Reklama

Jolanta i Andrzej Konitzerowie - historia z muzyką w roli głównej

19/12/2017 17:30
Pół wieku na scenie, setki koncertów, tysiące godzin spędzonych na próbach

Jednymi z pierwszych dźwięków zapamiętanych z dzieciństwa przez Andrzeja Konitzera jest muzyka płynąca z pianina w rodzinnym domu.

Do Łobżenicy przyszliśmy z Bydgoszczy. Tata, Paweł Konitzer, był adwokatem i dostał pracę w miejscowym sądzie, mieszczącym się w dzisiejszym budynku Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego. Głównie on grywał na tym pianinie

– wspomina pan Andrzej. Jemu nie od razu dane było opanować klawiszowy instrument.

Na lekcje gry rodzice posyłali mojego brata. Ja zdolności widocznie odziedziczyłem w genach

Reklama

– śmieje się. Choć muzyka zawsze była mu bliska, poważna przygoda z nią zaczęła się w czasach szkolnych.

Miałem 15 lat, był początek lat 60–tych. Wciągnął mnie w to Wojtek Balcerowicz, mój kolega z ławki, człowiek o ogromnym talencie muzycznym. Stwierdził, że mam dobry słuch i będę się nadawał na perkusistę w szkolnym zespole. Naszym kapelmistrzem był Albin Arkuszewski. Odnieśliśmy nawet kilka sukcesów, m.in. na szczeblu powiatowym w Nakle nad Notecią i wojewódzkim, w Inowrocławiu

– mówi pan Andrzej. Zafascynowani takimi zespołami jak The Beatles, The Who czy The Animals młodzi chłopcy z Łobżenicy doszli jednak do momentu, gdy współpraca z ich „mistrzem” groziła załamaniem muzycznego rozwoju.

Reklama

Niepokorność, brak uległości, otwarcie na nową muzykę sprawiły, że zostaliśmy wyrzuceni z zespołu

– wspomina pan Andrzej.

Łobżanie jak Polanie

Zapatrzeni w swoich idoli outsiderzy ze szkolnej kapeli postanowili grać ostrzej niż dotychczas.

Razem z Witkiem Lupą ćwiczyliśmy na zwykłych „pudłach”. Szybko zaczęliśmy je usprawniać. Dołożyliśmy do nich np. słuchawki telefoniczne, a za wzmacniacz służyło nowiutkie, bardzo dobre i mocne, bo 20–watowe, lampowe radio Beethoven. Nie muszę chyba tłumaczyć, jak taka „elektronika”, z dzisiejszego punktu widzenia się sprawdzała. Wtedy jednak dawało nam to mnóstwo radości

Reklama

– śmieje się pan Andrzej.


Pozostało jeszcze 86% tekstu[[pay]]

Okazją do sprawdzenia się przed publicznością był pierwszy występ sceniczny.

Zupełnie przypadkowo trafiliśmy jako zespół na imprezę sylwestrową organizowaną dla pracowników Powiatowej Rady Narodowej w Wyrzysku. Rzekomo zaprzyjaźniony pianista, który załatwiał to granie chciał nas wówczas wykiwać. Pomogły negocjacje werbalne i... przyciśnięcie go do ściany. Wtedy liczył się dla nas każdy grosz

– wspomina Andrzej Konitzer, który na studiach, w uczelnianym zespole „Żak” przeszedł z perkusji na gitarę.

Reklama

Zespół Łobżanie powstał w 1966 roku. Jego założycielami byli Wojciech Balcerowicz i  Andrzej Konitzer. W pierwszym składzie występowali również: Witold Lupa, Łucjan Płaczek i Janusz Szymaniak.

Inspiracja dla nazwy wzięła się od kapeli rhythm & bluesowej Polanie, która wystartowała rok wcześniej. Ponadto byliśmy i jesteśmy zakochani w naszej Łobżenicy, stąd gdy rzuciłem hasło, że będziemy się nazywali Łobżanie, nikt nie oponował

– mówi pan Andrzej. W rozkręceniu nowej kapeli pomógł Stanisław Lewandowski. Ówczesny prezes Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” w Łobżenicy nie tylko zadbał o miejsce na próby, nad dzisiejszym sklepem „Lewiatan”, ale też pomógł w zakupie sprzętu muzycznego.

Reklama

Skład zespołu zmieniał się często. Byliśmy młodzi, wielu z nas albo wyjeżdżało na studia, albo za pracą. Można jednak stwierdzić, że szybko wyrobiliśmy sobie w regionie markę i graliśmy niemal każdą większą imprezę. Ludzie czekali na nas przed wejściem, można się było poczuć jak gwiazda rock’a. Niektórzy z nich chcieli wnosić na salę instrumenty, żeby wejść na imprezę za darmo albo dostać darmowe piwo. Często trzeba było pilnować, żeby nic nie zginęło albo nie zostało zniszczone – nierzadko z taką werwą zabierali się za te instrumenty

– wspomina Andrzej Konitzer.

Reklama

Drugą z pasji Andrzeja Konitzera jest tenis ziemny. Zdarza się, że łączy jedno z drugim, najpierw walcząc na korcie, a później bawiąc publiczność serwowaną przez siebie muzyką

Studniówka

Sława łobżenickiej kapeli dotarła też do Złotowa.

Muzyka od zawsze była mi bliska

– wspomina Jolanta Tęcza– Konitzer. Jej tata grał na akordeonie, śpiewał. Ona od najmłodszych lat doskonaliła śpiew m.in. na warsztatach wokalnych z udziałem np. Krystyny Prońko. Do tego dochodziły przeglądy, festiwale i konkursy, gdzie niejednokrotnie doceniano talent jej lub zespołu, w którym występowała. Ucząc się w złotowskim Ekonomie była jedną z „Poziomek”, prowadzonych przez Bożenę Kamprowską i Zofię Osesek.

Reklama

Łobżan na naszą studniówkę postanowiła ściągnąć moja koleżanka Grażyna Pogorzelska. Byli wówczas tak rozchwytywani, że o wolny termin trzeba było nieźle zabiegać. To wtedy, zimą 1974 roku po raz pierwszy spotkałam Andrzeja

– mówi Jolanta Tęcza–Konitzer. Nie była to jednak miłość od pierwszego wejrzenia, raczej krótka wymiana zdań.

Mamy z komitetu rodzicielskiego bardzo prosiły, żebym zaśpiewała z nimi piosenkę „Tobie Karolino” z repertuaru Homo– Homini. Byłam bardzo zawstydzona. Czterech tak poważnych muzyków i ja? Andrzejowi powiedziałam wówczas, co będę śpiewać. Byłam tak zestresowana, że po tym jak zagraliśmy nawet nie powiedziałem „dziękuję”

Reklama

– śmieje się pani Jolanta. Ich drogi rozeszły się, ale nie na długo.

Podczas tej studniówki w oko mojej koleżance wpadł jeden z chłopaków z zespołu. Umówili się. Na to spotkanie koleżanka zabrała mnie, a jej wybranek Andrzeja. Można by stwierdzić, że byliśmy tzw. przyzwoitkami, ale dzięki temu też zaczęliśmy się spotykać

– wspomina Jolanta Tęcza–Konitzer.

Jestem starszy od Joli o dziesięć lat, więc miałem pewne obawy, czy to nie za dużo, czy coś z tego będzie. Od naszego ślubu minęło ponad czterdzieści lat i nie mam żadnych wątpliwości, że to kobieta mojego życia

Reklama

– dodaje Andrzej Konitzer.

Sukienka we krwi

Do składu zespołu Łobżanie Jolanta Tęcza–Konitzer dołączyła we wrześniu jeszcze tego samego roku.

Najpierw musiałam zdać maturę

– śmieje się. W tamtych czasach, by dotrzeć na imprezę trzeba było się nieźle nagimnastykować. Sposoby były przeróżne, od wynajmu dostawczaka i jazdy pod plandeką, po wynajętą warszawę z dołączoną przyczepką.

Pierwszy samochód w zespole pojawił się w 1974 roku. To był fiat 127 naszego perkusisty. Później ja kupiłem takiego samego fiata

– mówi Andrzej Konitzer.

Reklama

Z tym autem wiąże się ciekawa przygoda. Dzisiaj można się z tego śmiać, ale wtedy...

– dorzuca pani Jolanta. Jechali na dwa auta grać zabawę w Wysokiej. 

Samochody były ciężkie, zapakowane sprzętem. Chłopaki jechali przed nami. Nagle w ciemności zobaczyłem, że hamują. Na drogę wyszedł im pijany człowiek, oparł się o maskę. Też zacząłem hamować, chciałem ich ominąć, gdy w tym momencie Witek Lupa otworzył drzwi, żeby go stamtąd zabrać. Odbiłem jeszcze bardziej, uderzyliśmy w przydrożny słupek, co uszkodziło koło, a później w drzewo. Prędkość nie była duża, ale skończyło się na wizycie w szpitalu

– wspomina pan Andrzej.

Jednak jeszcze tego samego wieczora, z godzinnym opóźnieniem dotarliśmy na scenę. Śpiewałam ze zszytym łukiem brwiowym, opatrunkiem na ręce i w poplamionej od krwi zielonej sukience. Publiczność wybaczyła nam to spóźnienie

– mówi Jolanta Tęcza–Konitzer.

Jolanta Konitzer przygodę z muzyką rozpoczynała m.in. od zespołu Poziomki działającego w ramach złotowskiego Ekonoma

Mini Bazar

Od roku 1974 do 1981 gramy jako Łobżanie w składach: Jolanta Tęcza–Konitzer, Krzysztof Drobniewski, Andrzej Konitzer, Grzegorz Kulasek i Szczepan Mrotek. W  1976 r. na gitarze basowej gra Witold Lupa, ze składu w tym czasie odchodzi Krzysztof Drobniewski

– wspomina pan Andrzej. Choć lata 70–te i 80–te można określić mianem „złotych czasów” dla zespołu Łobżanie, gdy byli postrzegani jako gwiazdy, do gwiazdorskiej gaży było daleko.

Narzekać nie można, ale realia były takie, że za jedno granie szło wtedy kupić przyczepę żwiru na budowę. Większość z nas pracowała jeszcze na etatach. Pensja w przeliczeniu na dolary wynosiła 20, może 30 $, natomiast żeby kupić używany syntezator rolanda trzeba było dać 800 dolarów

– mówi Andrzej Konitzer. Wzmacniacz do gitary, który kupił w Bydgoszczy, w latach 80–tych kosztował go tyle, na ile wyceniano w Polmozbycie fiata 126p.

Każdy wolny grosz był wydawany na instrumenty

– mówi Andrzej Konitzer.
Rozpoczęcie stanu wojennego zastało ich podczas gry.

Ten okres naszej twórczości nazwaliśmy „quo vadis”, bo graliśmy do kotleta w restauracji „Chodzieżanka”

– wspomina A. Konitzer.

Gdy nad ranem wracaliśmy do domu nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Wojsko stało na ulicach, ale nikt nas nie zatrzymywał. Machali tylko ręką, że mamy jechać dalej

– mówi Jolanta Tęcza–Konitzer.  

W 1982 roku Łobżanie grają w czteroosobowym składzie: Jolanta Tęcza–Konitzer, Andrzej Konitzer, Witold Lupa i Szczepan Mrotek. Rok 1983 przynosi zmianę nazwy zespołu na Mini–Bazar.

Bazar wziął się stąd, że graliśmy wtedy wszystko: od rock’n’rolla poprzez piosenki ludowe, folk, blues, country, po piosenkę radziecką

– stwierdza pan Andrzej. W latach 1985–86 do składu dołączył Henryk Szopiński. Kapela rozpoczęła tournée zagranicą, występując w miejscowościach niemieckiego okręgu Schwerin.

W roku 1987 na eliminacjach do Festiwalu Piosenki Radzieckiej skreślono nas i Mieczysława Szcześniaka. Przez gitary, harmonijkę ustną, nie taką muzykę i ciuchy byliśmy dla komisji zbyt amerykańscy

– dodaje pani Jola.

Jeszcze tego samego roku Mini Bazar grał podczas telewizyjnego turnieju miast. Rywalizowały ze sobą Wągrowiec i Lubartów.

Dostaliśmy propozycję, żeby wystąpić w TV z półgodzinnym koncertem na żywo. Niestety złożyło się tak, że w tym samym czasie mieliśmy umówione wesele w Więcborku. Kombinowaliśmy, żeby znaleźć zastępstwo, ale nikt nie chciał o tym słyszeć

– wspomina pan Andrzej. W tamtym czasie pojawiały się też propozycje gry zawodowej w jednym z warszawskich zespołów.

Impresario tej kapeli czekał miesiąc na decyzję, ale po przemyśleniach – zrezygnowaliśmy. Innym razem pojawiła się propozycja zagraniczna. Na jednym z koncertów Mini Bazaru, na stadionie w Rogoźnie otrzymałam propozycję współpracy od Kostasa Dzokaa, szwagra Eleni, prowadzącego grecki zespół Prometheus. Ponownie miałam miesiąc na podjęcie decyzji. Odmówiłam, chociaż pewnie i Andrzej dostałby tam kontrakt jako gitarzysta. Była już jednak kotwica: wybudowany dom, dzieci...

– mówi Jolanta Tęcza–Konitzer.

W 1988 r. z zespołu odchodzi Witold Lupa.  Zastępuje go Andrzej Budziak. Rok później z gry rezygnuje perkusista Szczepan Mrotek. W jego miejsce „wchodzi” automat perkusyjny roland. Początek lat 90–tych, to angaż do składu Ryszarda Pyszki, basisty.  W 1993 r. Mini Bazar wyjechał do Berlina, by grać na artystycznym party w klubie „Aikido”.

Występowaliśmy razem z amerykańską piosenkarką z Memphis, śpiewającą blues’a – „Summertime” oraz z hiszpańskim wokalistą i hiszpańską parą taneczną

– wspomina pan Andrzej.  

Duet

Od połowy 1996 roku Jolanta i Andrzej Konitzerowie występują już tylko we dwoje.

Teraz gramy znacznie rzadziej niż kiedyś, raz, dwa razy w miesiącu, ale mamy też swoje lata

– śmieje się pan Andrzej.

Ponadto męża pochłonął tenis ziemny, treningi, częste wyjazdy na  turnieje krajowe i zagraniczne

– wtrąca pani Jolanta. Stwierdza też, że wartością dodaną do tej muzycznej historii nie jest to, że dawała ona dodatkowy dochód, lecz ogromne grono wspaniałych ludzi, przyjaciół, z którymi do dzisiaj utrzymują kontakt, na co dowodem był niedawny benefis.

Dopóki będziemy mieli siły, chcemy grać. Nawet w zaciszu domowego ogniska

– mówi Andrzej Konitzer.
[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości