Od 17 lat prowadzi Pani szkolny teatr w Okonku. Przedtem teatr też był Pani bliski?
Pasja do teatru zaczęła się właściwie już w liceum w Szczecinku. Miałam wspaniałego polonistę. Zresztą oprócz biologii, chemii i języków obcych, język polski to był mój ulubiony przedmiot. Kiedy po studiach urodził się mój syn i okazało się, że jest dzieckiem niepełnosprawnym, to zaczęłam z nim rehabilitację poprzez teatr. W Poznaniu, gdzie mieszkałam jeszcze przez 8 lat po studiach, często zabierałam go na spektakle dla dzieci w zamku przy pomniku Adama Mickiewicza.
Reklama
To jest świetna zabawa. Mnóstwo bodźców. Światła, słowa, gra, muzyka – to wszystko działa na dziecko. Uważam, że ono wtedy się rozwija, uspołecznia, staje się bardziej otwarte na świat. Do tego znaczenie miała integracja ze zdrowymi dziećmi. Skończyłam później, też w Poznaniu, studia z oligofrenopedagogiki i ciągnie mnie w kierunku osób niepełnosprawnych, pracy z nimi. Widać to chociażby po tym, że występowaliśmy z teatrem w złotowskim hospicjum, domu seniora w Okonku, Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym w Jastrowiu czy Warsztatach Terapii Zajęciowej w Okonku.
Proza życia. Mieliśmy tam bardzo trudne życie po studiach. Urodził się Kuba, który okazał się chory. Wynajmowaliśmy kilka mieszkań przez 8 lat. To ja się upierałam, żeby zostać w Poznaniu. Cały czas marzyłam o tym, o czym marzy teraz mój syn Wojtek, żeby się wyrwać. Mając dziecko niepełnosprawne, z którym przez cztery lata byłam w domu nie pracując, wynajmując mieszkania było nam ciężko. Później pracowałam w biurach, bo w szkołach nie było miejsc. Musiałam cały dzień być dyspozycyjna, co utrudniało opiekę nad Kubą. Nie starczało nam już pieniędzy na wynajem i leczenie syna. Byliśmy wręcz wyrzucani z mieszkań. Zdarzyło się, że kazano nam się w ciągu miesiąca wyprowadzić, bo syn właścicielki się ożenił i tutaj zamieszka. W amoku musieliśmy szukać z chorym dzieckiem mieszkania, na które byłoby nas stać. Wspólnie z mężem zdecydowaliśmy, żeby wrócić. Naprawdę tutaj jest łatwiej. Ktoś się pyta: nie szkoda ci Poznania? Ale ten ktoś nie zna mojego życia, które tam było po studiach. Nie żałuję, jest super.
Reklama
Nigdy nie mam z tym problemu. Sami się zgłaszają. Nikogo nie wyłapuję i nie zmuszam. Nikogo też nie odrzucam. Np. teraz gdy przedstawialiśmy spektakl „O kobietach z przymrużeniem oka..”, to już po spektaklu miałam grupę młodszych uczniów, których na razie nie uczę a już chcieliby się zapisać. Niektórzy już będą zaangażowani teraz w naszym ekologicznym przedstawieniu, inni dołączą od września. W tej chwili najwięcej osób mam z trzeciej klasy gimnazjum. Gdy odejdą to mam już ich następców. Tak jest co roku. Dla każdego chętnego coś znajdę, choć nie jest tak, że każdy może liczyć na główne role. Często zresztą uczniowie mówią: chcę wystąpić, ale nie chcę nic mówić. Bardzo proszę! I takie role się znajdą. W ogóle kocham angażować uczniów trudnych. Niegrzeczny w szkole, ma uwagi, nawet mi na biologii ciężko jest sobie z nim poradzić, to angażuję go. Scena potrafi ich zmienić. Tak samo lubię wciągać w teatr uczniów nieśmiałych.
Przypomina mi się uczeń, którego byłam wychowawcą. Był trudnym przypadkiem, agresywny i zamknięty w sobie. Udało mi się go otworzyć. Nawet opisałam go jako pracę z trudnym przypadkiem w pracy dyplomowej na studiach z oligofrenopedagogiki. Udało mi się zachęcić go do aktywności w teatrze, ale też dużo włożyłam w to pracy wychowawczej przy współpracy z rodzicami. Skończyło się to bardzo pozytywnie. Rodzice przyjeżdżali i dziękowali mi za pomoc. Niedawno go spotkałam, zamieniliśmy ze sobą parę słów. Jest już dorosłym mężczyzną. Innym przypadkiem jest uczeń, który teraz jest w mojej klasie. Jest dyslektykiem, w młodszych klasach był zamknięty w sobie, nieśmiały. W tej chwili gra we wszystkich moich teatrach i to w rolach głównych. Jest więcej takich przypadków i to jest dla mnie wielka radość.
Reklama

Nauczycielka ze swoimi podopiecznymi występowała m.in. w złotowskim hospicjum
Staram się nie zmuszać, tylko delikatnie wprowadzać. Pozwalam np. na początek powiedzieć tylko coś zza sceny, bez konieczności pokazywania się publice. Są różne sposoby. Wiele osób najpierw nie chce, wstydzi się, a potem cieszy się, że miało taką możliwość. Szczególnie ci utalentowani muzycznie, artystycznie są zadowoleni, że mogą się prezentować na scenie.
Jestem osobą bardzo emocjonalną i zaprzyjaźniam się niesamowicie. Mam takich uczniów, z którymi mam więź do tej pory. Miałam ucznia, z którym w teatrze bardzo ściśle współpracowałam. W tej chwili mieszka w Niemczech, jest już dorosłym mężczyzną. To był wspaniały człowiek, który pomagał także mojemu synowi. To jest Patryk Rodzik, z którym do tej pory utrzymujemy kontakt, zawsze mnie wspiera. Jest po prostu przyjacielem. Z nim oraz grupą innych uczniów znaleźliśmy się w gronie laureatów projektu „Jak się uczyć i pomagać, aby mózgiem dobrze władać?”, którego finał był w Poznaniu. Przygotowaliśmy wtedy spektakl „Romeo i Julia”. Takie więzi mam z kilkoma absolwentami. Wiem też, że potem dalej rozwijają się na scenie w szkołach średnich, choć nie mogę pochwalić się żadnym uczniem, który byłby teraz profesjonalnym aktorem.
Reklama
Kocham to robić i tym żyję. Wczoraj [sobota – red.] na przykład słuchałam muzyki czytając scenariusz żeby dobierać utwory do poszczególnych scen. Jestem odpowiedzialna za całość przedstawienia: scenografię, scenariusz, muzykę. Scenariuszy nie piszę sama, ale przeglądam mnóstwo stron internetowych zanim znajdę coś, co mnie zainteresuje. Nie raz przejrzę kilkadziesiąt propozycji nim się na coś zdecyduję. Czasami wybieram kilka i daję to młodzieży, która ze mną pracuje i ona sugeruje co bardziej jej odpowiada. Potem jest praca nad scenariuszem. Przeredagowujemy go. Mam bardzo pokreślony scenariusz [rzeczywiście wydrukowana kartka jest pełna pobocznych notatek, skreśleń, dopisków i strzałek, w których chyba tylko autorka jest w stanie się połapać – red.]. Uwielbiam pomysły młodzieży, ich świeże spojrzenie.
Bardzo dużo. W tym roku przygotowujemy już trzeci spektakl. Tak naprawdę mam jedną godzinę w tygodniu. Od tego roku, dzięki nowemu wspaniałemu dyrektorowi panu Andrzejowi Zawilińskiemu, mam ją płatną. Ogromnym wsparciem jest także dla mnie wicedyrektor szkoły pani Nina Włodarczyk, dzięki której zaczęłam bardziej wierzyć w siebie. Dyrekcja udziela mi nieustannie pozytywnej motywacji i pomocy, m. in. umożliwiając próby, które wiążą się ze zwolnieniem uczniów z lekcji, bo ta jedna godzina w tygodniu to jest oczywiście za mało. Zdarza się, że zostaję po godzinach i nie mam z tym problemu. Przygotowanie spektaklu to jest wielki proces.
Reklama
Bardzo bym chciała. Wcześniej nie miałam odwagi, nie ukrywam tego. Zawsze gdy coś przygotowuję trochę w siebie nie wierzę. Zastanawiam się, czy to jest naprawdę coś fajnego. Mamy za sobą wprawdzie pojedyncze występy poza szkołą, ale do tej pory nie występowaliśmy jeszcze na żadnym przeglądzie. Bardzo chciałam w tym roku, ale okazało się to bardzo trudne. Wykonałam wiele telefonów, ale słyszałam: bardzo nam przykro, ale mamy na naszym terenie dużo szkół i nie możemy państwa przyjąć. Tak było np. w Złotowie. Marzę jednak, że kiedyś się uda.
Absolutnie nie. Trudne są jedynie rozstania. Co roku żegnam się z grupą uczniów. Wzruszam się wtedy i płaczę. Jest mi smutno. Potem jednak przychodzą nowi i to jest fantastyczne. Jest moment tęsknoty i żalu, gdy odchodzą jedni, ale później znowu pojawia się ta pasja i wszystko na nowo odżywa. Co ciekawe, nie mam nazwy teatru. Były różne pomysły, ale nigdy nie udało się tego sprecyzować i doprowadzić do końca. Po głowie chodzi mi jednak taka nazwa łacińska: panta rhei, czyli wszystko płynie. Dlatego, że przepływają ci uczniowie przez mój teatr.
Reklama
Wbrew mojej skromności sądzę, że jakiś talent aktorski mam. Nawet synowie w domu mi to czasami mówią. Miałam w szkole średniej epizody, choć nie było tam teatru prowadzonego przez nauczycieli. Raz polonista zapytał, czy ktoś chciałby poprowadzić lekcję i ja się zgłosiłam. Prowadziłam tę lekcję i wtedy mogłam się wykazać talentem aktorskim. Nauczyciel przecież tak samo jak aktor teatralny musi wzbudzić w odbiorcy zainteresowanie, przykuć jego uwagę, używać modulacji głosu. Dlatego nie mam oporu, żeby pokazywać uczniom, jak powinni odegrać daną scenę. Czy teraz chciałabym wystąpić? W głębi duszy mnie kusi. Nawet były takie propozycje ze strony uczniów. W scenariuszu było: a pani od biologii... I uczniowie mówili, żebym może ja wtedy wyszła. Zawahałam się i na tą chwilę jest między nami taka umowa, że powiem coś zza sceny.
Na pewno tak. Niektórzy nauczyciele mówią, że są trudniejsi. Ja uważam, że nie. Nie jest tak, że młodzież teraz jest gorsza i trudniejsza. Bardzo lubię swoją pracę. Nie tylko uwielbiam prowadzić teatr, ale lubię być też nauczycielem. Na pewno młodzież jest inna. Wiąże się to przede wszystkim z postępem technicznym, komputeryzacją życia. To wpływa na młodzież. Wcześniej gdy rozpoczynałam próby nie było sytuacji, że gdy wchodzę, to wszyscy siedzą wpatrzeni w smartfony. Zdyscyplinowanie zajmuje mi może trochę więcej czasu. Czasami wyprowadzają mnie z równowagi, denerwuję się i miałabym ochotę niektórych wyrzucić. Wtedy zastanawiam się: kto wystąpi? Muszę tak wszystko rozegrać, żeby ich ujarzmić i dogadać się z nimi. Bez zaangażowania i serca nic by się nie udało. Raz tylko zdarzyło się, że kogoś wyrzuciłam, ale ta osoba powróciła.
Reklama
[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze