Nie mam już siły walczyć - mówi Maria Wrzeszcz. Każda łza spływająca po jej policzku ma inną historię. Coraz to trudniejszą
Życie mieszkanki Wąsosza dzieli się na dwa okresy: „przed” i „po”. Przed bywało trudno, życie miało jednak sens. Po, jak na dnie przepaści, codzienność wypełniła pustka. Poprzedził ją wyrok: chłoniak. Jej córka Małgosia, gdy zapadła diagnoza, miała szesnaście lat i siłę do walki. Zmagała się z nowotworem dwa lata. 7 grudnia 82` życie w niej zgasło. W pani Marii również. - Jak córcia zmarła, to my już tak coraz niżej, coraz niżej... – urywa ze łzami w oczach. - Świat mi się zawalił – dodaje. Jej mąż, pan Werner, potakuje ze zrozumieniem. Chwilowym. Za moment nasza rozmowa i tak się rozpłynie.
Święto zmarłych
1 listopada 2012. Państwo Wrzeszcz szykują się do wyjazdu – chcą odwiedzić grób Małgosi. Serce pani Marii odmawia posłuszeństwa. Zawał. W jednej chwili kobieta znajduje się przy cienkiej linii oddzielającej życie od śmierci. Jej mąż też przy niej stał, też z powodu serca. - Wstawili mu zastawkę – opowiada pani Maria. Pan Werner milczy. Po zastawce był stymulator serca. Potem oko. - Coś mu się o tutaj, pod powieką zrobiło – pani Maria wskazuje na twarz – i rosło. Jak to mężczyzna, nie chciał iść do lekarza. W końcu poszedł i usłyszał: „rak”. Czy była to najgorsza wiadomość? Jedna z gorszych, wszak później jego ciało zaatakował inny nowotwór: szpiczak mnogi (nowotwór układu krwiotwórczego). Pan Werner wciąż z nim walczy – jest w trakcie pobierania chemii. Jakby nieszczęść było mało, swoje piętno odciskają na nim również cukrzyca i choroba Alzheimera. Współcierpi pani Maria, która stara się mężem opiekować jak najlepiej. Oddać go nigdzie nie zamierza. Mąż to mąż. Razem idą zatem przez życie, po części ukryte w zakamarkach pamięci, do których pan Werner nie może już dotrzeć. - Nie żyjemy, wegetujemy – podkreśla kobieta, wspominając również o wylewie, który dotknął jej męża.
Na stole jedna na drugiej leżą tygodniowe kasetki na leki. W tej należącej do pana Wernera dwadzieścia dwie pigułki na każdy dzień. To daje jakieś 600 zł aptecznych wydatków na miesiąc. Do tego dochodzą koszty związane z dojazdem do Piły na chemię. - Samochód, autobus, autobus miejski – pani Maria wylicza środki transportu, z których regularnie z mężem korzystają. Przy okazji chwali sąsiadów, którzy nie odmawiają kursu do Złotowa.
Koniec
- Całe życie z mężem pracowaliśmy, a niczego żeśmy się nie dorobili – pani Maria obejmuje wzrokiem pokój, w którym siedzimy. Jeden z trzech w mieszkaniu, jedyny „opalany”. Pan Werner wciąż stoi przy tapczanie.
Nasza rozmówczyni przyszła tu z rodzicami w 59`. - Dookoła chaszcze były aż do nieba. Ojciec orał, ja wytrzepywałam – wspomina. Potem w ich miejsce powstał ogródek warzywny.
W 64` nasza rozmówczyni wyszła za pana Wernera. - Pobraliśmy się tak, jak staliśmy – uśmiecha się. Potwornie wtedy lało – mówią, że to wróży łzy. Pani Maria szczególnie nie daje wiary takim przepowiedniom. Ta jednak uparcie się sprawdza.
Na drodze państwa Wrzeszcz stają też codzienne przeciwności. Ot, choćby brak sklepu w Wąsoszu. - Wszystko mrożone jemy – opowiada pani Maria. Do sklepu po świeże zakupy do Świętej czy do Złotowa co dzień nie sposób dotrzeć. - Jak nie będę już mogła uprawiać ogródka to chyba koniec... – wieszczy nasza rozmówczyni. Tak świeże warzywa są i jajka od paru biegających w podwórzu kur. Na ile prac w ziemi starczy jednak jeszcze sił?
Co będzie dalej?
Problemów przysparza też budynek, w którym mieści się mieszkanie, którego najemcami są państwo Wrzeszcz. Dawny dworek, jak informuje Iwona Żerebiło z Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków w Poznaniu Delegatura w Pile, wpisany jest do gminnej ewidencji zabytków. Do zabytku z prawdziwego zdarzenia jednak mu daleko. Pokryty papą dach jest nieszczelny w wielu miejscach. Nieszczelny to mało powiedziane – u sąsiadów naszych rozmówców, państwa Zima, z łazienki można oglądać niebo. Dziury „zdobią” także sufity w pokojach. Podłoga zapada się w wielu miejscach. Mirosław Zima już od jakiegoś czasu prowadzi korespondencję z właścicielem obiektu – Agencją Nieruchomości Rolnych – ta jednak o przeprowadzeniu remontu, ze względów finansowych, ani myśli. Wręcz przeciwnie – proponując lokale w innych miejscowościach próbuje wysiedlić obie rodziny. Pan Mirosław jedno z proponowanych mieszkań, w Łomnicy Pierwszej (powiat czarnkowsko-trzcianecki) był oglądać. - Warunki jeszcze gorsze jak tu – skwitował krótko. Pozbawiony nadziei na nawiązanie nici porozumienia z Agencją w Urzędzie Gminy Złotów starał się o mieszkanie – bezskutecznie.
[[reklama]]
Państwo Wrzeszcz z dala od Złotowa wyprowadzać się nie chcą. - Może gdybyśmy byli młodsi... - zastanawia się pani Maria. - W Złotowie mamy grób córki – podaje kolejny argument poparty brakiem mobilności. Bo kto z obcej miejscowości będzie staruszków na ten cmentarz woził? Kto podrzuci do lekarza? Państwo Wrzeszcz obawiają się zmian. - Co będzie? Nie wiem – zastanawia się pani Maria. - Ale nie mam już sił walczyć.
Wcześniej, gdy te siły były, pan Werner sam dbał o mieszkanie. Nie raz naprawiał cieknący dach. Teraz nie da rady. Nie poradzi też sobie z remontem pieca, który, pochłaniając duże ilości opału, nie grzeje tak jak powinien. Zresztą wiele elementów dawnego dworku wygląda tak, jak nie powinno.
Akcja-reakcja
Czego państwu Wrzeszcz potrzeba? - Nie jestem taka, żeby prosić – krótko odpowiada pani Maria. Jedynie ten piec mógłby być lepszy. Dom niech już będzie jaki jest, ważne, że blisko Złotowa, blisko Małgosi. Policzki pani Marii znaczą kolejne łzy.
Dzień po naszym spotkaniu na moment udało się je powstrzymać za sprawą pracownicy Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej, która odwiedziła naszych rozmówców. Za tak szybką reakcję należy podziękować wójtowi Piotrowi Lachowi, którego poinformowaliśmy o sprawie i który z prośbą o jego weryfikację zwrócił się właśnie do GOPS. Natychmiast. Szybka reakcja połączona z empatią przyniosła owoce. Jak poinformowała nas kierownik Ośrodka Krystyna Kos, państwo Wrzeszcz otrzymać mają specjalny zasiłek celowy. Małżonkom zaproponowano również pomoc w formie umieszczenia pana Wernera w Domu Pomocy Społecznej bądź szpitalu, pani Maria jednak jej nie przyjęła. Orzeczono, że inna pomoc w opiece nad mężem nie jest kobiecie potrzebna, taką bowiem otrzymuje ona od członków rodziny i mieszkańców wsi.
Pod znakiem zapytania
Jaki los czeka rodziny mieszkające w agencyjnym budynku położonym w Wąsoszu? Maria Falczyńska z Sekcji Gospodarowania Zasobem Mieszkaniowym poznańskiej Agencji Nieruchomości Rolnych w rozmowie telefonicznej poinformowała nas, że z budynku planuje się wyprowadzić najemców. Przyznała też, że ANR wyprzedaje podobne obiekty – w całości. Odpowiedzi na inne pytania nie udało nam się uzyskać, zadaliśmy je zatem w formie pisemnej. Zapytaliśmy m.in., czy wykonywano szacunki kosztów związanych z remontem tego obiektu oraz – jeśli tak – na ile go wyceniono. Kolejne z pytań – jakie plany w stosunku do najemców, którzy nie przyjęli propozycji przenosin do innych lokali, ma Agencja? Do chwili wydania „Aktualności” nie otrzymaliśmy odpowiedzi. Kiedy te napłyną, poinformujemy o nich Państwa.
Patrycja Koplin
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze