Reklama

Łowca okazji, czyli młody i odważny zwiedza świat za grosze

22/09/2015 08:25
Paweł Brzeziński udowadnia, że nie trzeba mieć wielkich pieniędzy, by zwiedzać świat. Mając w portfelu kilkaset złotych objechał już Azję, Europę i Stany Zjednoczone. Ostatnio załapał się do ekipy, z którą po wizycie w Salzburgu zbudował maszynę i oddał skok w piątym Konkursie Lotów Red Bull w Gdyni

To gdzie jedziemy?

Nowy Jork - Times Square

Pierwszą, poważną wyprawę za niewielkie pieniądze Paweł, dla którego podróże stały się sensem życia, odbył sześć lat temu. - Przeszukiwałem internet i natrafiłem na blog, który dotyczył właśnie wyjazdów w egzotyczne miejsca bez potężnego zaplecza finansowego – mówi. Jego wybór padł na Wyspy Kanaryjskie. Cały budżet na ten wyjazd nie przekraczał 800 złotych. - Są specjalne strony internetowe, głównie zagraniczne, gdzie szuka się takich ofert. Lot kosztował około 300-400 złotych. Nocleg był bezpłatny, bo korzystam z tzw. couchsurfingu. Polega to na tym, że za darmo nocuje się u osób, które też korzystają z tego systemu. Jeśli postanowiliby przyjechać do mnie, do Krajenki - przyjąłbym ich na tych samych zasadach. Zyskują oni też rekomendacje, dzięki którym chętniej pod swój dach przyjmą ich ludzie na całym świecie. Tak się zresztą złożyło, że na „Kanarach” nocowałem u Polaków, którzy tam mieszkają - tłumaczy Paweł. Ten wyjazd ośmielił go do dalszych „polowań na okazje”. Do Chin poleciał za 600 złotych.

Reklama

Pekin - Zakazane Miasto

- To był mój pierwszy lot międzykontynentalny. Z przesiadką w Moskwie trwał 14 godzin. Pamiętam, że rodzina była trochę zaskoczona, jak powiedziałem im, że lecę do Chin – wspomina mieszkaniec Krajenki. Koszt przyzwoitego noclegu na miejscu kształtował się na poziomie 3-4 dolarów, dzienne wyżywienie nie przekraczało tej kwoty. - Staram się nie jeść z budek na ulicy, restauracje są natomiast dość drogie. Najczęściej korzystam z barów, gdzie jest i dobra cena, i zachowany jakiś standard. Mam nadzieję, że nie jadłem nic z kojarzonych z tym krajem specjałów z psów czy kotów – mówi ze śmiechem Paweł. Podczas wojaży nie zdarzyło się jeszcze, by dopadły go żołądkowe rewolucje. Wręcz przeciwnie, zasmakował w słodko-kwaśno-ostrym smaku Azji na tyle, że oprócz Chin odwiedził też Malezję, Singapur, Tajlandię i Indie - wszystko bez biur podróży czy innych pośredników.

Reklama

Kuala Lumpur - Petronas Twin Towers

Bagaż, który ze sobą zabiera, najczęściej ogranicza się do jednego średniej wielkości plecaka turystycznego. - Biorę ze sobą tylko to co najpotrzebniejsze, choć staram się też być przygotowany na każdą okoliczność, nawet brak noclegu pod dachem. Nie oznacza, to że jego podróże pozbawione są wygód, luksusów. Wręcz przeciwnie, Pawłowi wielokrotnie udawało się za grosze nocować w cztero- pięciogwiazdkowych hotelach. Ciekawostką jest, że np. podróżując po Azji nie warto zabierać ze sobą za dużo rzeczy. Lepiej kupić je na miejscu. Bawełniany t-shirt kosztuje tam 2-3 złote, nie warto go więc nawet prać – mówi Paweł.

Reklama

Za cel swojej ostatniej wielkiej podróży wybrał Stany Zjednoczone. Tu ponownie lot kosztował 2-3 razy mniej niż normalnie. Na bilet wydał niecały tysiąc złotych. - Takich okazji szuka się na dużo przed planowanym terminem wyjazdu. Zdarza się np., tak było w moim wypadku, że przewoźnik wprowadził do systemu błędną cenę biletów, na którą składały się jedynie podatki a „bilety z błędem taryfowym” pojawiły się w sprzedaży u pośredników – Paweł stwierdza, że bez dociekliwego przeszukiwania internetu trudno podróżować za grosze. - Do Stanów chciałbym jeszcze wrócić, bo czuję pewien niedosyt, podobnie jak w przypadku Tajlandii – marzy młody mieszkaniec Krajenki. Pewnym jest, że wcześniej czy później te marzenia spełni. Paweł zbiera mile w programach lojalnościowych linii lotniczych, za co także będzie miał możliwość odbioru nagród w postaci biletów lotniczych.

Reklama

Helikoptery, bolidy Formuły 1, odrzutowce, trzeba przyznać, że właściel tej kolekcji ma niezły rozmach

Hangar numer 7

Dzięki poszukiwaniom wojaży i atrakcji przez internet Paweł znalazł się też tego lata w ekipie lotnej firmy Red Bull, która oprócz produkcji napojów energetyzujących i organizowania pokazów sportów ekstremalnych organizuje także znane na całym świecie zawody „Red Bull Flugtag”, w Polsce- Konkurs Lotów Red Bull. - Korzystam z ich sieci komórkowej i programu lojalnościowego, w którym poprzez aktywność wobec firmy zyskuje się „energię”- wymienialną później na nagrody, np. bilety na koncerty. Na stronie internetowej pojawiła się informacja o rekrutacji do lotnej załogi Red Bull Mobile. Należało napisać, zrobić zdjęcie albo nagrać film, którego zadaniem było przekonanie Jury, że ma się predyspozycje do wystąpienia w piątym Konkursie Lotów Red Bull w Gdyni. Ja napisałem w jednym z ostatnich dni konkursu, tak od niechcenia, nie licząc zbytnio na jakikolwiek odzew ze strony organizatora – wspomina mieszkaniec Krajenki. Dwa dni później zadzwonił jego telefon. - Dostałem informację, że jestem w ekipie i mam się pakować, bo lecimy do Salzburga na odprawę przed lotami – wspomina Paweł. Celem weekendowej wyprawy czteroosobowej ekipy był głównie hangar numer 7, czyli miejsce, w którym Dietrich Mateschitz, właściciel firmy Red Bull, zgromadził pokaźną kolekcję odjazdowych maszyn. Samoloty, helikoptery, bolidy F1 to tylko niektóre z ciekawostek, jakie można tam spotkać. W programie było też zwiedzanie monachijskiego muzeum marki bmw. - Chodziło o to, żebyśmy zyskali inspirację do budowy naszej maszyny latającej.

Reklama

Smartfon przypięty do skrzydła, czyli maszyna, którą Paweł wraz ze swoją ekipą zbudował na konkurs skoków

Postanowiliśmy, że musi być to coś, co reprezentuje nowoczesną technologię i nawiązuje do firmy, która wciągnęła nas w ten projekt. Wybór padł na zbudowanie latającego smartfona – mówi Paweł. Ponieważ drużyna organizatora nie była klasyfikowana w zawodach, a wystąpić miała jedynie jako atrakcja, mogła liczyć na pomoc fachowców. - My naszkicowaliśmy naszą wizję, resztę z naszym udziałem w studiu w Warszawie przygotowali profesjonalni graficy, spawacze, stolarze... Pomagali nawet piloci szybowcowi, którzy oceniali projekt skrzydła – dodaje uczestnik latającej ekipy. Przed zawodami, które odbyły się 16 sierpnia w Gdyni, powstało skrzydło mające rozpiętość 10 metrów i ważące około 130 kilogramów. Do niego został przypięty gigantyczny, sześciometrowy smartfon.

Reklama

Tuż przed startem, pamiątkowe zdjęcie z Adamem Małyszem

Skok na główkę

Za udział w zawodach ekipa, w której znalazł się mieszkaniec Krajenki, nie otrzymała wynagrodzenia. Były za to nagrody rzeczowe i wolny wstęp do strefy VIP zawodów oraz na before i after party. - Dzięki temu mieliśmy okazję spotkać się i porozmawiać m.in. z Adamem Małyszem i Jakubem Przygońskim – wspomina Paweł.

Przed lotem należało przedstawić prezentację. W ekipie Pawła zasymulowano uruchamienie i ładowanie smartfona

Lot poprzedzała prezentacja drużyny i jej latającego cuda. - Wymyśliliśmy, że na naszym smartfonie będą zmieniały się obrazy, tak jak na prawdziwym urządzeniu. Po prostu zrywane były kolejne „fototapety”, ostatnią było nasze selfie. Poza tym przedstawiliśmy też cykl ładowania, stąd na naszych kostiumach znalazła się bateryjka w różnych stopniach energii. Lecieć jako pilot mógł tylko jeden z nas - ten najlżejszy i nie byłem to ja – żartuje Paweł. Jego ekipa na 40 pozostałych załóg oddała rekordowy skok - 13,5 metra. - Strój, zdjęcia i wrażenia zostały na pamiątkę. Czy wziąłbym w tym udział jeszcze raz? Jeśli znów by mnie wybrali to zdecydowanie tak! - mówi Paweł bez cienia zawahania.

Reklama

Pozostaje mu tylko życzyć, by takie okazje łapał dalej i realizował swoje marzenia, inspirując do tego innych.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama