzeniem.
Reklama

[[pay]]
Do zarządu trafiłem w 1977 roku, naczelnikiem jestem od 1985 r. Jeśli się wyrastało przy tej jednostce, trudno nie mieć do niej sentymentu. Każdy wolny czas po służbie zawodowej spędzałem tu. Ponadto oprócz funkcji gospodarza byłem i jestem odpowiedzialny za szkolenie młodzieży. Tym samym nadal możemy się pochwalić godnymi wynikami na zawodach sportowo-pożarniczych, ale też podczas turnieju wiedzy pożarniczej. Staram się, by rok w rok był nabór potencjalnego, nowego zastępu, żebyśmy mieli w składzie młodych ludzi. Obecnie średnia wieku, jeżeli chodzi o strażaków wyjeżdżających do akcji z naszej jednostki, wynosi 24 lata, przy czym ja, mając 60-tkę na karku, trochę ją zawyżam (śmiech).
Reklama
Zawody zawsze bardzo przeżywałem i faktem jest, że dość głośno. Straż to twarda służba, gdzie mobilizacja drużyny to podstawa dla sprawnie przeprowadzonej akcji. Jeśli wiedzą, jak zachować się na ćwiczeniach, dadzą sobie też radę podczas prawdziwego zagrożenia. Młodzież z naszej jednostki wie, że jeśli chodzi o starty i rywalizację jestem krótki. Wiedzą też jednak, że gdy emocje opadną, nierzadko świętujemy zwycięstwo, to moje oblicze się zmienia. Robię to trochę w starym stylu, w takim jak mnie kształtowano, bo wiem, że to przynosi sukces. Nie chodzi też o to, by ciągle ich ścigać i na nich krzyczeć. Stwarzamy młodym warunki, by mogli się w straży rozwijać. Regularnie, w grupie kilkunastu osób spotykamy się niemal co sobotę, ćwiczymy, przyswajamy teorię, poznajemy nowe techniki i sprzęt. Między innymi dzięki temu, że gros z naszych wychowanków pracuje w PSP, także jeździmy do jednostek zawodowych, by tam się doszkalać. Co jakiś czas odbywa się dzień gospodarczy, czyli sprzątanie, przegląd sprzętu. To wszystko musi chodzić jak w zegarku.
Przedstawiając to na naszym przykładzie, chyba najlepszą motywacją jest fakt, że ten bakcyl, którym jest bycie strażakiem, może zostać sposobem na życie. Mamy wiele takich przykładów na przestrzeni lat. Zaczęło się od młodzieżowych drużyn pożarniczych, skończyło na Państwowej Straży Pożarnej i to w całym kraju. Znaczenie ma sprzęt. Nie ustajemy w dążeniu, by w Krajence był nowy, ciężki wóz, bo przez lata taki tu stacjonował i jest taka potrzeba. Sądzę, że ważna jest też atmosfera w jednostce. Oprócz ćwiczeń i szkoleń, które wymieniłem, gramy też w siatkówkę czy halówkę albo jeździmy np. na wycieczki. W ubiegłym roku byliśmy w Chorwacji. Ponadto mamy specjalny strażacki pokój, gdzie można zarówno odpocząć po akcji, ale też umówić się z kumplami, żeby obejrzeć mecz. To przyciąga do jednostki, bo można się w niej poczuć prawie jak w rodzinie i prawie jak w domu.
Reklama
Nie. Zachowuję się zupełnie inaczej niż na zawodach. Ruszając do akcji mobilizacja udziela się sama od dźwięku syreny, chwili gdy wiemy, do jakiego zdarzenia jedziemy. Jeśli też jestem w zastępie, to moim zadaniem jest, by tak pokierować drużyną, aby jej działanie było szybkie i profesjonalne. Krzyk tu nic nie wnosi. Rozdzielam zadania, doglądam, sprawdzam, działam, jednak cały czas zachowując zimną krew. Jeśli zastęp zobaczyłby, że ja jestem zdenerwowany, nie panuję nad sytuacją, mogłoby im się to udzielić. Często, gdy już po akcji rozmawiamy na jej temat, analizujemy ją, podkreślają, że czuli się ze mną pewnie. Tak jak już mówiłem – szorstkość, twardość jest tam, gdzie musi być, żeby czasem obudzić mobilizację. Autorytet w straży buduje się przez lata postawą w chwilach zagrożenia.
Nie mamy spięć. Wiedzą, że doświadczenie jest kluczowe w tej służbie, by dobrze działać. Gdy jest alarm i przybiega kilkanaście osób – mam wpływ na obsadę zastępu, tak aby do trudnych zdarzeń jechały odpowiednio wyszkolone osoby. Od 1985 roku nie zdarzyło się, żeby OSP w Krajence nie wyjechała zadysponowaną ekipą. Są strażacy, którzy lepiej radzą sobie na pożarach, są tacy, którzy sprawdzają się podczas wypadków. Z pewnością nie traktują mnie jako starszego pana, który próbuje ich ustawiać. Nie daję im też do tego powodów, np. nie ustępując sprawnością. Kiedyś zostaliśmy wezwani do akcji poszukiwawczej ludzi, którzy wypadli na stawie z łodzi. Dojechaliśmy dokąd się dało, dalej trzeba było dotrzeć na nogach. Podzieliliśmy się na dwie drużyny, żeby jak najszybciej obiec zbiornik dookoła, bo nie było dokładnej informacji, gdzie są poszkodowani. Ruszyłem ile sił w nogach. Po jakimś czasie odwracam się, a za mną pusto. Nadałem takie tempo, że młodzi nie nadążyli. Po wszystkim zwrócili na to uwagę, że pomimo siwych włosów nadal daję radę.
Reklama

- Autorytet w straży buduje się przez lata postawą w chwilach zagrożenia - mówi Piotr Baranowski, który jeszcze przez kilka lat będzie mógł czynnie uczestniczyć w akcjach ratunkowych
Przez lata służby się uodporniłem. Śpię spokojnie, choć na tyle czujnie, by zawsze słyszeć dźwięk syreny. Jedną z najtrudniejszych dla mnie akcji był wypadek przed Skórką, gdzie na łuku drogi zderzyły się dwa samochody i w sumie zginęło sześć osób. Widok po dojeździe na miejsce był przerażający nawet dla mnie. Nogi mi się na chwilę ugięły. Dwie osoby jeszcze żyły. Wyciągaliśmy ich z tych wraków. Po akcji proponowano nam pomoc psychologa. Nie skorzystałem.
Co do innych sytuacji to zdarzyło się też, że osoba poszkodowana zwracała się do mnie po imieniu, a ja nie mogłem jej poznać, bo tak zmienił się jej wygląd na skutek obrażeń. Trzeba było improwizować, podtrzymywać tego człowieka na duchu, rozmawiać z nim. Dopiero później dowiedziałem się, kto to był. Na szczęście nie musiałem nigdy ratować nikogo ze swojej rodziny. To mógłby być moment, gdy tej zimnej krwi by mi zabrakło, choć wolę się o tym nigdy nie przekonać.Reklama
Wiele lat temu, gdy trochę zaniemogłem na zdrowiu, lekarz zalecił mi więcej ruchu. Stwierdziłem, że rower będzie dobrym rozwiązaniem i wkręciłem się w jazdę na nim tak mocno jak w straż. Obecnie nie wyobrażam sobie dnia bez rowerowej wycieczki. Dziennie, w zależności od pogody pokonuję od 30 do nawet 100 kilometrów. Dla wyjaśnienia, ta setka to na dwie tury. Rano pięćdziesiąt i po obiedzie pięćdziesiąt. Zabawne jest to, że moje zmagania obserwują sąsiedzi, którzy dopytują, gdzie byłem i ile kilometrów zrobiłem. Byli też chętni, by ze mną jeździć, ale podobnie jak we wcześniejszej historii narzucam trochę za szybkie tempo, co nie wszystkim pasuje. Poza tym lubię jeździć sam. Bez słuchawek w uszach, napawać się przyrodą, jej dźwiękami, zapachami, kolorami. Oprócz walorów zdrowotnych ma to też aspekt szkoleniowy. Jeżdżę bocznymi drogami, więc znam wiele skrótów, dojazdów i objazdów w okolicy. To się przydaje na akcjach.
Będę nadal żył strażą. Po tak wielu latach nie da się z nią rozstać ot tak. Nadal będę budził się na alarm, gdy ten rozlegnie się w środku nocy, śledził akcje, pomagał w szkoleniach młodzieży, starał się i dbał o sprzęt. Z pewnością chcę aktywnie działać na rzecz jednostki dopóki mi sił wystarczy.
Reklama
Rozmawiał Sz. Chwaliszewski[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Porządny człowiek w pełni oddany swojej pasji. Takich strażaków już coraz mniej..
super czlowiek trenowal mnie do zawodow pozarniczych lata 1987/88 super przygoda byc strazakiem
Porządny człowiek w pełni oddany swojej pasji. Takich strażaków już coraz mniej..
super czlowiek trenowal mnie do zawodow pozarniczych lata 1987/88 super przygoda byc strazakiem