Marek Szweda uczcił urodziny wolnej Polski na swój sposób – pokonując siebie na co najmniej stukilometrowych dystansach.
Cholerny mróz. Ciemność. 3 nad ranem. Każdy wyznaczy sobie własne granice. Może nie teraz, ale za 40, a może za 70 kilometrów. Marek Szweda stawia na setkę. Dla siebie, ale i dla ojczyzny. Jest 23 lutego, las gdzieś pod Zieloną Górą. Bieg nazywa się Nowe Granice. Czas – 17 godzin i 30 minut. Start.
– Wystartowałem, bo wpadłem na pomysł uczczenia 100–lecia odzyskania przez Polskę niepodległości – mówi Marek Szweda, miłośnik aktywnego stylu życia i biegów na dystansach powyżej maratonu.
– Pokonałem 103 km w 14 godzin i 7 minut – dodaje 63–latek. Biega, bo wciąż sprawdza, czy w jego wieku to jeszcze możliwe.
Drugą setkę pan Marek zalicza w Złotowie. Tym razem na siedząco. Wraz z innymi miłośnikami rowerów pokonuje trasę wiodącą po malowniczych zakątkach powiatu złotowskiego. Kręcenie go wciąga, więc objeżdża najpierw polskie wybrzeże, od Świnoujścia po Hel, a potem ścianę zachodnią.
– Ruszyliśmy z grupą rowerową, która zawiązała się u mnie w pracy. Pokonaliśmy ok. 650 km ze Świnoujścia do Wałbrzycha, większość po stronie niemieckiej, bo tam mają idealne ścieżki rowerowe – złotowianin opowiada, że rower może być jego sportową przyszłością. Marzy mu się objechanie z kolegami ściany wschodniej, która liczy ponad 2000 km – Takie ma zygzaki – śmieje się – w roku 2019 chciałbym przejechać połowę z tego.
Trzecia setka jest najtrudniejsza. Po dwóch można powiedzieć dość, swoje zrobiłem, dziękuję, ale Marka Szwedę „gubi” spontaniczność. W Internecie znajduje informację o biegu w puszczy bydgoskiej. Wspaniałe 100 km wśród pięknych okoliczności przyrody. Jedyne czego się obawia to, że ma… za mało kilometrów w nogach. Poza tym to będzie jego trzynasty bieg ultra.

Marek Szweda ma już doświadczenie w biegach górskich, ale to Bieg Rzeźnika ma być spełnieniem jego marzeń
Znowu ciemno i zimno. Patrząc z boku można pomyśleć: szaleńcy. A oni dają się wywieźć 15 km za Bydgoszcz, do puszczy. Włączają czołówki i o 5 nad ranem rozciągają się na trasie. – Nie można było stanąć, bo zaraz robiło się chłodno i ciężko było utrzymać temperaturę – opowiada biegacz. Na 44 km dopada go kryzys, głowę wypełniają myśli „na co mi to?!” i „lepiej było siedzieć przed telewizorem”.
– Dobrnąłem do 50 km, gdzie był tzw. przepak. Zmieniłem rzeczy na suche i pachnące, zjadłem, napiłem się gorącej herbaty i nabrałem ochoty na bieganie… – twierdzi z uśmiechem. 24 listopada gdzieś pod Bydgoszczą nie ma z czego się cieszyć. W ciemności gubi trasę, ostatnie 10 km walczy z natrętnymi myślami o poddaniu się. Jest najstarszym zawodnikiem wśród mężczyzn (w kategorii kobiet więcej „kresek” ma pani Hania), nie byłoby wstydu, gdyby zrezygnował po 90 kilometrach.
– Na szczęście podłączyłem się do biegaczek z Piaseczna i razem pokonaliśmy ostatnią część trasy. 70% zwycięstwa to głowa. Kto przetrzyma ból, ten biegnie dalej – wspomina trudy trzeciej tegorocznej setki. Na metę wpada po 15 godzinach i 8 minutach. Na liczniku zamiast 100 ma 108 kilometrów.
Dziś zdradza, że w trakcie biegu rozmawia sam ze sobą. Tłumaczy, ustala kolejne kroki. Że trzeba się napić, zjeść.
– Gdy coś się przegapi, to na ostatnich kilometrach może zabraknąć wigoru, żeby dobiec do mety – podpowiada innym amatorom długodystansowego biegania.
Rano, po odpoczynku w hali sportowej, uczestnicy biegu wyglądają jakby zaliczyli nie jedną, a kilka setek i to zupełnie innego rodzaju. Powłóczą nogami, krzywią się, stękają.
– Gdyby ktoś to zobaczył, to powiedziałby, że to zespół ludzi niepełnosprawnych – żartuje pan Marek. Dla rozruszania jeździ na rowerze stacjonarnym i ćwiczy na atlasie. Po powrocie do Złotowa idzie na basen i do sauny. A rano do pracy. – Dopiero tam dobrze nogi rozruszałem… – dobry humor go nie opuszcza. Może to dlatego, że czeka go rzeźnia?
Na rzeźnię, jak pan Marek nazywa 80 km bieg po górach, czeka od trzech lat. To nie jest zwykły bieg, więc i zapisy na niego nie są zwyczajne. To znaczy zapisać się można, ale trzeba jeszcze mieć szczęście w losowaniu. Tym razem dopisało ono Markowi Szwedzie i Katarzynie Borkowskiej – w Biegu Rzeźnika w Cisnej startuje się w parach.
– To będzie mój ostatni dzwonek i moje marzenie. Tam są przewyższenia rzędu około 3800 metrów. To jest prawdziwa rzeźnia! – nie może się już doczekać...
Łukasz Opłatek
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Facet jest niesamowity. Gra...tu...luję.......
Niemozliwy aniołek
trzeba miec czas aby cwiczyc biegi na takie dystanse. szacunek
Facet jest niesamowity. Gra...tu...luję.......
Niemozliwy aniołek
trzeba miec czas aby cwiczyc biegi na takie dystanse. szacunek