Wezwanie do Wermachtu Konrad dostał w kwietniu 1941 roku. Obracał papier w rękach i jakby w proteście wyrzucił z siebie: „przecie jou żym je Polouk, nouprzud noum dali treuhendra, zabrali radio i koła (rowery), a teru jou moum iść na wojne za Mńymców”. Sapiąc i rzucając gniewne spojrzenia miotał się po małym podwórzu, trzy kroki w tę i trzy z powrotem. Żona, do której ten protest był skierowany, spokojnie oświadczyła: „to nic nie dou że się złojścisz, wsziści iść muszou, bo jak niy, tej cie zasadzou, nous wszyśćych zasadzou (aresztują)”.
Konrad miał bardzo impulsywny charakter, kiedy go coś poruszyło reagował całą swoją osobowością. Raz po mszy odprawianej wedle obowiązującej umowy, co czwartą niedzielę miesiąca w języku niemieckim, zaczepił znajomego: „ty żejś jenak je Pojlouk, co ty po Mńymiecku śpjywousz, niech so same Mńjymcy śpjywajou! Znajomy odparł, „że to przecie je lou Boga i „a jak twoja siostra zes Rajnlandu przyjejdzie, tyż ze swojymi gzubami po mńymiecku goudu”. Konrad był obrażony.
Wojna? Cóż było robić, trzeba było się przygotować na opuszczenie rodziny i gospodarstwa.
Konrad liczył sobie trzydzieści siedem lat, miał dwa lata młodszą żonę i jedenastoletniego synka. Mieli „szterdzieści morgów źymni” (10 ha), mieszkali w środku wsi o nazwie Lugetal, a wcześniej Polnische Wisnewke. Jak wszyscy inni mieszkańcy Wiśniewki (80% Polacy) z początkiem wojny uznany za poplecznika wroga i prześladowany (był przewodniczącym Towarzystwa Młodzieży Polsko-Katolickiej) teraz otrzymywał karty powołania do Wehrmachtu jako obywatel Rzeszy. Ze względu na wiek został zakwalifikowany do służby wartowniczej.
Jesienią 1941 roku trafił do obozu jenieckiego Gross Born. Przy garnizonie artylerii Wehrmachtu znajdował się Offlag II Gross Born - dla 4 tysięcy polskich oficerów. Obóz jeniecki ulokowany był w prowizorycznych barakach, w których wcześniej mieściły się kwatery robotników budujących koszary Westvalenhoof przy szosie Sypniewo-Nadarzyce.
Dziś to miejsce nazywa się Kłomino, dlatego że ruscy po wojnie, w swej radości niszczenia, spalili wszystkie baraki. Pozostały po nich rzędy kominów, stąd nazwa.
Po napaści niemieckiej na Związek Radziecki całe armie sowieckie z bezgranicznym zaufaniem szły do niewoli niemieckiej, mając w pamięci humanitarne traktowanie jeńców przez Niemców podczas pierwszej wojny. Bardzo się zawiedli! Niemcy organizowali pospiesznie prowizoryczne obozy dla ponad dwóch milionów jeńców, bez budynków, gdzie ci spali pod gołym niebem. Taki obóz, dla prawie 40 tysięcy sowietów, powstał jesienią 1941 roku przy Offlagu Gross-Born. Otrzymywali oni dziennie trochę polewki i kawałek czegoś, co miało być chlebem. Każdego rana przed apelem muldy, w których spali, musiały być zarównane, było to warunkiem wydania posiłku. W tychże muldach zagrzebywano zmarłych w nocy, zdarłszy z nich odzież. Jest udowodnione, że zagrzebywano jeszcze żywych, ale umierających z wycieńczenia. Polscy jeńcy z oflagu, którzy mieli ograniczoną możliwość podglądnięcia obozu sowieckiego, twierdzili, że były tam przypadki kanibalizmu.
Z opowiadań moich rodziców, którzy podczas wojny byli tam wysiedleni, mieszkali w Ilsen-Horst (Zagórze koło Jastrowia) wiem, że jesienią ‘41 roku jeńcy sowieccy brali udział w różnego rodzaju pracach polowych, szczególnie wykopkach. Jeżeli rano dwóch wachmanów przyprowadzało 40 jeńców, mieli rozkaz uśmiercić co dziesiątego. Robotnicy pracujący na majątku Cella – Niemcy, Polacy, Francuzi byli świadkami, jak każdego wieczoru sponiewierani i wychudzeni jeńcy sowieccy wlekli ze sobą kilka trupów. W obozie obowiązywał zakaz kontaktowania się z Rosjanami i wartownikami.
Było też i tak, że zwyrodnialec wachman kolbą karabinu dobijał zwijającego się w torsjach jeńca (zjadł za dużo surowych buraków), a Niemki zbierające niedaleko ziemniaki wyprostowały się nad redlinami i biły brawo. Zwyrodnialca tego, siląc się na spokój, zagadnął mój ojciec: „Czy ty nie masz rozumu?! Przecież to jest człowiek! Tamten odpowiedział: „Mam rozkaz każdego dnia 10% ich uśmiercić albo pójdę na ostfront”. Poza tym hardo zaznaczył: „mam rozkaz strzelać do każdego, kto zbliży się do jeńców na odległość mniejszą niż trzy metry” i skierował na mojego ojca mausera.
Ludzie pracujący w pobliżu obozu kładli na drogę, którą przechodziła kolumna jeńców, chleb. Ci, którzy go znaleźli przepychali się z innymi, a wartownicy bili ich kolbami karabinów. Jeżeli wartownicy zauważyli kromki chleba, skopywali je nogami w pole. Moja matka, raczej nieświadoma niebezpieczeństwa i nie zwracając uwagi na wartowników, wchodziła w kolumnę jeńców z upieczonym przez siebie chlebem i krojąc kromki dzieliła je między żołnierzy. Mówiła przy tym po polsku: „Boże drogi, co to się dzieje”. Na to nagle odpowiedział jeden z jeńców, również po polsku: „nie żałuj ich pani, oni z naszymi to samo robią”. Mojej matce, której ojciec był w obozie koncentracyjnym w Dachau, słowa te na zawsze zapadły w pamięć.
W takich warunkach Konrad pełnił służbę wartowniczą w obozie jenieckim Gross-Born. Należał do grupy wachmanów, których nie przydzielano do bezpośredniej pracy z jeńcami, bo się do tego nie nadawał. Pilnował bram i trzymał wartę na strażnicach. Codziennie o 6 rano był apel obozowy. Było raczej mało możliwe, aby prosty żołnierz mógł zabrać wtedy głos. Pozostanie tajemnicą, ile czasu zajęło Konradowi, aby się przemóc i coś powiedzieć. Odważył się jednak pewnego apelu i wobec całego dowództwa obozowego i obozu wystąpił do komendanta z wnioskiem. Prosił by, dopóki nie ma możliwości zakwaterowania jeńców w barakach, postarać się przynajmniej o słomę dla nich, aby mogli na czymś spać, a że był człowiekiem impulsywnym, dodał do tego: „przecież to są ludzie, to nie jest bydło”. Zapadła cisza, kompletna konsternacja, apel zakończył się szybciej, nienormalnie. Po apelu inni wartownicy unikali towarzystwa Konrada. Nic się jednak złego nie wydarzyło i w najbliższą sobotę Konrad, korzystając z przepustki, jechał rowerem do domu. W listopadzie szybko robi się ciemno i kiedy był już blisko domu uderzył rowerem w drzewo, poniszczył rower, a sam bardzo się potłukł, nabijając potężnego guza. Dowlókł się do domu, jednak nie był potem w stanie wracać do jednostki o własnych siłach. Wezwany lekarz skierował Konrada do szpitala w Złotowie. Tam stwierdzono pęknięcie czaszki i krwiaka. Konrad pozostał w szpitalu kilka tygodni.
Po tygodniu do leżącego na łóżku Konrada przyszedł główny lekarz, z szarą kopertą w ręce. Zaczął przyjacielską pogawędkę, szczególnie interesując się służbą wojskową. Nie było trzeba wielu pytań. Konrad był człowiekiem szczerym i już po chwili, pomimo że mówił chaotycznie, denerwując się bardzo przy tym, lekarz słuchał o obozie, o marnym jedzeniu, braku zakwaterowań, braku odzieży, zagrzebywaniu żywych, o kanibalizmie. Doktor był popielaty i zesztywniały, a kiedy się otrząsnął pokazał kopertę, którą trzymał w ręce. Było to wezwanie przed sąd wojenny za obniżanie żołnierskiego morale. Nie zostawił go jednak, lecz sam nie odpowiedział. Dzięki temu lekarzowi Konrad nie stanął przed sądem.
Opowiadając o tym dwadzieścia lat później mówił nam, wiejskim łobuzom, naszą gwarą: „łuoni byli chyba gupie, za to że jou żym chcioł słuome dlou niywolników, pod sound, ady, rych kowrotne!”. Ostatecznie Konrad został karnie przeniesiony do wojsk okupujących Holandię. Dla Niemców była to trudna służba, bo Hitler chciał Holandię wcielić do Rzeszy i samowola niemieckich żołdaków była tam ograniczona. Holendrzy pluli na niemieckich żołnierzy, pogardzali nimi. W Holandii, na kwaterze u rolnika, Konrad dotrwał do końca wojny.
Zmarł w 1976 roku jako sołtys swojej wsi, która znów nazywała się Wiśniewka (Stara Wiśniewka), nie mając nigdy świadomości, że dokonał w życiu jakiegoś bohaterskiego czynu. A był to bohaterski czyn!
Spisał Eugeniusz Drobkiewicz
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze