Najbardziej ta lokalna, łączy za to chęć do działania społecznego i silna katolicka wiara, którą wynieśli z rodzinnego domu - Antoni i Franciszek Kapeja, bracia z silnym "charakterem"
Franciszek Kapeja - mogę być numer dwa
Bycie sołtysem to zaszczyt czy kara?
Ani kara, ani zaszczyt. Człowiek chciałby się wykazać, ale nie jest to proste, aby wszystkiemu podołać. Trzeba dużo wyrzeczeń, nieraz towarzyskich, aby zająć się sprawami sołectwa.
Czasami trzeba też wystawić się na ocenę opinii publicznej, a to boli. Jak Pan to znosi?
Życzę każdemu następnemu sołtysowi - niech zrobi tyle samo albo i więcej. Z boku stać i krytykować jest najłatwiej. Nie mówię też, że następną kadencję to ja muszę być sołtysem. Jeśli znajdzie się ktoś, kto nie będzie marnował tego co do tej pory jest zrobione, to jak najbardziej, niech przejmie tę rolę.
Jest Pan aktywnym sołtysem i tych działań w ciągu minionej i obecnej kadencji jest sporo. Ale szczególnie jedno odbiło się szerokim echem w gminie, a nawet w Polsce za sprawą telewizji TVN. Witacze, w których doszukiwano się Pana podobizny. Mówiono, że stawia Pan pomniki za życia. Jak odpiera Pan takie zarzuty?
Telewizja nie przekazała tego, co chciałem powiedzieć. Zrobiła z tego tanią sensację. A odnosząc się do pytania o moją podobiznę na witaczu to szczerze chciałbym wyglądać tak jak ten gospodarz, ale dużo mi do niego brakuje. Moim zamiarem było ustawienie witacza z wizerunkiem gospodarza, który miał symbolizować każdego rolnika w naszym sołectwie. Myślę, że każdy rolnik, który poczuwa się jako gospodarz własnej posesji, może znaleźć tam swoją podobiznę.
Gdy pojawia się krytyka ma Pan ochotę rzucić to wszystko w cholerę?
Były takie momenty, mówię otwarcie. Nie zawsze słońce świeci i wszystko udaje się tak jakby się chciało.
Czasami mam wrażenie, że Kapejów wszędzie jest pełno. Myślę też o Pana bracie Antku. Działalność społeczną macie we krwi?
Trudno odpowiedzieć, skąd to się bierze. Rodzice zawsze byli blisko Kościoła, ale nie udzielali się w pracy sołtysa czy innych społecznych funkcjach. Natomiast wychowanie w duchu wartości chrześcijańskich wynieśliśmy z domu.
I jak widać przekłada się to na dorosłe życie. Wiara łączy braci. W każdą niedzielę jesteście przy ołtarzu. Pan śpiewa, brat czyta, obaj jesteście członkami Towarzystwa Wojciechowego.
Przy ołtarzu jesteśmy od ponad czterdziestu lat. Jako chłopcy byliśmy ministrantami, potem była służba liturgii w starszym wieku, a kiedy powstało stowarzyszenie, obaj do niego wstąpiliśmy. W tej kwestii nie różnimy się.
No właśnie, o ile praca społeczna i duży udział w życiu Kościoła łączą was, o tyle dzieli wiele poglądów, szczególnie na sprawy, które dzieją się w gminie. Skąd takie rozbieżności?
Nie wiem, skąd to się bierze. Jest między nami sporo różnic mentalnych, ja to widzę. Brat lubi być pierwszy, mnie wystarcza funkcja drugiego. Dlatego powtarzam, że nie muszę być sołtysem, wolałbym nawet to drugie miejsce za sołtysem.
Pamiętam sesję, na której brat publicznie krytykował Pana za pewne działania jako sołtysa.
Nie wiem, dlaczego Antkowi przeszkadzało to, że w Wiktorówku zamontowaliśmy oświetlenie świąteczne, może z zazdrości. Brat jest sołtysem i radnym i ma większe możliwości, ale uwagi, które kierował pod moim adresem, uważam, że nie były słuszne. Przyjąłem tę sytuację z humorem i tyle.
Obaj jesteście sołtysami, ale nie widać jakieś szczególnie bliskiej współpracy Wiktorówka z Piesnami, dlaczego?
Bo brat nie udziela się w dożynkach, w turniejach też nie bierze udziału. Nie ma tego pola do wspólnego działania. Jedyne co można powiedzieć, to z pewnością zauważalna rywalizacja między Walentynowem a Wiktorówkiem. Śmiejemy się, że nie musimy mieć pierwszego miejsca, ale żeby być o jedno miejsce przed Walentynowem.
Za co pochwaliłby Pan brata?
Nie można mu odmówić tej działalności, którą wykonuje jako radny czy prezes LZS Jedność Łobżenica, że chce mu się i znajduje na to czas.
[[nowa_strona]]
Antoni Kapeja - Nie dam się zmanipulować
Jest Pan radnym Rady Miejskiej w Łobżenicy od trzech kadencji, prezesem LZS Jedność Łobżenica, sołtysem, prezesem OSP Piesno, prezesem Towarzystwa Wojciechowego, przewodniczącym komisji rewizyjnej przy OSM Łobżenica. Ufff… Ominęłam coś?
Chyba to wszystko. Gdy byłem wiceprzewodniczącym rady policzyłem sobie wszystkie funkcje, łącznie z delegatami, wyszło mi jakieś dwadzieścia społecznych ról, ale teraz jest ich o połowa mniej.
Żona nie krzyczy, że nigdy nie ma Pana w domu?
Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie krzyczy. Nie wiem nawet, kiedy to wszystko się zaczęło. W LZSach prezesem jestem od 1997 roku, ale już wcześniej udzielałem się jako członek stowarzyszenia, wcześniej grałem w piłkę. A prezesura spadła na mnie niejako z braku chętnych do ciągnięcia wózka. Ale nikt, ja także, nie zdawałem sobie sprawy, jaki to jest ogrom pracy. Bez pomocy Mariusza Gniota nie dałbym rady.
Lubi być Pan pierwszy? Prezes, przewodniczący - to funkcje, które łechcą dumę?
W młodym wieku człowiek myśli bardziej o sobie, żeby skorzystać z przyjemności, coś wywalczyć dla siebie, ale im starszy, to więcej zauważa innych. Ta możliwość robienia czegoś dla innych przyciąga mnie i daje satysfakcję w pracy społecznej i funkcjach, które pełnię. Nie robię tego dla mojej sławy, ale dla ludzi. Pamiętam jak budowałem boisko, dzieciaki chodziły za mną i pytały, kiedy będzie oddane. Potem odnowione zostały inne boiska. Najlepszą zapłatą jest dla mnie radość dzieciaków, które mają gdzie pograć w piłkę albo gdy idę przez miasto i powiedzą zwykłe: dzień dobry, chociaż ja ich nie znam, gdy cieszą się ze zdobytych medali. Mógłbym jeszcze więcej działać, ale hamuje mnie praca w gospodarstwie.
Jakby nie patrzeć w gminie wasze nazwisko przewija się nieustannie. Skąd u Pana i brata chęć, aby udzielać się i pracować społecznie?
Chyba z rodzinnego domu. Rodzice, odkąd pamiętam, pomagali ludziom z sąsiedztwa. Zwyczajem mamy było odwdzięczenie się ludziom za różne sprawy. Swojskie jajka, masło, chleb - takie prezenty z wdzięczności miała w zwyczaju dawać. Był czas, że tylko rozwoziłem takie prezenty. To ona nauczyła mnie dawać. Dzisiaj powiedzą łapówki, ale to były inne czasy. Mama miała wizję czynienia dobra, a ja po wielu doświadczeniach życiowych i poczuciu, że życie jest ulotne, chciałbym swoją pracą zbudować coś, co zostanie po mnie.
I to również rodzice wyznaczyli Wam kierunek, jakim jest wiara katolicka.
Tak, może świadczyć o tym choćby fakt, że mamy w rodzinie dwie siostry zakonne. A rodzice zawsze byli blisko Kościoła i dbali, abyśmy też w tym życiu uczestniczyli. O wiele więcej wymagali od nas niż ja dzisiaj od swoich dzieci. Za moich czasów jako ministranci mieliśmy dyżury. Dwa, trzy razy w tygodniu przed szkołą chodziliśmy służyć do ołtarza i nie było zmiłuj, że zima, śnieg, deszcz, mróz. Mam pilnowała, abyśmy ten obowiązek sumiennie wypełniali. Człowiek nie raz dobrze budził się kawałek za domem. Dzisiaj żaden czort na pieszo by nie poszedł.
Wiara was scala, ale są też sprawy, szczególnie jeśli chodzi o sołectwo i gminę, w których różnicie się i nie ukrywacie tego. Gdzie te różnice są najbardziej widoczne?
To prawda, ja stawiam mocno w moim życiu, aby być sobą i nie dać się manipulować i dlatego mimo moich prawicowych poglądów nie daję się podporządkować. Nie należę do żadnej partii, do klubów. Pamiętam czasy, gdy za Jendrzejewskiego w radzie istniały kluby. SLD, gdy tylko chciało coś przeforsować, głosowało jak jeden mąż. Przepchnęli co chcieli. Nawet nie argumentowali swojego zdania, nie bo nie - szlag mnie trafiał. I tylko dlatego nie zgadzam się z bratem, że ja to zauważam, że daje się manipulować przez różnych ludzi, mimo głęboko zakorzenionych wartości. Nie rozumiem, jak można iść w parze z lewicowym człowiekiem. Wiadomo, że on jest tylko człowiekiem, ale ciągnie za sobą pełen bagaż poglądów. Ja z tym nie mogę się pogodzić.
To Pan określa się jako ten konserwatywny w prawicowych poglądach, a brata jako bardziej liberalnego?
Dla mnie może to być wójt, burmistrza, starosta, każdego szanuję i rozmawiam z nim, ale do pewnych rzeczy nigdy mnie nie przekona. Co tu dużo mówić - chodzi o burmistrza, który przecież ma lewicową przeszłość, którą zawiesił, i dlatego mamy zupełnie inne poglądy. Nigdy nie będę brał udziału w jego kampanii, a zauważam, że brat nie rozdziela tego wszystkiego. Jeśli znajomy, to nie dzieli już ludzi pod względem ich światopoglądu.
Ostro stawia Pan sprawę. Czyli coś musi być czarne albo białe. Nie ma szarości?
Tego nauczyło mnie życie. Przekonałem się, że wokół mnie jest wielu aktorów. Pięknie wypowiadają się dla mediów, a za kulisami mówią coś innego. Poznałem tych ludzi i dlatego jestem jeszcze bardziej ostrożny, aby mnie nie zmanipulowali i nie wciągnęli w ich grę. Łatwiej jest mi przez ten pryzmat patrzeć na lokalną i krajową politykę i tak sobie myślę: Boże kochany, jeśli już u nas mamy tylu aktorów, to co dzieje się na samej górze…
Krytykuje Pan swojego młodszego brata?
Mało rozmawiamy na tematy polityczne, znam jego stanowisko i przekonania w lokalnej polityce i nie chcę o tym rozmawiać, bo prędzej czy później pewnie byśmy się o to pokłócili. A druga rzecz, że Franek nie korzysta z mojej pomocy, doświadczenia i wiedzy radnego.
A jeśli miałby Pan młodszego brata za coś pochwalić...
Na pewno za chęci i wolę pracy społecznej. Trzeba poświęcić na to sporo czasu, ale nie ma co ukrywać, także własnych pieniędzy. Brat bierze udział w dożynkach, w turniejach, a ja nie. Ale tylko dlatego, że nie podobało mi się nieuczciwe rozstrzyganie konkursów na wieńce. Nie robimy wieńca od czasu, gdy zdyskwalifikowano naszą kopę o bzdurę. Obraziłem się, przyznaję, a najbardziej na burmistrza, który nie docenia pracy i wkładu mieszkańców wsi. Jeśli ktoś daje nagrodę 300, 200, 100 zł za udział w dożynkach to jest śmiechu warte. A przełóżmy do szybko na lokalną politykę. 50 tys. zł na dodatkowe prace, aneksy do umowy. Są pieniądze na to, a na mieszkańców wsi, którzy powinni odpocząć i świętować, nie ma. Napracują się przed i jeszcze w trakcie, a przecież to ich święto. To mnie zniechęca do działania w tym kierunku.
Rozmawiała A. Głyżewska
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze