Reklama

Justyna poza światem. Rozmowa o przetrwaniu na wyspie

25/08/2017 18:00
Złotowianka będzie gwiazdą „Polsatu”. Justyna Gokiert–Skrentna wzięła udział w „Wyspie przetrwania”. – Najtrudniejsze były głód i tęsknota – mówi o pobycie na Fidżi

8 września pojawi się Pani na ekranach telewizorów. Boi się Pani reakcji otoczenia?

Na pewno nie ma w programie niczego, czego mogłabym się wstydzić czy krępować. Poza tym znajomi mówią, że to wspaniale, że się odważyłam wziąć udział w tym programie.

Biega Pani maratony, bierze udział w biegach survivalowych, więc uznała Pani, że nowy program Polsatu to jest to?

Oglądając amerykańską wersję tego programu mówiłam „Wow! Też bym chciała w czymś takim wziąć udział”. Gdy zobaczyłam zwiastun polskiej edycji „Wyspy przetrwania”, to aż wcisnęło mnie w kanapę. Mój mąż Marek od razu powiedział: wysyłaj zgłoszenie.

Do takich formatów dobiera się ludzi według jakieś klucza?

Musi być tam i młody, i stary. Ładny i trochę inny. Musi być jakiś przekrój zawodów. Ja jestem księgową, a to zawód kojarzony z nudą. Z taką szarą myszką w okularach, która nad stertą papierów pije kawkę. Ja przełamuję ten stereotyp i to połączenie maratonów z księgowością musiało ich zaciekawić.

Reklama

Dziś wiemy, że do programu napłynęło około 10 tys. zgłoszeń. Jaka była szansa, że wybiorą mamę dwójki dzieci, księgową przygotowującą się do triathlonu?

Na pewno liczona ona była nie w procentach, a promilach. Po zgłoszeniu każdy nieznany numer telefonu wywoływał we mnie skurcz emocji. Może to oni? Po dwóch tygodniach już traciłam nadzieję, aż zadzwonili do mnie w długi weekend majowy, gdy jechaliśmy całą rodziną do Krakowa na maraton. Zapytali, czy mogę być jutro w Warszawie. Cały następny dzień spędziliśmy na castingach.

Na castingach ludzie starają się pokazać z jak najlepszej strony, czasem pozują na kogoś, kim nie są. A Pani?

Ten telefon tak mnie zaskoczył, że nie miałam czasu się przygotowywać. Byłam naturalna.

W czasie testów sprawdzano tylko sprawność fizyczną?

Pomidor. Nie mogę mówić o tym, co było na castingach.

Reklama

A o panującej tam atmosferze? O rywalizacji?

Pomidor.

W takich programach liczy się nie tylko odporność fizyczna, ale też psychiczna, prawda?

Mogę jedynie powiedzieć, że przed programem była rozmowa z psychologiem. Producenci musieli pewnie dobrać takich ludzi, którzy są bardzo odporni, ale może i takich, którzy sobie nie radzą?

Co Pani poczuła, gdy dowiedziała się, że jest w finałowej szesnastce?

Kurczę, dostałam się! „Coś się stało?” dopytywały koleżanki w pracy. „Nie, nic, będę jednak potrzebować tego urlopu...” – mówiłam. Bo w biurze też nie mogłam powiedzieć nic na temat programu. Musiałam jedynie zapewnić sobie urlop, być może kilkutygodniowy.


To dopiero 30% wywiadu. W dalszej części zadałem m.in. takie pytania:

Z tego co wiem, przecieków nie udało się uniknąć.

Reklama

Jak się przygotowuje na pobyt na wyspie gdy się wie, że nie będzie tam żadnych udogodnień? Ba, nie będzie niemal niczego.

Będąc na Fidżi zastanawiała się Pani, co słychać w domu? Pani dzieci mają 7 i 5 lat. O męża nie pytam, bo on sobie poradził.

Zadania były trudniejsze niż te, które oglądała Pani choćby w amerykańskiej wersji programu?

Przygoda z „Wyspą...” dobiega końca. Co dalej?

Subskrybuj i czytaj wszystkie artykuły bez ograniczeń[[pay]]


Z tego co wiem, przecieków nie udało się uniknąć.

Wiadomo, że farba wylała się trochę wcześniej, bo różne osoby były zaangażowane w mój wyjazd, a dziewczyny z cross fitu i rodzina brały udział w nagrywaniu mojej „wizytówki”. Pokazano w niej mnie za biurkiem, jak biegam, jak spędzam wolny czas, trochę Złotowa. Poza tym koleżanki zaczęły same szukać informacji i, znając moje zamiłowania do ekstremalnych wyzwań, znalazły „Wyspę przetrwania”.

Reklama

Jak się przygotowuje na pobyt na wyspie gdy się wie, że nie będzie tam żadnych udogodnień? Ba, nie będzie niemal niczego.

Produkcja informowała nas np. co możemy zabrać – nie można było mieć niczego pożytecznego: ani scyzoryka, ani nawet biżuterii. Członkowie ekipy telewizyjnej mieli nawet pozaklejane zegarki, byśmy nie wiedzieli, która jest godzina. Poza tym do końca trzymano w tajemnicy miejsce, do którego pojedziemy. Poznałam je dopiero na lotnisku.

W samolocie dotarło do Pani, że spełnia się to wieloletnie marzenie?

Do dzisiaj nie mogę w to uwierzyć. To chyba mi się śniło. Naprawdę tam byłam?! Dopiero teraz, gdy oglądam zwiastuny widzę, że faktycznie to ja. Na Fidżi! Może w czasie oglądania kolejnych odcinków dotrze do mnie do końca, że to prawda.

Reklama

Może wtedy udzieli Pani innej odpowiedzi na pierwsze pytanie...

Nie. Może trochę tam przeklinałam, ale takie były czasem sytuacje, że nerwy mi puszczały. Normalnie nie rzucam mięsem, ale w czasie zadań dawałam upust emocjom. Wracając do uwierzenia, to wszyscy tam zastanawialiśmy się: dlaczego ja?

A pytanie, czy dam radę rozpalić ognisko, upolować coś do zjedzenia, zbudować schronienie?

Nigdy nie byłam nawet w zuchach, ale zawsze imponowały mi silne babki – żołnierki, komandoski. Lubię gdzieś się wyżyć. Może to przez pracę? Zawsze chciałam wziąć udział w „Selekcji” – w tym roku była jej dwudziesta, ostatnia edycja i chciałam się do niej przygotować. Pewnie gdyby nie „Wyspa..” to wzięłabym w niej udział. Ale ma być ona w innej formie, więc może będę jeszcze mieć szansę.

Reklama

Będąc na Fidżi zastanawiała się Pani, co słychać w domu? Pani dzieci mają 7 i 5 lat. O męża nie pytam, bo on sobie poradził.

Marek Skrentny, z kuchni: – Nie bądź taki pewny...

– Będąc tam starałam się nie myśleć o tym, co jest tutaj. Musiałam skupić się na zadaniach do wykonania, musiałam rozdzielić te dwa światy. Choć długie wieczory (na Fidżi była zima, więc o 18:00 było już ciemno) sprawiały, że miałam dużo czasu na myślenie. Na „szczęście” pomógł mi głód. Wciąż rozmawialiśmy o jedzeniu, zastanawialiśmy się, co kto kupi, gdy już pójdzie do marketu...

Marek: – Pół kobiety przyjechało. Justyna należy do osób szczupłych, ale od razu widać było, że portki na niej wiszą.

Reklama

– Nie było lekko, nikt nas nie dokarmiał poza okiem kamery. Ekstra kalorie były tylko wtedy, gdy wygraliśmy coś w którejś grze. Poza tym jedliśmy to, co sami zdobyliśmy.

Spodobała się Pani Fidżi?

Po wylądowaniu uderzył mnie jej słodki zapach. I ludzie – serdeczni, uśmiechnięci, wyluzowani. Nikt tam się nie spieszy. Ujął mnie ten fidżitime.

O zwiedzaniu nie było mowy, ale miała Pani czas na aklimatyzację przed startem zdjęć?

Lot trwał trzydzieści sześć godzin, ale na miejscu myślałam już tylko, kiedy to wszystko się zacznie. Kiedy podzielą nas na plemiona itd.

Zadania były trudniejsze niż te, które oglądała Pani choćby w amerykańskiej wersji programu?

Pomidor. Bez szczegółów, ale były bardzo wyczerpujące. Czasami staliśmy długo w palącym słońcu i nikt się z nami nie cackał. Powiedzieli: „radźcie sobie”. Poza zdobywaniem jedzenia trudne było utrzymanie higieny. Nie było jak umyć włosów (robiły mi się dredy), kombinowaliśmy, jak i czym umyć zęby...

Reklama

Miała Pani myśli, że po powrocie bardziej będzie doceniać to co ma?

Dokładnie. To, że wszystko jest pod ręką. To, że ma się telefon i stały kontakt ze światem. Nawet kłótnie z mężem i dzieciaki wrzeszczące do ucha „mama, mama, mama”.

Jak długo była Pani na wyspie?

Chyba pomidor... bo nie będzie niespodzianki, elementu zaskoczenia.

Były momenty, że żałowała Pani decyzji o wzięciu udziału w programie?

Nigdy! Jeśli się czegoś podejmuję, to nigdy nie żałuję. Gdy jest ciężko mówię sobie, że dam radę. Podczas biegania czasem pytam siebie, po co tak biegnę, ale myśl o późniejszej satysfakcji pcha mnie do przodu.

Pieniądze także? Główna nagroda to 150 tys. złotych.

W ogóle nie myślałam o kasie. Jak coś, to fajnie, przyda się, to będzie taka wisienka na trocie, ale najważniejsze są przeżycia, których nikt mi nie zabierze. Fidżi? Gdzie to jest? Tam chyba jest pierwszy sylwester...

Reklama

Ostatni „klaps” na wyspie był dla Pani przeżyciem?

Ta przygoda zakończyła się tak samo nagle jak się zaczęła. Wow! Czas wracać do rzeczywistości. Na szczęście ja szybko adaptuję się do nowych warunków, dlatego na wyspie nie miałam problemu, że muszę spać na ziemi, że nie mam prysznica. Nie marudziłam, bo wiedziałam, na co się zdecydowałam.

Rodzina przywitała Panią na lotnisku w Warszawie.

Czekali na mnie z kwiatami i transparentem...

Marek: – Napisałem „Nareszcie...”, „Trzymamy kciuki na naszej wytrwie przespania” i „Twój mąż wytrzymał”, bo musisz wiedzieć, że ja tu miałem swoją wyspę przetrwania. Zostałem z rozpoczętym remontem, wystawiło nas dwóch pseudofachowców i sam teraz kończę łazienkę.

Reklama

– Miałam wątpliwości, czy lecieć i ich tu z tym zostawiać, ale dali sobie radę.

Po powrocie do Złotowa pewnie została Pani zasypana pytaniami.

Wszyscy byli zawiedzeni, bo nic nie mogłam powiedzieć.

Marek: – Własnemu mężowi nic nie chciała powiedzieć! Więcej dowiaduję się teraz z tych zwiastunów w telewizji niż z ust Justyny. „Chociaż imię podaj” – wołałem. Jakie bym pytanie nie zadał, to ona nic. Dobrze, że nie słyszałem „pomidor”.

– Byłam trochę zmęczona tym nieopowiadaniem...

Marek: – Do dzisiaj?! Jak nie moja żona...

– Tak naprawdę to dopiero teraz zaczynam żyć „Wyspą przetrwania”. Rusza reklama, ludzie zaczynają o tym mówić. I muszę się z tym zderzyć na nowo. Zwłaszcza, że ja nie lubię się oglądać czy słuchać. Na pewno będzie: Boże, co ja tam robiłam! Jejku, jak ja wyglądam!

Przygoda z „Wyspą...” dobiega końca. Co dalej?

Dalej będę biegać i szukać wyzwań, bo to kocham. Nasyciłam się już biegami survivalowymi, na które zajawkę miałam rok temu, a teraz bardzo kręcą mnie biegi górskie. Wciąż chcę przekraczać granice: dłużej, dalej, więcej.

Chcę wycisnąć z życia, ile się da.

Zarażam tą pasją dzieciaki, bo chcę im dawać jakiś wzorzec. Mam nadzieję, że moja postawa nauczy je odwagi i pewności siebie. Że dzięki temu będą sobie dobrze radzić w życiu.

Widziały już mamę w telewizji?

Pewnie i dopytują, kiedy one będą, bo przecież wzięły udział w nagraniu tej pierwszej zajawki o mnie.

Pani rodzina jest przykładem na to, że telewizja wciąga.

To prawda. Mamy z mężem doświadczenie telewizyjne. (śmiech)

Marek: – No mamy parcie na szkło. (śmieją się oboje)

– Nie, to wychodzi naturalnie. Kiedyś byliśmy oboje w „Randce w Ciemno”, osobno. Zgadaliśmy się o tym programie na trzeciej naszej randce, tu w Złotowie. Później, gdy planowaliśmy wesele, byliśmy w programie „Gotowi na ślub”. Jeśli już, to wybieram programy, w których szukam czegoś dla siebie. Może kiedyś spróbujemy jakiegoś programu rodzinnego...

Pomyślcie o Familiadzie.

Dzieciaki podrosną, to pojedziemy. (śmiech)

Rozmawiał Łukasz Opłatek[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Jes - niezalogowany 2017-08-25 22:30:24

    Powodzenia :-) i dobrych emocji

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Daszradę - niezalogowany 2017-08-25 18:24:29

    Justyna dobrze.Musisz zwiedzić trochę swiata.potem wnukom bedzie co opowiadac. Powodzenia.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości