Przepraszam za to, ile zjemy...
– dziewczyna mówi z pełnymi ustami. Ona i jej dwaj bracia pochłaniają dwudziestopięciogroszówki jedna za drugą, jakby nie jedli przez tydzień. Smarują grubo pasztetową od rzeźnika Kowalskiego i wpychają do ust. Jest rok 1969, wypieki Lewandowskiego znają wszyscy w Złotowie, ale dla gości z Wrocławia to kulinarne odkrycie.
Niebo w gębie. Takich produktów to my nie mamy
– tłumaczą niepohamowany apetyt. Patrząc na to mistrz Ludwik może zachodzić w głowę, kogo to mu syn Jan przywiózł. Choć z drugiej strony powinien wiedzieć, jak ciężko oprzeć się jego bułkom.
Urokowi Złotowa Urszula Lewandowska poddaje się od razu. Podobają jej się takie małe miasteczka, bo rodzinny Wrocław jest taki brzydki po wojnie. W oko wpada jej też Jan.
Spotkaliśmy się w pociągu. Jechałam na wakacje do Gdyni, a Janek przesiadał się w Pile
– opowiada pani Urszula, siadając za solidnym drewnianym stołem nakrytym białym obrusem. Mieszkanie przy ulicy Wojska Polskiego, na zapleczu sklepu i nad piekarnią, rodzina Lewandowskich zajmuje od ponad siedemdziesięciu lat. Pani Urszula także jest cukiernikiem. Zauważam, że pan Jan dobrze wybrał drugą połówkę.
A skąd. Panie kochany, powodzenia nie miał
– kobieta śmieje się w głos.
Gdy się poznaliśmy, to był stary kaker, trzydzieści lat miał
– dorzuca, odchodząc w stronę domagającego się uwagi telefonu.
Ślub Urszula i Jan wzięli w roku 1970, gdy ten miał lat 31.
Pierwszy chleb z ręki piekarza Lewandowskiego wychodzi na początku XX wieku. W roku 1907 dziadek Jana, Walerian, zakłada piekarnię w Nakle. Żywi też mieszkańców Białośliwia i Wysokiej, w centrum miasteczka, tuż przy rynku, z wejściem po schodkach jak w Złotowie. Biegają po nich jego czterej synowie, w tym Henryk i Ludwik, którzy podzielają pasję ojca do pieczenia. W Wysokiej na świat przychodzi Jan, syn Ludwika, który w przyszłości będzie kontynuować rodzinną tradycję. Niestety chlebowych sekretów nie pozna wprost od dziadka.

Jan Lewandowski przy pracy. Od kilkudziesięciu lat to mąka jest jego muzą
Po którejś nocy w piekarni, o piątej rano, dziadek wyszedł zaczerpnąć świeżego powietrza, a z przejeżdżającej kolumny wojsk niemieckich padł strzał. Śmiertelny
– opowiada 79–letni dziś piekarz.
Jeszcze przed wojną rodzice Jana (Ludwik i Leokadia) przenoszą się do Poznania, gdzie dzierżawią piekarnię. Na swoim są jednak krótko.
Niemcy wysiedlili ich najpierw do obozu w Łodzi, a potem do Generalnej Guberni. Ojciec pracował w majątku w Książu Wielkim koło Miechowa
Reklama
– opowiada nasz bohater. W jego wieku zwykle dawniejsze wspomnienia mocniej są zapisane w głowie. Pamięta, że w Książu Wielkim mieszkało dużo Żydów. Ponoć wszyscy trafili do Oświęcimia.
Po jednym z nich tata dostał do prowadzenia piekarnię. Starą, zaniedbaną, z piecem opalanym drewnem
– pana Jana zaskakuje, że teraz, po latach widzi w telewizji reklamę pieczywa z takiego właśnie pieca – piersiówy.
Zapach był przyjemniejszy niż z gazu
– zauważa Jan Lewandowski. Tylko pracy przy piersiówie jest więcej. Trzeba w komorze napalić, potem wszystko wygarnąć, wyczyścić i dopiero chleb wsadzić. Na szczęście Książ to miejscowość malutka, coś z tysiąc pięćset mieszkańców i choć Ludwik jest jedynym piekarzem, to wystarcza. Po chleb i bułki przychodzą też policjanci z posterunku po drugiej stronie ulicy. W dzień, bo w nocy towar partyzanci odbierają.
Przywozili mąkę i ojciec piekł dla nich chleb. Matka stała i pilnowała, czy Niemcy nie nadchodzą. Ryzyko było, ale nic złego się nie stało
– mówi pan Jan ze wzrokiem wbitym w podłogę. Na wspominki nie chciał się zgodzić, zmęczony jest, od niedawna jego serce jest na wspomaganiu.
Rozrusznik ma i kolana odmawiają mu posłuszeństwa, ale korzysta z tabletek, to jakoś funkcjonuje
– wyjaśnia pani Urszula, która raz po raz zagląda do pokoju na piętrze. Jakby robiła rekonesans, jak to zrobił teść Ludwik zanim do Złotowa przyjechał.
Zamknąć Lewandowskiego! - Dziwna jest ta odzyskana Polska. Pełna radzieckich żołnierzy, czerwonych flag, portretów Stalina i komunistycznych haseł. Część z nich...
Owoce miłości - Bez miłości ziemię tylko depczesz, odkąd kochasz – żyjesz.* Wszystko co dobre, bierze się z zamiłowania. - Powiem panu, że mąż to ani...
Tajemnica prostoty - Kto pierwszy, ten lepszy. Kto zasypia, ten ogląda puste półki. Bywa, że chleb kupuje się po wcześniejszym zapisie. Po wojnie brak jest...
Ściana chwały - Ludwik Lewandowski na emeryturę przechodzi w 1978 roku, kupuje z żoną Leokadią domek z Poznaniu i wyjeżdża ze Złotowa. Umiera siedem lat później...
Dziwna jest ta odzyskana Polska. Pełna radzieckich żołnierzy, czerwonych flag, portretów Stalina i komunistycznych haseł. Część z nich wzywa do osiedlania się na Ziemiach Odzyskanych. Złotów w 1945 roku stoi niemal pusty. Jest trochę autochtonów, ale pociągami zjeżdżają ludzie ze Wschodu. W rzece szukających nowego początku jest Ludwik Lewandowski.
Początkowo ojciec chciał jechać w Zielonogórskie, ale kusiły go okolice domu. Do Wysokiej wrócił jego brat Henryk. Najpierw ojciec przyjechał sprawdzić, czy warto tu zamieszkać. Bracia znaleźli mu ostatnią wolną piekarnię
Reklama
– pan Jan pamięta, że zaraz po wojnie działało około dziesięciu zakładów piekarniczych. Lewandowskim przypada w udziale ten najgorszy. Z pamiętną piersiówą.
Pozostałe zakłady miały piece ogrzewane rurkami napełnionymi wodą destylowaną. Ich końcówki były w palenisku i gorąca woda tymi rurami krążyła. To już był postęp
– tłumaczy piekarz. Zakład, sklep i mieszkanie przy ulicy Wojska Polskiego jest poniemieckie, nazwiska niedawnych właścicieli nikt już nie pamięta. Z szuflad pamięci pan Jan wyjmuje jednak nazwiska powojennych piekarzy. Z jednej Ignacego Gniazdowskiego (działał na Starym Rynku), z innej Zdrenkę (na Dworzaczka), Kowalików (na placu Kościuszki, od strony Dworzaczka) i Grochowskiego, a z jeszcze innej Leszke (ul. Obrońców Warszawy, teść późniejszego właściciela Konrada Stachnika). Gdy sięga głębiej wyciąga jeszcze Budzińskiego, który piekł przy al. Mickiewicza. Większość z nich wykańczają, jak mówi nasz bohater, komuniści. Domiarami do podatków.
Rzemieślników wtedy dobrze gnębiono
– zauważa. Swego czasu na rynku zostaje tylko L. Lewandowski, choć byli tacy, którym się to nie podobało.
Wtedy ktoś z zarządu PSS–ów poszedł do pierwszego sekretarza, żeby Lewandowskiego też zamknąć. A sekretarz odparł: to wy sami róbcie taki chleb, żeby do Lewandowskiego przestali chodzić. Ja sam do niego chodzę
– opowiada właściciel zakładu w centrum Złotowa.
To widać jakiś porządny człowiek tam był
– uważa, choć nie pamięta nazwiska komunistycznego działacza.

Pan Jan przy pracy. Całe życie w bieli
Bez miłości ziemię tylko depczesz, odkąd kochasz – żyjesz.* Wszystko co dobre, bierze się z zamiłowania.
Powiem panu, że mąż to ani gwoździka w domu nie wbił. Za to w mące dużo i chętnie robił. Bez wysiłku i z radością. To była z serca praca
– pani Ula chwali małżonka. Wie, co mówi, bo jej mama we Wrocławiu prowadziła cukiernictwo.
Bo ciasto to trzeba wypielęgnować
– twierdzi, a pan Jan dodaje:
Nie miałem innych ciągot. Do mechaniki się nie nadawałem.
W Złotowie Jan zaczyna edukację. Najpierw w Szkole Ćwiczeń, a potem w dzisiejszej „Jedynce”. Pamięta dyrektora Juliusza Zielińskiego (jego imię nosi rondo przy komendzie policji) i pana Jęchorka, który uczył go rosyjskiego.
Zapadł mi w pamięć, bo zanim nam coś powiedział najpierw sam musiał się tego nauczyć
– mówi, wyraźnie rozbawiony. Po szkole bawi się z bratem i kolegami, m.in. popularnym Guciem, który potem prowadził sklep PSSu, w wojnę. Gruzy nadają się do tego znakomicie. Przed szkołą natomiast często wozi rowerem bułki do restauracji mieszczącej się na dworcu PKP. Z czasem zaczyna pomagać ojcu. Wyrabia bochny chleba i kulki bułeczek, takie jakimi za kilkanaście lat zajadać się będzie jego przyszła żona. Po podstawówce trafia do szkoły zawodowej w Złotowie, ale po roku przenosi się do technikum piekarstwa cukierniczego w Bydgoszczy. Jeszcze tylko lata 1958 – 1960 oddaje Ludowemu Wojsku Polskiemu i na dobre wraca do rodzinnej piekarni. Ojciec Ludwik zajmuje się pieczywem, a on cukiernictwem (ma już tytuł mistrza). W Złotowie popularne są pączki z dżemem i szneki z glancem. No i lody.
O polowaniu na nie w sklepie Lewandowskiego tak pisze prof. Andrzej Kokowski, rocznik 1953 (Złotów. Opowieść o małym miasteczku): „Po lody biegało się przede wszystkim do Lewandowskiego. Jego sklepik przy piekarni na rogu ulic Wojska Polskiego i Mokrej wyglądał latem jak wielki ul, z tym że zamiast pszczół po betonowych schodkach wchodzili i wychodzili zeń nieustannie ludzie, a właściwie ich dzieciarniana odmiana. Z prawej strony tego niewielkiego wnętrza sprzedawano ciastka oraz pieczywo. Tutaj przez długie lata królowała pani Kowalska, mama Pawła z naszej paczki, a na wprost od drzwi sprzedawano lody. Stały na taboretach przy ścianie w kolorowych, wysokich termosach: śmietankowe, kakaowe, a w sezonie te najlepsze – jagodowe. Nakładane były do wafelków w kształcie muszelki, które dopiero potem zastąpiły rożki i kubeczki. Zawołanie wśród dzieciarni „złoty dwadzieścia” miało jednoznaczną konotację i dzieliło nas na tych, którzy właśnie szli po lody, i tych, którzy z lodami wracali. Zawsze było też kilkoro polujących na połamane wafelki, którymi częstowały sprzedawczynie.
U Lewandowskiego kupowało się poza tym najlepsze w mieście szneki z glancem, czyli drożdżówki mające kształt ślimaka, grubo polukrowane, i tzw. murzynki. Te ostatnie w innych miastach nazywane są ciepłymi lodami, czyli jest to ubite z cukrem na sztywno białko z kurzych jajek w wafelkowych kubeczkach, z ciemną, kakaową polewą. Można było też tutaj kupić „amerykanki”, czyli płaskie, wypukłe pośrodku ciastka, które spodnią część miały lukrowaną.” Widać są miejsca stworzone do tego, by za nimi tęsknić.**
Konkurencją dla Lewandowskiego była cukiernia „Capri” Aleksandra Kortasa (przy ulicy Wawrzyniaka). Słodkości rękami mistrza Wernera wypiekał też PSS „Społem” (przy ulicy Pasterskiej).
Kto pierwszy, ten lepszy. Kto zasypia, ten ogląda puste półki. Bywa, że chleb kupuje się po wcześniejszym zapisie. Po wojnie brak jest produktów do wypieku, bo duża część ziemi rolnej w okolicy leży odłogiem. Jeszcze w latach pięćdziesiątych władza zachęca do osiedlania się w Państwowych Gospodarstwach Rolnych na tych terenach. Potem piekarzy ograniczają przydziały.
Odebrałeś, wypiekłeś i koniec. Piekli mniej niż mogli
– Urszula Lewandowska mówi w imieniu męża. Jednak tylko on może opowiedzieć o trudach pracy w piekarni.
Zaczynało się z wieczora, około 23:00. Najpierw trzeba było ten kwas wyprowadzić, potem dwa, trzy razy odświeżać, przegniatać. Następnie ciasto wyrobić i piec rozpalić. To my z ojcem robiliśmy, a nad ranem, na gotowe ciasta do wyrabiania przychodzili uczniowie
– pan Jan twierdzi, że w tym zawodzie trzeba być cierpliwym. Ciasta poganiać nie wolno.
Poza tym jego słowa mogą rozczarowywać – w jego przepisach nie ma rodzinnych tajemnic.
Te przepisy były powszechne
– zapewnia, patrząc spokojnym wzrokiem.
Bardzo lubiłem robić wypieki drożdżowe: pączki, drożdżówki. Pączki przeważnie z dżemem. Prosto i skutecznie. Niczego nie wymyślałem. To co ojciec mi przekazał wystarczało
– wyjaśnia, a jego małżonka, która właśnie wchodzi z talerzem słodkości, dodaje:
Nasze pączki to i dzisiaj do Niemiec wywożą, jak przyjadą autochtoni.
Pani Urszula wspomina jeszcze kawiarnię, którą Lewandowscy wybudowali przy ulicy 600–lecia w Złotowie. Była tam produkcja i cukiernictwo. Obiekt był ogromny, w samych piwnicach zmieściłyby się trzy domki jednorodzinne.
Ruchu tam wielkiego wcale nie było, a siedzieć tam trzeba było cały czas. Ponieważ mieliśmy trzy córki, a teść szedł na emeryturę, to w 1978 roku przeszliśmy na Wojska Polskiego jako właściciele. Ludwik powiedział: chodźcie tutaj, bo tu jest dobry punkt. Tu jest city
– wspomina. W city Lewandowscy są już ponad siedemdziesiąt lat.
Zawsze mieliśmy tutaj jakieś remonty. Ciągle trzeba było coś ulepszać, ale tu nam się bardzo dobrze pracowało, towar schodził, a firma miała bardzo dobrą opinię. Kto nie znał Lewandowskiego i jego sznek i pączków?! Do dzisiaj tak zostało, choć asortyment i konkurencja są wielkie. Ale przetrwać trzeba
– mówi seniorka rodu.
Ludwik Lewandowski na emeryturę przechodzi w 1978 roku, kupuje z żoną Leokadią domek z Poznaniu i wyjeżdża ze Złotowa. Umiera siedem lat później.
Jan Lewandowski kapcie emeryta wkłada w roku 2003, ale wciąż pomaga w firmie, którą teraz zarządza córka Małgorzata z mężem Mariuszem Walkowiakiem.
Oj, Mariusz też dobre bułki piecze
– senior chwali zięcia, a zarazem produkty „od Lewandowskiego”. Za drożdżówki i pączki ręczyć może osobiście, dwa razy w tygodniu, w dni targowe, też je wyrabia. Sił wystarcza mu na trzy, cztery godziny pracy, ale uścisk dłoni ma nadal mocny.
Słodkiego nie jem, bo mam cukier, ale dobry chleb tak
– zapewnia. Co znaczy dobry, zdaniem mistrza?
Skórka musi być chrupiąca, a w środku chleb musi być miękki, że jak się go zdusi, to wraca do wyjściowego stanu
– wyjaśnia.
***
Jan Lewandowski od 55 lat należy do Cechu Rzemiosł Różnych w Złotowie. Niedawno otrzymał Złoty Medal im. Jana Kilińskiego za Zasługi dla Rzemiosła Polskiego. Gdy gratulowano mu tego w starostwie, zacytowano słowa Honoriusza Balzaca: „Prawdziwe szczęście jest rzeczą wysiłku, odwagi i pracy”. Pasuje jak ulał.
Medal i gratulacje pana Jana trafią w honorowe miejsce.
Mamy całą gablotę odznaczeń i osiągnięć męża. To musimy jeszcze dołożyć i będzie całość, bo więcej ci już chyba nie przyznają
– pani Ula zwraca się do małżonka.
My jednak jesteśmy pewni, że i na 60–lecie przynależności do Cechu jakieś odznaczenie się znajdzie.
*Andrzej Mularczyk „Polskie miłości”
** Joanna Bator „Wyspa łza”[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Człowieku, masz ewidentnie problem ze zrozumieniem tego co czytasz. Ani Lewandowscy mi nie przeszkadzają - wręcz przeciwnie, lubię ich wyroby. Po drugie nie ludzie mi śmierdzą, nie pasuje mi po prostu zapach(nie smród, jak to nazwałeś) pasztecików w jakby nie było,głównie cukierni, dlatego idę po wyroby na halę. Po trzecie, nie mieszaj spraw patriotyzmu i ksenofobii z moim komentarzem. Typowy Polak, to Polak, przeszkadza Ci polskość? A teraz pozbieraj zabawki, wydmuchaj nosek, zrób siusiu i idź spać niedojrzały pieniaczu. Język jakim się posługujesz świadczy o Tobie, i to niekoniecznie dobrze. ps. gdyby nie Twoje informacje o wiaderku sposobach załatwiania potrzeb fizjologicznych, nie dowiedział bym się m, ze tak można - rozumiem, że znasz to z autopsji.
Dzień dobry. Drodzy Państwo, bardzo proszę o spokojną, rzeczową dyskusję. Choćby ze względu na szacunek dla bohaterów artykułu. Pozdrawiam
A ty kim jesteś? Czysta ,,patriotyczna"" rasa że tobie Niemcy, Żydzi i Lewandowscy ,,całkowicie przesiąkają ich zapachem, który "noszę" na sobie"" ci śmierdzą? Za potrzebą wychodzisz za stodołę albo do wiadra które opróżniasz po kilku dniach a tu zapachy tobie nie odpowiadają. Kiedy wytrzepiesz wreszcie słomę z butów?
Jestem człowiekiem, który zawsze szuka pozytywów u innych.
To, że nie wchodzę do punktu przy WP, nie oznacza, że wyroby mi nie smakują. Po prostu idę na halę i tyle. A Ty kim jesteś? Typowym Niemcem, żydem czy kim?
Typowy Polak-nie widzi pod nosem, ale bardzo dobrze pod lasem.
Blikle w Warszawie robi najlepsze. Lawendowscy smaczniejsze piekli w PRL.
Marka sama w sobie. Mi nie przeszkadzają zapachy wyrobów, jest bardzo smacznie, świeżo i czuje się klimat czegoś co odchodzi w zapomnienie.
Najlepsze na świecie pączki, nigdzie indziej takich nie robią
Od kiedy robią paszteciki nie kupuję już na Wojska Polskiego. Sorry, ale ubrania w całkowicie przesiąkają ich zapachem, który "noszę" na sobie. Ten zapach absolutnie nie pasuje do reszty wypieków. Jeśli czytają to Lewandowscy, to informuję, że takich jak ja jest więcej i już tam nie wchodzą. Poza tym nie mam zastrzeżeń.
Najpysznie drożdżoqki w miescie nie wspomnę o mini kremóweczkach.nikt takich nie robi.szkoda ze panie ekspedientki miemile
Człowieku, masz ewidentnie problem ze zrozumieniem tego co czytasz. Ani Lewandowscy mi nie przeszkadzają - wręcz przeciwnie, lubię ich wyroby. Po drugie nie ludzie mi śmierdzą, nie pasuje mi po prostu zapach(nie smród, jak to nazwałeś) pasztecików w jakby nie było,głównie cukierni, dlatego idę po wyroby na halę. Po trzecie, nie mieszaj spraw patriotyzmu i ksenofobii z moim komentarzem. Typowy Polak, to Polak, przeszkadza Ci polskość? A teraz pozbieraj zabawki, wydmuchaj nosek, zrób siusiu i idź spać niedojrzały pieniaczu. Język jakim się posługujesz świadczy o Tobie, i to niekoniecznie dobrze. ps. gdyby nie Twoje informacje o wiaderku sposobach załatwiania potrzeb fizjologicznych, nie dowiedział bym się m, ze tak można - rozumiem, że znasz to z autopsji.
Dzień dobry. Drodzy Państwo, bardzo proszę o spokojną, rzeczową dyskusję. Choćby ze względu na szacunek dla bohaterów artykułu. Pozdrawiam
A ty kim jesteś? Czysta ,,patriotyczna"" rasa że tobie Niemcy, Żydzi i Lewandowscy ,,całkowicie przesiąkają ich zapachem, który "noszę" na sobie"" ci śmierdzą? Za potrzebą wychodzisz za stodołę albo do wiadra które opróżniasz po kilku dniach a tu zapachy tobie nie odpowiadają. Kiedy wytrzepiesz wreszcie słomę z butów?