Jest miłośnikiem przyrody. Pasjonuje go hodowla gołębi i łowienie ryb, jednak swoją karierę związał z instytucjami szerzącymi kulturę. O życiu zawodowym i prywatnym opowiada Paweł Berndt, dyrektor Gminnego Centrum Kultury w Łobżenicy
Od jak dawna Pana życie kręci się wokół instytucji szerzących kulturę? Jaką drogę Pan przebył, zanim znalazł się Pan w Łobżenicy? Ta przygoda zaczęła się dokładnie 1 września 1976 roku i, co by nie powiedzieć, jest to już kawał czasu. Zaczynałem w świetlicy wiejskiej w Wąwelnie. To miejscowość położona niedaleko Więcborka, z którego pochodzę. Później przez 5 lat pracowałem w Domu Kultury w Sośnie. W 1982 roku trafiłem do Złotowa i z tamtejszym Domem Kultury byłem związany do 2004 roku. [[reklama]] W jaki sposób trafił Pan do Łobżenicy. Czy to miasto było Panu znane? W 2004 roku rozwiązywano Złotowski Dom Kultury i po prostu szukałem pracy. W tym samym czasie ogłoszony został konkurs na dyrektora GCK w Łobżenicy. Postanowiłem w nim wystartować i wygrałem. Łobżenica była mi znana na wiele lat wcześniej. Mój Tata pracował w tutejszej mleczarni już przed wojną. Później też często odwiedzaliśmy te tereny. Jeździło się do Łobżenicy, do Górki Klasztornej.
Pamięta Pan swoje początki w miejscowym Centrum Kultury? Czekały na Pana drobne zmiany czy gruntowna przebudowa? Pamiętam. Nie było to zaskoczenie, raczej sytuacja, która powtarza się wszędzie. Pojawia się ktoś nowy, ma nową koncepcję i zaczyna się praca od podstaw. Chcieliśmy stworzyć nową jakość. Od początku postawiliśmy na większą współpracę z sołectwami. Stworzyliśmy też nowy cykl imprez. Trwało to trochę, zanim ludzie załapali o co chodzi, ale myślę, że trafiamy do nich z naszą ofertą kulturalną. [[reklama]] Stajemy u progu siódmej edycji Naturaliska. Skąd wziął się pomysł na powołanie do życia takiej imprezy? Kiedy zacząłem jeździć do pracy, do Łobżenicy, moją uwagę zwracało bogactwo otaczającej przyrody. Wszędzie lasy, tu przebiegnie jakaś sarna, jakiś dzik, jeleń. Gdzieś w oddali widać wodę. Mnóstwo fauny i flory. Można to też świetnie obserwować z wieży widokowej i to często podkreślają turyści. Miejscowi często tego nie widzą, bo mają to na co dzień. Jako że kocham przyrodę i kocham ludzi, postanowiłem im to bogactwo przybliżyć, przypomnieć. Wtedy w mojej głowie pojawiła się zbitka słów natura – blisko, z której później powstała nazwa imprezy – Naturalisko. Imprezy, która miała i ma przypominać ludziom, że żyją wśród przyrody i że muszą o nią dbać. [[nowa_strona]] Początki były niezłe. Dostaliście za tę imprezę nawet ministerialną nagrodę. Teraz, wśród tej mniej Wam przychylnej opinii publicznej da się słyszeć, że Naturalisko to od lat to samo wydarzenie, na plakatach zmieniają się tylko daty. To nie tak. Zawsze staramy się szukać jakichś nowych rozwiązań. Same koncerty nie miałyby żadnego sensu. Dlatego są konkursy: piosenki, fotograficzne czy poetyckie. Zawsze dzieje się też coś dodatkowego. Rozdawaliśmy budki lęgowe, drzewka, otwieraliśmy pierwszą wieżę widokową w Dziegciarni. W tym roku będziemy naturę przybliżać podczas otwarcia w Chlebnie ścieżki dydaktycznej na terenie stanicy myśliwskiej Koła Łowieckiego Dzik. Tak że choć myślę, że impreza już mocno zadomowiła się w gminie Łobżenica, to zawsze jest ona inna. Największe zmiany będzie widać w przyszłym roku podczas uroczystych obchodów 700-lecia miasta. [[reklama]] Jakie to będą zmiany? Zamiar jest taki, żeby imprezę w podobnym do obecnego wymiarze scalić w jeden weekend. Natomiast drugi weekend byłby świętem sportu. Wtedy też odbywałby się Bieg Graja. Jednak póki co jesteśmy na etapie pomysłu, wstępnych rozmów. Wiele może się jeszcze zmienić.
Porozmawiajmy o innych imprezach organizowanych przez GCK. Święto pierogów, kukurydzy czy mleka także przeżywają kolejne edycje. Jak to się zaczęło, że postanowiliście realizować taki cykl „kulinarny”? Uważam, że w gminie Łobżenica ludzie potrafią robić przecudne rzeczy, więc dlaczego nie mielibyśmy o tym mówić, nie mieli tego nagłaśniać? Szczerbin słynie z pierogów, mieszkańcy Witrogoszczy Kolonii nie wyobrażają sobie, że ktoś mógłby im odebrać Święto Mleka. W Wiktorówku robi się przewspaniały chleb kukurydziany. W Izdebkach - kartoflankę. Każda miejscowość ma w sobie coś charakterystycznego, coś, co produkuje, coś, z czego słynie i to nas zainspirowało. Ponadto jest to możliwość zintegrowania się mieszkańców. Sołtysi zgłaszają gotowość, a przy przygotowywaniu festynu pracuje cała wieś, która później wspólnie się bawi. Moim marzeniem jest wypromowanie tych regionalnych specjałów jeszcze bardziej. Bo o łobżenickich serach, maśle, lodach czy wypiekach pań ze stowarzyszenia Gminna Rada Kobiet mówi się naprawdę w całej Polsce. Coś w tym jest, dlaczego staramy się to robić. [[reklama]] Na tych festynach często zmienia Pan oblicze, często się Pan przebiera. Oblicz były już dziesiątki. Dlaczego? Żeby nie być nudnym (śmiech). Ile ludzie mogą patrzeć na chodzącego, gadającego faceta (śmiech). Nie da się zmienić swojej twarzy, ale można zmienić ubiór, to często bardziej przyciąga uwagę. Najnowszy mój strój to przebranie Cygana. [[nowa_strona]] Jak wygląda sprawa zaangażowania się mieszkańców gminy w Waszą działalność? Jest z tym problem? Tego problemu na wsi w ogóle nie ma. Tam faktycznie widać, że ludzie chcą w tym uczestniczyć, starają się, żeby taki czy inny festyn był udany. Często miesiącami na to czekają. W mieście jest gorzej: więcej trzeba prosić, namawiać, żeby się zaangażowali. Swego czasu Rada Miejska, po sprawozdaniu z Waszej działalności stwierdziła, że w zbyt małym stopniu przyciągacie swoją ofertą ludzi młodych. Co Pan na to? Tak faktycznie jest. Myślę, że jest to podyktowanie dwiema sprawami. Sporo młodzieży w Łobżenicy to młodzież napływowa, z terenu gminy i nie tylko, której tutaj właściwie po szkole, po godzinie 14-15:00 już nie ma i nie ma ona jak uczestniczyć w dodatkowych zajęciach. Jednak z młodzieżą nie jest jeszcze tak źle. Minimalne zainteresowanie dostrzegamy po stronie osób w wieku produkcyjnym. Ciężko jest ich jakkolwiek zachęcić. Sytuacja powoli zaczyna się zmieniać za sprawą powołanego przez nas Stowarzyszenia Kwadrat, które np. w najbliższych dniach organizuje zbiórkę krwi dla chorej dziewczynki. Ci ludzie chcą też prezentować swoją twórczość na scenie, chcą grać, śpiewać, tańczyć. Jesteśmy na nich otwarci. [[reklama]] Po pracy też żyje Pan kulturą? Nie da się od tego oderwać, moja praca trwa 24 godziny na dobę, ale kocham ją. Kocham pracować i przebywać z ludźmi i wśród ludzi. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym robić cokolwiek innego, choć zdaję sobie sprawę, że nie wszystko wychodzi mi tak jakbym chciał i że pewnie jest wielu w tej dziedzinie lepszych ode mnie.
A coś poza tym? Lubię przyrodę. Miejsca, gdzie mogę się oderwać od wszystkiego, dlatego wszystkim polecam góry. Ale nie znane, utarte szlaki, tylko te trochę bardziej dzikie i zapomniane. Lubię też dzikie nadmorskie plaże, gdy sezon turystyczny już dawno się skończył i jedynym dobiegającym dźwiękiem jest szum morza. Lubię też swój ogród, w którym jest mnóstwo kwiatów. Lubię pójść na ryby i, co ważne, nie po ryby, tylko na ryby. Spokój, cisza, relaks. Kiedyś zajmowałem się też hodowlą gołębi pocztowych, jednak ze względu na zdrowie musiałem zaprzestać. [[reklama]] Osobisty ranking polecanych rzeczy, które sprawią, że ktoś nie do końca przekonany postawni jednak szerzej, głębiej czerpać garściami z dóbr kultury? Teatru, opery, książek, filmu? Myślę, że podstawą jest posiadanie w sobie jakiejś pasji, chęci poznawania, odkrywania. Od tego się zaczyna, bo przez to poświęcamy w jakimś konkretnym celu swój czas. I to sprawia, że czujemy się szczęśliwsi. Najgorzej jeśli słyszy się, że ktoś nie ma czasu i nie ma zainteresowań. Czy da się go przekonać? Musi zacząć sam od siebie. Bez tego będzie trudno.
Rozmawiał Sz. Chwaliszewski
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze