Reklama

Lach znaczy wędkarz

16/06/2018 08:00
Konrad to wielokrotny mistrz, ale Bolek depcze mu po piętach. A za ich plecami jest nowe pokolenie – Jacek i Wojtek. - Wędkowanie to nasz rodzinny sport - mówią

Zacznijmy od przygód. Wędkarstwo pewnie się z nimi wiąże.

Konrad Lach: - Ciągnę leszcza, widzę go, bo woda czysta. Jest tuż pod powierzchnią, opór stawia straszny i nagle znika. I coś mi wyciąga żyłkę prawie na środek jeziora. Popuszczam lekko, bo mi wszystko pozrywa. A ta ryba zawraca i płynie do brzegu. I tak trzy razy. Wyciąga i wraca. Nagle robi się luz i wyciągam tego leszcza. Bez łuski. Widać sum go zaatakował, ale chyba nie miał ochoty go całego połknąć. A ten leszcz mierzył około 30 cm.

Bolesław Lach: - Jezioro Borówno. Jakieś 30 lat temu. Jesteśmy z bratem Stanisławem na pontonie. Łowimy na żywca bambusową wędką bez kołowrotka, do której przywiązany jest zestaw. Mam już jednego szczupaka, a bratu dwa się zerwały. Zakładam krąpia na haczyk, taki już śnięty jest, ale próbuję. Wyciągam go, już jest nad wodą, a tu wyskakuje szczupak i haps! Znika, ale spławik stoi pół metra pod wodą. Zacinam, brat wiosłuje, a ten szczupak ciągnie na głębinę. Tak pompuje, że pół tyczki pod wodę bierze. Raz na jedną stronę, raz na drugą. Robi z nami co chce. Gdy pokazuje się brzuchem do góry, mówię: no, teraz gotowy jesteś, chodź tutaj. A on jak nie majtnie ogonem i cały zestaw mi ściąga z kija. Piernik jasny, co teraz? O dziwo, dopływamy do brzegu, a mój spławik stoi w tym miejscu, gdzie on wziął! On wcześniej wrócił niż my pontonem. Ręką próbuję sięgnąć spławik, ale szczupak idzie w gałęzie. Po tygodniu kolega znalazł mój zestaw, ale bez ryby. Tak z 10-12 kg ten szczupak ważył.

Reklama

Bolesław Lach: - Nieraz cała rodzina szła na połów, w tym trzy siostry. Pewnego razu najstarsza siostra zarzuciła wędkę na żywca (mieliśmy wtedy wspólną wędkę). Konrad trochę dalej łowił. Wziął jej węgorz około 2 kg, jak ona krzyczała, żeby jej pomóc, bo ją ryba do jeziora wciąga... W końcu wędka pękła na pół, ale nie złamała się całkiem. Siostra przeciągnęła tego węgorza przez trzcinę, grubości ręki był taki, ale jakoś poszedł. Niesmak został po tym, ale emocje były wielkie.

Lachowie - postrach okolicznych wód

Reklama

Panów przygoda z wędkowaniem rozpoczęła się blisko pół wieku temu. Nad Jezioro Głomskie zabierał Panów tata Jan.

Konrad Lach: - Tata lubił łowić szczupaki, był w tym dobry. Zaczynaliśmy przy nim, z kijami leszczyny i końcówkami z bambusa. Łapaliśmy na wykopane w rowie robaki, ziemniaki, kromkę chleba.

Bolesław Lach: - Pierwszy zestaw skonstruowałem z siatką z kredensu kuchennego, którą rozplotłem. Trójka żyłka, tacie podwędziłem haczyk, duży – trójkę. Pierwszą moją rybą był kiełb. Miałem wtedy pięć lat.

Konrad Lach: - Nieraz motorem jechaliśmy na ryby we trzech. Brat z tyłu, ja na baku. Na przynętę larwy chruścika z wody się zbierało. Trochę ziaren się sparzyło i tym się podkarmiło. Żadnych sztucznych przynęt nie było. O spinningu nikt nawet nie marzył, o kołowrotku mało kto słyszał. Może jak ktoś miał kontakty za granicą, to mógł sobie taki rarytas sprowadzić.

Reklama

Jacek i Wojciech, synowie pana Bolesława, też wędkują. Pasję tę jakby wyssali z mlekiem matki.


Pozostało jeszcze 85% tekstu
Zaloguj się i zostań stałym Czytelnikiem

[[pay]]

Wojciech Lach: - Tata zabierał mnie, tak jak jego dziadek, na Jezioro Głomskie. Nie pamiętam pierwszej złowionej ryby, ale nadzieję, że coś złapię już tak. To wędkarstwo mnie zafascynowało. A że lubię przyrodę, ciszę i spokój, to tak mi zostało.

Jacek Lach: - Ja uczyłem się wędkowania na Borównie. Tata tam jeździł od strony Werska. Pamiętam mojego pierwszego szczupaka złapanego na białe robaki. Pomost był bez wejścia, tata mnie tam wnosił na barana... Człowiek sobie siada spokojnie, nikt nad głową nie stoi, ptaszki fruwają… A jak jakaś fajna ryba weźmie to super. To jest kwintesencja wędkarstwa.

Reklama

Kiedy piszę relacje z zawodów wędkarskich PZW Zakrzewo, zwykle w czołówce jest jakiś Lach. Bywa, że zajmujecie Panowie trzy pierwsze miejsca. Można mówić o rodzinnej szkole łowienia?

Konrad Lach: - Od 2004 startuję w zawodach i cały czas jestem w czołówce. Kilka razy zdobyłem tytuł mistrza koła PZW Zakrzewo.

Jacek Lach: - Wygrywanie nigdy się chyba wujkowi nie znudzi, choć i my mamy już swoje sukcesy.

Konrad Lach: - Czasem tak myślę, że ten rok będzie ostatni, ale jak przychodzi nowy sezon to coś mnie popycha na te zawody. Koledzy może i myślą: ten znowu przyjechał na zawody i pewnie wygra.

Jacek Lach: - A gdy nie ma Konego: o, dziś ktoś inny wygra...

Konrad Lach - mistrz nad mistrzami, któremu wygrywanie nigdy się nie nudzi

Reklama

Rzeczywiście w PZW Zakrzewo rządzi pan Konrad, ale na „szerszych wodach” już tak łatwo nie jest.

Konrad Lach: - W zawodach powiatowych dwa razy stanąłem na trzecim miejscu, ale tam startują zawodnicy z wyższej półki...

Jacek Lach: - Tam są ludzie mocno nastawieni na łowienie sportowe, którzy wydają na to hobby masę kasy. Na jedne zawody na samą zanętę, gliny i przynęty trzeba wydać około 200 zł.

Bolesław Lach: - A jaki sprzęt mają! Siedzą obstawieni tymi pieniędzmi.

Wędkarstwo, jak każde hobby, staje się coraz droższe. Ile Panowie wydajecie na sprzęt?

Bolesław Lach: - Lepiej nie mówić, bo się żony dowiedzą...

Konrad Lach: - Paragonów im nie pokazujemy, choć są głęboko schowane w razie reklamacji. Nieraz żona trochę marudzi, że drogo i dużo czasu nad wodą spędzam, ale dogadujemy się, znajdujemy wspólny język. Czasem tylko słyszę: ty znowu na ryby!

Reklama

Bolesław Lach: - Ja to sprytnie chciałem wędkarstwo żonie zaszczepić, ale jakoś nie idzie. Dwa razy tylko ze mną była. Nudzi się! Ech...

Konrad Lach: - Podobno są małżeństwa, które wędkują razem i może one są szczęśliwsze? Chociaż czy ja wiem…

Jacek Lach: - Byłem niedawno na Gwdzie, gdy przyjechało tam małżeństwo. Mąż usiadł na jednym stanowisku, żona 100 m dalej. I latała do niego: chodź, bo mi się żyłka zaplątała o drzewo. Za piętnaście minut: chodź, urwał mi się haczyk... W końcu facet się zwinął, poszedł do samochodu i czekał na kolejne wezwania. No nie połowił.

Reklama

To co z tą rodzinną szkołą? Jakie są te wędkarskie tajniki Lachów?

Konrad robi głęboki wdech: - Każdy ma swoje patenty. Koledzy nieraz mnie podpytują o to, ale nie zdradzam. Moim zdaniem 70% sukcesu to zanęta. Staram się cały czas łowić z tą samą.

Jacek Lach: - Na zawodach np. wydaje się, że zanęty idzie dużo do wody, ale to prawie sama ziemia, która jest nośnikiem. Na 6-8 kg mieszanki zanęty jest z 0,5 kg.

Bolesław Lach: - Akurat. Żeby tak każdy robił, ale niektórzy walą samą zanętę. Ryba się jej naje przez godzinę i odpłynie. I na twojego robaka nawet nie spojrzy!

Reklama

I jak tu się nie zakochać w wędkarstwie, kiedy tata takie sztuki przynosił...

Trwa wyścig zbrojeń między wędkarzami. Wędkowanie to dziś inny sport niż przed laty?

Bolesław Lach: - Dziś to wygląda tak jakby i ta ryba poszła do przodu i pozyskała jakąś mądrość.

Jacek Lach: - Kiedyś zakładało się żyłkę 0,30, hak wielki jak palec, na nim rasówa i plotki brały. A teraz cienka żyłka, hak tak mały, że tata go już nie widzi i nic.
Z tatą często się o ten sposób połowu sprzeczamy. Ja lubię łowić delikatnie, na cienkie żyłki, a tata używa mocniejszego sprzętu. I twierdzi, że kiedyś było lepiej.

Reklama

Bolesław Lach: - Bo lepiej widzisz te małe haczyki…

Jacek Lach: - Uważam, że jak na żyłce 0,08 wyciągnę 1,5 kg lina, to jest prawdziwa frajda. Bo ryba miała szansę się zerwać. A u taty, na żyłce 0,20, takiej szansy nie ma. Jego łowienie jest takie toporne trochę.
Konrad Lach: - Dziś na zawodach trzeba mieć delikatny sprzęt, bo tam przede wszystkim drobną rybę się łowi: płotki, ukleje. Zawody wygrywa się, systematycznie odławiając małe ryby. Poza tym to wygoda z takim lekkim sprzętem.

Jacek Lach: - Bo też szklana tyczka po kilku godzinach daje się we znaki. A te z włókna trzymasz jak łyżeczkę i palcem sobie machasz.

Reklama

Bolesław Lach: - I co z tego? Kiedyś nie było sprzętu, ale ryby były. A dziś jest odwrotnie, akweny są wyjałowione.

Jacek Lach: - No bo wpuszcza się ryby, których w naszych wodach być nie powinno. Karp, amur, tołpyga to są ryby z Azji, tanie w rozmnażaniu, ale wyjadają pożywienie leszczom i płociom. Poza tym wydalają masę kału, który oddziałuje na nasze wody. A polskie ryby karłowacieją. Rozumiem ludzi łowiących te ryby, gdyż są to doskonałe okazy sportowe, dają sporo satysfakcji podczas holu, lecz moim zdaniem te gatunki powinny być wpuszczane wyłącznie do akwenów specjalnie do tego przeznaczonych. Na łowiskach specjalnych karpiarze mogliby robić to, co kochają najbardziej. Wilk byłby syty i owca cała.

Konrad Lach: - Kiedyś, gdy się pojechało na ryby, to można było okonia czy leszcza złapać od ręki. Dzisiaj płotka czy krąp wchodzi z zanęconego łowiska, ale to małe sztuki.

Jedno z pierwszych moczeń kija - Konrad i Bolesław rywalizują od zawsze

Chcecie Panowie powiedzieć, że okoliczne jeziora pustoszeją i niszczeją?

Jacek Lach: - Część strasznie zarasta. To wina intensywnego nawożenia pól. Wokół Jeziora Głomskiego np. są pola, spływająca z nich woda zawiera azot, który zasila trzcinę, a ta rośnie jak zboże na polu.

Bolesław Lach: - No i bobry niszczą nasze środowisko.

Jacek Lach: - Te kanadyjskie. Naszych było mało, więc te sprowadzili. To się rozpleniło, ścina masę drzew, kopie dziury - można w nie wpaść i złamać nogę. Nad Jeziorem Proboszczowskim w Zakrzewie jedna osoba się przez to utopiła...

Konrad Lach: - Jeżeli ktoś te bobry sprowadził, to powinien mieć je pod kontrolą. Na naszych jeziorach one nie są potrzebne, bo tylko przynoszą straty. One już się biorą za te twarde drzewa, jakie dorodne dęby leżą ścięte.

Nie wiem, czy się Panowie zgodzicie, ale obrazu tego dopełniają walące się pomosty wędkarskie.

Bolesław Lach: - Teraz tych „ambon” jest masa, aż nie chce się na to patrzeć. Stoją stare, opuszczone kikuty. Okropne.

Konrad Lach: - Kiedyś każdy sobie z brzegu rybę złowił, a dzisiaj pomosty i pomosty… I kłótnie się nad tą wodą odbywają.

Jacek Lach: - Wędkarze przesadzają też z wielkością tych pomostów. Wystarczy 1,5 na 2 m i w miarę komfortowo dwie osoby łowią. A niektórzy stawiają wielkie platformy. Poza tym niewiele z nich zostało zbudowanych legalnie. Na pomostach są też kłótnie. Jest tak, że kto usiądzie pierwszy, ten może łowić. Ale ludzie się znają i wiedzą, kto dany pomost zbudował, narobił się i trzeba mu ustąpić.

Bolesław Lach: - Etyka wymaga, żeby zejść z czyjegoś pomostu.

Skoro mówimy o wadach wędkarzy, to jednym z ich grzechów głównych jest śmiecenie, prawda?

Bolesław Lach: - To brudzenie nad wodą jest najgorsze. Że to ludzie ogłady nie mają! Środowisko rujnują, źle to o nich świadczy.

Konrad Lach: - Dla mnie kto zostawia śmieci nie jest wędkarzem.

Jacek Lach: - Przez te śmieci ryby zdychają, np. po wpłynięciu w taką reklamówkę. Widziałem nawet zdjęcie szczupaka, który wpłynął w pierścień wrzucony do wody i w tym rósł. Miał talię osy. Nie wiem, jakim cudem żył.

Konrad Lach: - Poza tym wędkarze wyławiają niewymiarowe ryby, np. szczupaki. Straż rybacka powinna częściej ich kontrolować.

Jacek Lach: - Jeżdżę na ryby od lat i kontrolę miałem 2-3 razy. Powinno ich być znacznie więcej.
Kiedy widzicie Panowie, że ktoś łamie przepisy, możecie zadzwonić po straż rybacką…

Jacek Lach: - Kiedy to są w większości koledzy. Zadzwonisz?

Kiedyś wędkarstwo było sposobem na zdobycie pożywienia, dziś coraz więcej osób nie zabiera zdobyczy do domu. Panowie też tak robicie?

Konrad Lach: - Najważniejsze jest złowienie ryby. Lubię zjeść okonia czy lina, ale nie nagminnie. Nie po bożemu, raz w tygodniu, tylko jak przyjdzie ochota, to zjem.

Bolesław Lach: - W domu zawsze była zasada, że kto złowi, ten skrobie. Żona sporadycznie się za to bierze...

Jacek Lach: - Ja mamy przy tym jeszcze nie widziałem…

Węgorz - jedno z najbardziej wartościowych trofeów dla okolicznych wędkarzy. Ten okaz padł łupem Jacka lacha

Co Panom daje to popularne moczenie kija w wodzie?

Bolesław Lach: - Odstresowanie. Tylko te telefony porobili i to jest dyskomfort, bo co chwilę ktoś dzwoni!

Konrad Lach: - Wędkowanie to spokój. Mi to nieraz wystarczy popatrzeć na sprzęt i już jestem zadowolony. Trochę go uporządkuję, coś poprawię i to mi wystarczy, żeby się zadowolić tą pasją.

Bolesław Lach: - Dopóki będę mógł, to będę na ryby chodzić. Nawet zimą ciągnie mnie nad wodę. Czasem nic nie bierze i mówię, że więcej nie pojadę, ale minie parę dni, pogoda jest i już się kręcę.
Zawsze, gdy tu nie idzie, można się wybrać nad morze. Łowicie Panowie także w Bałtyku.

Bolesław Lach: - 2-3 razy w roku jedziemy na taką wyprawę. To jest inny sport, inne łowienie.

Jacek Lach: - Nawet jak to jest mały dorsz, to gdy uderzy na tych 40 m, to jest zabawa, żeby go do góry wyciągnąć. Męczące, ale fajne to łowienie.

Konrad Lach: - Szkoda tylko, że i tam się sytuacja pogarsza. Kilka lat temu łowiło się dorsze ważące 3-4 kg, a dziś jest coraz gorzej. Bałtyk robi się wielką kałużą.

Jacek Lach: Szwedzkie czy duńskie trawlery wyławiają całe pożywienie dorsza, po prostu orzą dno. Przez to dorsz jest chudy i mały.

Bolesław Lach: - No i zabrudzony jest Bałtyk okropnie. Dużo robią plantacje łososia w morzu. Te tuczarnie zanieczyszczają wody, bo ten obornik w wodzie zostaje.

Konrad Lach: - I masa trucizny jest na dnie, z czasów wojny. To zaczyna korodować, dorsze dostają plamy i chorują.

A jednak wciąż tam Panów ciągnie, tak jak do wędkowania na wodach śródlądowych.

Bolesław Lach: - Bo tam tak na tym kutrze fajnie buja, że jeszcze na drugi dzień człowiek chodzi taki miękki.

Konrad Lach: - Niektórzy to już na morzu ukłony do Neptuna składają, a my, Lachowie, nic. Bez żadnych lekarstw, nic. Wędkarstwo to nasz rodzinny sport.

Rozmawiał Łukasz Opłatek [[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości