Lekkomyślność? Beztroska? W żadnym wypadku – Zdzisław Kasperowicz na linii startu stanął z mocnym postanowieniem: chciał zmienić swoje życie. - Musiałem spróbować. Powiedziałem wtedy sobie, że lepiej umrzeć z podniesioną głową niż żyć na kolanach – mężczyzna wspomina wydarzenia sprzed ponad dekady. Jego plan obarczony był sporym ryzykiem, ponieważ lekarze, którzy zdiagnozowali u niego niedomykalność zastawki dwudzielnej serca, absolutnie zabronili mu podejmowania jakiegokolwiek wysiłku. W zasadzie nawet nie musieli tego robić, bo Zdzisław, który długo obracał się w – jak sam przyznaje – patologicznym środowisku, w którym alkohol, palenie i używki były na porządku dziennym, o aktywności nie myślał. Mimo że za dzieciaka uprawiał sport. Mimo że jego ojciec trenował kulturystykę. Mimo że miał możliwości.
Gwoździem do trumny kondycji naszego rozmówcy był uraz nogi, którego nabawił się podczas praktyk (na stopę spadła mu półtonowa stalowa płyta) i który jeszcze przez wiele lat dawał o sobie znać. Skąd więc kierunek: zmiany? Zaczęło się od żartu. - Powiedziałem kolegom, że [[pay]] przebiegnę półmaraton lipcowy – wspomina Zdzisław. Bez przygotowania, bo deklaracja padła w czerwcu i na przekór wszystkiemu oraz wszystkim. Nasz rozmówca wystartował i – ku zaskoczeniu bliskich, którzy odwodzili go od tego pomysłu – pokonał dystans morderczy dla każdego amatora. - Część trasy przebiegłem, część przeszedłem, ale nie czas był dla mnie najważniejszy, a to, że w ogóle przekroczyłem linię mety – wspomina Zdzisław. W pamięci wciąż ma zabójczy wysiłek, który stał się wtedy jego udziałem. - Chwilami było na trasie tak ciężko, że nieomal traciłem świadomość – opowiada – ale udało się.
To właśnie wtedy nasz rozmówca odkrył, że przeznaczenia nie ma, że coś takiego jak fatum w ogóle nie istnieje. - Dotarło do mnie, że każdy może być reżyserem swojego życia, że ogranicza nas tylko to, co w nas – w myśl tego przekonania Zdzisław zaczął zawierać pakty z samym sobą. - Miałem ich wiele – wspomina. Pierwszy dotyczył półmaratonu, drugi... medalu mistrzostw Polski. Dystans był bez znaczenia. - Po prostu chciałem udowodnić sobie, że stać mnie na takie osiągnięcie – wyjaśnia mężczyzna. Krążek nie przyszedł jednak łatwo. Dekorację, bo ostatecznie do niej doszło, poprzedziła ciężka praca. Przed nią była inspiracja.
Podczas półmaratonu nasz rozmówca wcale nie połknął biegowego bakcyla. Wręcz przeciwnie – po starcie dochodził do siebie przez dwa tygodnie, więc na bieżnię raczej nie było mu spieszno. Do aktywności zaczął go jednak namawiać Jan Czekała, ówczesny prezes okoneckiego klubu Maratończyk. Początkowo – bezskutecznie. - Broniłem się jak tylko mogłem. Do biegania przekonałem się dopiero wtedy, kiedy zobaczyłem wszystkie medale i puchary pana Janka. Jego dorobek mnie zainspirował – wspomina Zdzisław. Nasz rozmówca rozpoczął więc regularne treningi, został stałym bywalcem wszelkich imprez biegowych. Po roku intensywnej pracy zaczęły się pojawiać sukcesy – biegowe i ten najważniejszy, zdrowotny: wada serca zniknęła. - Nie wziąłem ani jednaj tabletki. Oto, co potrafi zdziałać aktywność, zmiana trybu życia – zauważa mężczyzna i krótko komentuje swoją determinację: - Czasami musi być bardzo źle, by człowiek zapragnął zmian. Czasami musi wręcz odbić się od dna.
Kiedy nasz rozmówca szybował już ku górze dostał powołanie do odbycia służby wojskowej. Ta wcale nie stanęła mu na drodze do rozwoju. Wręcz przeciwnie. - W jednostce szybko zauważyli, że mam smykałkę do sportu, więc zostałem jednym z jej czołowych reprezentantów – opowiada Zdzisław. Biegi na orientację i biegi użyteczno-bojowe, typowo wojskowe tory przeszkód... Formę nie tylko udało się utrzymać, ale i wzmocnić. Zwłaszcza, że w tzw. międzyczasie w Okonku pojawiła się grupka młodych ludzi chcących trenować bieganie. Nasz rozmówca zdecydował: pomoże im wejść na szczyt. Zaczął więc dzielić swój czas między wałecką jednostkę i Okonek. W końcu służby przeniesiono go do Słupska, gdzie osiadł na stałe. Na szczęście wojskowa przeprowadzka zbiegła się z czasem, kiedy jego podopieczni ukończyli gimnazjum i szukali szkół średnich. Poszli za swoim trenerem, który, nim spełnił marzenie o medalu mistrzostw Polski, pokonał jeszcze kilka życiowych zakrętów.
- Marzenia koniecznie trzeba zamieniać w cele – uważa nasz rozmówca. On, by zyskać wspomniany medal, był gotów zrobić naprawdę wszystko. - Byłem zdeterminowany – potwierdza. By móc korzystać z rad Piotra Zduńskiego, czołowego trenera najlepszych biegaczy w Polsce, głównie z Pomorza oraz wykładowcy Akademii Pomorskiej na kierunku Wychowanie Fizyczne i Rekreacja Ruchowa, postanowił pójść na studia. To było dopiero wyzwanie! - Miałem skończoną tylko zawodówkę – opowiada Zdzisław. Droga do indeksu była daleka, nasz rozmówca zdecydował jednak, że warto w nią ruszyć. Zapisał się do jastrowskiej szkoły średniej i jednocześnie, jako że przyszłość związał z wojskiem, uczył się w Pile w szkole podoficerskiej. Maturę w końcu zdobył – w Krajence. Tym samym otworzył sobie drogę na studia. Na drugim roku przy kolejnym z marzeń mógł już postawić „haczyk”. - W nieoficjalnych wojskowych mistrzostwach Europy w biegu przełajowym na dystansie 13 kilometrów zdobyłem srebro – wyjaśnia. Cel – realizacja. Odhaczone.
Potem przyszły i inne medale – choćby (znów srebrny) w mistrzostwach Polski w biegu na orientację. I już. Zdzisław nie byłby jednak sobą, gdyby spoczął na laurach. Pokonał siebie, zaczął więc szukać kolejnych wyzwań. Postanowił: napisze książkę.
Zdzisław chwycił za pióro z dwóch względów. Po pierwsze chciał coś po sobie zostawić, po drugie uznał, że ludzie powinni wiedzieć: każde marzenie można spełnić. W jaki sposób? O tym właśnie mówi książka pt. „Tajemnice aktywnego odchudzania”. Nasz rozmówca pracował nad nią przez dwa lata. I cóż? Nic. Ściana. - Nie mogłem znaleźć wydawcy – Zdzisław po pierwsze był autorem nieznanym, po drugie – tematyka, którą wybrał, nie w każdej oficynie się podobała. Pomógł przypadek – jedna z polskich firm, zajmująca się produkcją i dystrybucją suplementów diety oraz kosmetyków naturalnych Colway, zaprosiła go na spotkanie w charakterze coacha. Zdzisław, wtedy już absolwent pedagogiki oraz wychowania fizycznego, trener personalny i specjalista żywieniowy pracujący na swój rachunek, podjął wyzwanie. Rzucił się na głęboką wodę i wystąpił przed dwustuosobową publicznością. Słuchaczom opowiedział m.in. o trudnościach związanych z wydaniem książki. To był krok milowy – podczas tego wystąpienia właściciel firmy oraz jej przedstawiciele, na zaproszenie których wystąpił, zaoferowali pomoc. Jej owoc już jest. - W grudniu książka przyjechała z drukarni – Zdzisław prezentuje nam swoje „dziecko”.
- Po raz kolejny udowodniłem sobie, że można, że jeśli człowiek bardzo czegoś chce, dopnie swego – nasz rozmówca jest dumny z książki. - Cała moja wiedza życiowa, a nie wyuczona i całe moje doświadczenie znalazło się w jednym podręczniku – dodaje. - Udowadniam w nim, że każdą porażkę można przekuć w sukces, że z każdego upadku można się podnieść – tylko dzięki sobie – to akurat hasło Zdzisław przetestował na sobie. Działa. [[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Gratulacje dla Pana!Życzę powodzenia
Gratulacje dla Pana!Życzę powodzenia