A do śpiochów trzy. Bandytę obezwładnia kluczami, nie straszny mu deszcz ni mróz. Przesyłka musi być dostarczona. - To poważna misja - mówi doręczyciel
WSK to niezawodność. Nawet w obliczu trąby powietrznej, która drzewa układa do snu, a stodoły przestawia niczym pionki na szachownicy. Koniec lat 80–tych. Wiatr hula po polach, lasach Franciszkowa i Nowego Dworu. Zatrzymuje auta, denerwuje ludzi. Belki wpycha w okna. Ale motocykl w połączeniu z niebieskim mundurem listonosza to siła nie do zatrzymania. – To było straszne, ale ja miałem zastępstwo w Radawnicy i musiałem dojechać – wspomina młody wówczas listonosz Jacek Kowalski. Przedziera się polnymi drogami, bo wyprodukowana w Świdniku wueska nie zawodzi. – Dobrze radziłem sobie ze sprzętem i zawsze wracałem z trasy – zapewnia absolwent pilskiej samochodówki, niespełniony mechanik i zawodowy kierowca. Ostatnia WSK zjeżdża z taśmy w 1985 roku. W tym samym, gdy J. Kowalski po raz pierwszy chowa się za pocztowym uniformem.
Jestem listonoszem, a jak!
- Czułem się dziwnie. Wydawało mi się, że wszyscy na mnie patrzą – pierwszy spacer z ludzkimi sprawami w skórzanej torbie J. Kowalski zapamięta na długo. Tak jak radę kolegi, który oprowadza go po rejonie: być życzliwym dla ludzi.
Koledzy złotowianina bujają się po budowach, wynoszą od lekarzy L4. A listonosz musi być odpowiedzialny. - Wie Pan, jakie to jest fajne uczucie, jak wychodzę w teren i jestem i robotnikiem, i kierownikiem? Nikt nade mną nie stoi - reprezentuję firmę sam jako jednostka. Łączę, jak to nas uczono, stosunki międzyludzkie i instytucjonalne. A więc ważna misja – klatka mężczyzny jakby bardziej wypełnia firmową bluzę.
Wkrótce Poczta Polska wyrzuci te ubrania do kosza. – Wracamy do dawnych kolorów – pan Jacek pokazuje artykuł w firmowej gazecie. Na kredowym papierze zdjęcie sali obsługi klienta. Biel i czerwień przetykana kolorem złotym. To przyszłość urzędu. – A wiedział Pan, że poczta powstała w 1558 roku na mocy przywileju królewskiego? – doręczyciel nie kryje dumy z firmy. Jego firmy na dobre i złe. – Poczta to moja pasja. Bywało, że miałem dość tej pracy, ale wtedy mówiłem sobie: pracujesz w takiej firmie – ogromnej, z tradycjami. Co ty będziesz robił? [[reklama]] Trening schodowy
6:29. Przesyłki biorą w posiadanie złotowską pocztę. Na zapleczu urzędu cisza – tak hałasuje upływający czas. Niedługo.
– Ja lubię przyjść do pracy na 6:30. Lubię dzielić listy, bo czuję wewnętrzną potrzebę pomagania – opowiada listonosz, który do pracy mógłby przyjść na 8.
Swoją półkę ma Stawnica, Święta, Krajenka. Dobrze posegregowane listy prowadzą listonosza. Poczta Złotów dzieli się na dziewięć rejonów miejskich i pięć autorejonów.
Jacek Kowalski od osiemnastu lat penetruje ulice Bohaterów Westerplatte i Moniuszki. Pięć dni w tygodniu zdobywa szczyty blokowisk. - Łatwiej jest z przesyłkami zwykłymi. Mogę mieć ich tysiąc albo dwa i się nie zmęczę. A polecone męczą, bo muszę biegać po piętrach – listonosz z 28–letnim stażem nawet nie wspomina o wygodzie windy. Nigdy jej nie zazna, bo na Westerplatte chce odejść na emeryturę. Szczęściem nie ma żylaków. - Jeśli jest dużo biegania, to odczuwam to w nogach, zwłaszcza w piątek. Na szczęcie jestem zdrowy, nic mi nie dolega i szybko regeneruję siły. W poniedziałek jestem zdolny do biegania – listonosz uśmiecha się życzliwie. Tym gestem zdobywa ludzi. [[nowa_strona]] Antydoręczyciel
Na psy uśmiechy nie działają. Dwa wilki atakują posłańca poczty. Czy dobra jest wiadomość, którą niesie? Nie wiedzą, bo dziwnie pokrzykujący mężczyzna broni dostępu do torby. Ukraińskim rowerem. – Jak jeden z nich obszedłby mnie z tyłu, to mogłyby mi te psy krzywdę wielką zrobić. Gorąco mi było ze strachu, ale nic się nie stało, bo w końcu ktoś wyszedł z domu – J. Kowalski zdaje się prosić: ludzie, pamiętajcie o zamykaniu furtek.
I klatek schodowych. W przedsionku bloku stoi obcy mężczyzna. Przygląda się dziwnie listonoszowi. – Ludzie myślą, że my nie wiadomo ile pieniędzy nosimy, a to naprawdę są małe kwoty – zapewnia złotowianin. Gaz pieprzowy trzyma w gotowej na wszystko ręce.
Gdyby ta broń nie wystarczyła, to w zakamarkach torby czai się paralizator. W ostateczności klucze, długopis, telefon. – Przeszedłem bardzo intensywne szkolenie z antyterrorystą. W dwa dni sztuk walki mnie nie nauczył, ale pokazał wiele prostych technik samoobrony. Wiem, gdzie są słabe punkty na ciele bandyty – doręczyciel ociepla słowa serią uśmiechów. [[reklama]] Klucz do człowieka
Bez uśmiechu nie otwieraj drzwi gościowi – głosi przysłowie koreańskie. Mało kto je zna. - Reakcje ludzi na przesyłki są bardzo różne. Czasami chcą pogadać, a czasami muszę coś przemilczeć – mężczyzna solidarnie obniża głos. Mówi o nakazach zapłaty, pismach od komornika: - Polacy jak weszli w nowy ustrój, to się pogubili. Aż przykro na to patrzeć, jak się strasznie zadłużyli. Wie Pan, ile jest pism z firm windykacyjnych? Mnie jest przykro nawet takie przesyłki dostarczać.
To jedna strona medalu. Po drugiej jest kawa i ciastko. Rozmowa o chorobach. – To życzliwość ludzka sprawia, że człowiek jest zdolny do większego wysiłku – uważa J. Kowalski, który domofonem, jak w filmie, dzwoni dwa razy. Trzy gdy wie, że klient jest sową. Niektórzy po sygnale sami schodzą na dół po przesyłkę. – A ja podbiegam i spotykamy się w połowie drogi. Przecież to mi płacą za doręczanie listów – słowa o misji same cisną się na usta.
A że Poczta Polska chce, by jej pracownicy byli doradcami klienta, więc pan Jacek jest w swoim żywiole. - Starsi często pytają, co to jest za przesyłka, o co w tym chodzi? Staram się im pomóc, tłumaczyć – dodaje złotowianin.
[[nowa_strona]] Tajemnica torby listonosza
Miękka deszczówka chętnie zamienia zapisany papier w bezkształtną masę. Listonosze osłaniają przesyłki czym się da. Folia na wózek, szczelnie zamknięta torba. Pocztę trzeba dostarczyć nienaruszoną.
Listonosza uszkodzić łatwiej. Na zamianę biorą go w objęcia ciepłe i zimne powietrze. – Parę tygodni temu musiałem odpocząć trzy dni. To był weekend i tylko poniedziałek odpuściłem. We wtorek byłem gotowy do pracy – Jacek Kowalski nie potrafi usiedzieć w domu. Podje czosnku, warzyw z własnej działki. Listonosz to ktoś taki, kto nie idzie na zwolnienie gdy łapie go półchoroba. - Koledzy topią się po wioskach samochodami, rolnicy wyciągają ich ciągnikami, a oni zostawiają auta i piechotą dostarczają przesyłki – mężczyzna zdaje się mówić, że inni mają gorzej niż on. [[reklama]] Wszyscy targają te same torby. Gruba skóra ubrana w odporną na brud czerń kryje najważniejsze przesyłki. – Przegródka przykrywana, tu okładka na listy, trochę pieniędzy, bo nie wszyscy kochają banki – listonosz szykuje się w drogę. Torbę zarzuci na lewe ramię. Prawe nadwerężył, dźwigając za dużo. Jest po rehabilitacji, ale woli go nie forsować.
Od kilku lat ma wózek z logo poczty. Układa w nim większe przesyłki. Swoje dwa kółka zostawia między blokami, gdy idzie pobiegać po schodach. - Wózek jest bezpieczny, bo bloki mają po kilkadziesiąt rodzin i wiele oczu go pilnuje – po 28 latach pracy Jacka Kowalskiego nie onieśmielają ludzkie spojrzenia. - Jak patrzą, to czuję dumę z firmy – zerka na logo zakładu. I pakuje się dalej. Ludzie na listy czekają.
Łukasz Opłatek
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze