Andrzej gotuje. Andrzej sprząta. Gdy żona wraca z pracy, wszystko w domu jest gotowe. A on jest już po maszynach. - Zaczęło się w delegacji, ale rozkręciło się zimą, jak siedziałem w domu – mówi głosem jakby z zaświatów. Jest po nocnej zmianie w zakładzie produkcyjnym w Niemczech.
W Polsce mamy ponad pół miliona internautów,
którzy na hazard w sieci wydają ponad 10 mln zł miesięcznie
- Zaczęło się od niewinnej zabawy. Wrzuciłem piątkę i coś wygrałem – 54-latek wspomina rok 2005. Czasy, gdy dobrze zarabiał przy asfaltowaniu Polski. I zamiast po pracy siedzieć w hotelu i pisać do żony, chodził do salonu gier. - Idzie się z myślą, żeby wygrać – Andrzej zaczyna sztuczki uzależnionego: nie używa słowa „ja”. - Jest adrenalina. A jak coś wpadnie - radość. Człowiek idzie tam, żeby odreagować [[pay]] – wciskając przycisk na maszynie mieniącej się wszystkimi kolorami tęczy można oślepić samotność, gniew, strach. - Wkurzyli mnie w pracy? Idę zagrać - jest ulga.
Organizm się tego uczy – mechanizm nałogu wyjaśnia terapeuta uzależnień, Krzysztof Staniewski. To do niego za 7 lat trafi Andrzej.
Nałóg jest jak czart. Bawi się Andrzejem przez pięć lat. Pozwala mu wierzyć, że ma kontrolę. W końcu ciągnie na dno. - Idziesz i grasz, bo liczy się adrenalina. Ten dreszczyk emocji - zimą 2010 roku Andrzej stracił kontrolę. Poniżej zera dróg się nie buduje, a z czasem trzeba coś zrobić. - Dobrze wtedy zarabiałem i nie potrzebowałem żony potwierdzenia do wzięcia kredytu. Brałem po 3-4 tys. zł. A później więcej – złotowianin wpadł w spiralę przegrywania. Im więcej maszyna pożerała, tym bardziej chciał wyrównać rachunki. - Nikt z nas nie rodzi się hazardzistą. Żeby nim zostać, musisz grać. I jeśli w grze doświadczasz ulgi, to będziesz po to sięgał – mówi K. Staniewski, który zna hazardzistów uzależnionych jednocześnie od alkoholu. Tak jak Andrzej. - Nie możesz pić, bo będzie cię czuć w pracy. Ale nie radzisz sobie z emocjami, więc idziesz zagrać. To jest życie w nałogowym systemie regulowania uczuć. Onanizujesz się graniem przy maszynie – pracownik Oddziału Terapii Uzależnień od Alkoholu w Piecewie obrazowo opisuje sytuację Andrzeja. - Raz wygrywałem, raz nie. Najwięcej wyciągnąłem z maszyny jednorazowo 2 tys. zł. Kupiłem coś do domu, dla siebie. Były podejrzenia, skąd to mam, ale zawsze się coś wymyśliło – 54-latek twierdzi, że uzależniony zawsze coś wymyśli. Uwiarygodni każde kłamstwo. Ale banku nie oszuka.
Słowo „hazard” pochodzi z języka arabskiego – az-zahr znaczy „kostka”, „gra w kości”. Dosłownie przetłumaczone z angielskiego oznacza „ryzyko”, „niebezpieczeństwo”; po francusku to także „przypadek”. Z kolei słownik języka polskiego „hazard” definiuje jako „ryzykowne przedsięwzięcie”, „ryzyko w grze”, „narażanie się na niebezpieczeństwo”. Andrzej wpadł w 2012 roku. - W końcu musiałem wziąć duży kredyt, żeby spłacić te małe. Zadłużenie wynosiło około 50 tys. zł. No i przyszło pismo z banku. Sprawa się rypła – tu głos mężczyzny jeszcze bardziej się łamie. Mogę sobie tylko wyobrażać, jak wyglądała przeprawa z żoną. - Z początku mniej byłem skory do rozmów, próbowałem to dusić w sobie – K. Staniewski nazwałby to klasycznym modelem zaprzeczenia. Uzależniony nie przyznał się do nałogu przed sobą, nie przyzna się innym. - Myślałem, że skończy się rozwodem, ale potem żona powiedziała, że mi pomoże. Wtedy zrozumiałem, że trzeba z tym skończyć, bo to do niczego dobrego nie doprowadzi – decyzja o zamknięciu się w ośrodku musiała być trudna. Piecewo już na Andrzeja czekało.
- W oddziale dowiadujesz się, kim jesteś. Nabierasz obrzydzenia do destrukcji, której byłeś sprawcą – Krzysztof Staniewski namówił Andrzeja na podwójne leczenie: z alkoholizmu i hazardu. I Andrzej płacze. - Ciężko się przyznać przed sobą, że ma się problem. Pomyśleć, że tyle krzywd wyrządziłem rodzinie...

Rysował Karol Bobkowski
W Złotowie jest kilka miejsc, w których można przepuścić pieniądze. Są maszyny, zakłady bukmacherskie, jest Totolotek. Tak, od skreślania też można się uzależnić. - Jeden z moich pacjentów ma 60 tys. zł długu zaciągniętego na Totolotka. Inny około 10 tys. zł rocznie w lotka przegrywa. To nie jest duża suma jak na hazardzistę – mówi terapeuta Staniewski. W Piecewie leczyli się mężczyźni-alkoholicy, którzy przegrali samochody, domy i gospodarstwa rolne.
To jest życie w nałogowym systemie regulowania uczuć.
Onanizujesz się graniem przy maszynie
– K. StaniewskiReklama
- Na terapii był kolega z Piły, który stracił dom i rodzina mu się rozpadła. W Złotowie zaś kilka lat temu gość przegrał czyjeś pieniądze i się powiesił – opowiada pan Andrzej, który dobrze poznał środowisko złotowskich graczy. - Mówią, że mają jakieś systemy, opcje. To jest totalna bzdura. Maszyna więcej weźmie niż odda. Tak jest skonstruowana – po sześciu tygodniach terapii 54-latek też był daleki od wyleczenia. Nadal jest. - Miałem raz tu taką słabość – mówi już o pobycie w Niemczech. Znowu sam, z ciszą po pracy. - Brakowało mi pieniędzy na opłaty, bo ciężko było na początku i przechodziłem parę razy koło takiego miejsca... Ale zrobiłem dwie rundy spacerku po mieście i mi przeszło – mężczyzna cieszy się z małego sukcesu. - Z nałogu nie można się wyleczyć. Utratę kontroli uzależniony będzie miał do końca życia – twierdzi Krzysztof Staniewski, który pomaga uzależnionym. - Dlatego po leczeniu w oddziale konieczne jest jego kontynuowanie w poradni. Minimum dwa lata. My w Piecewie nauczymy pacjenta rozpoznawać głód i sposobów zaradczych (można na przykład skoczyć na bungee), ale potem trzeba pójść do terapeuty, by głód nie wrócił jak bumerang – wyjaśnia. Nie wszyscy mają tyle samozaparcia co Andrzej. Nie wszyscy doszli do ściany. - Wiele osób po terapii podstawowej nie podejmuje dalszego leczenia i funduje sobie kolejne uzależnienie. Skreśla lotka, siedzi przed telewizorem, czeka. Zachowania są typowe dla pijanego, choć fizycznie człowiek jest trzeźwy. Wszyscy muszą milczeć, a on się podnieca losowanymi liczbami...
Hazard dzieli się na:
Reklamarekreacyjny (rozrywka, forma spędzania wolnego czasu) hazard ryzykowny (negatywne skutki grania są jeszcze na tyle małe, że gracz potrafi sam się z nimi uporać) hazard problemowy (pojawiają się już pierwsze poważniejsze negatywne konsekwencje grania) hazard patologiczny (bez kontroli)
Nikt z naszego otoczenia nie jest uzależniony? To kto z przekrwionymi oczami przesiaduje przy maszynach? Kto zaciąga „chwilówki” na grę? - Hazardzistów w Złotowie jest wielu, tylko nie chcą się do tego przyznać. Grają dalej. Nie życzę im powodzenia, bo lepiej, żeby przestali – mówi pan Andrzej. - Nie chcę ich pouczać, ale jeśli dalej będą tak robić, to mogą skończyć tak, jak ja. Mówią, że to tylko zabawa? No to ta zabawa może się bardzo źle skończyć!
Imię bohatera zostało zmienione [[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Państwo generalnie powinno myśleć za obywateli... Byloby pięknie nieprawdaż? Nie musiałbyś nawet myśleć żeby się po sraniu podetrzeć...
Znam bardzo dobrze temat z drugiej strony. Jest tak, że nie ma nic za darmo. Te maszyny ustawione są na zysk, ale nie grającego a właściciela. Żeby coś z maszyny wyciągnąć, ktoś musi tam coś wrzucić. Z pustego i Salomon nie naleje. Te symboliczne wygrane są tylko jako wabik, niestety, dla naiwnych. Wiem co piszę, bo sam kilka lat to cholerstwo obsługiwałem i wiem, ile po 2 tygodniach maszyna zarabia na właściciela. Reasumując - nie dajcie się nabrać.
Maszyna maszynie nie jest równa. Te prawdziwe stoją w kasynach, te gorsze w salonach gry. I jedne i drugie chyba można "ustawiač". W latach 90., kiedy mieszkałem poza Polską, w mieście-kurorcie obok, otworzono , po latach starań kasyno. Poszedłem z ciekawości i wygrałem dość szybko 2 tyś. Franków. Strasznie mnie to zakręciło i następnego wiecora też mnie tam poniosło. I na automacie stojącym w grupie sześciu, gdzie jackpot był wspólny i wyświetlany na panelu, zgarnąłem pulę 21 tyś. Franków! Mój dobry kolega, gdy się o tym dowiedział, zaczął tam spędzać połowy swoich nocy i w parę lat przewalił dość duże oszczędności. Ja zastopowałem i chyba dobrze zrobiłem!
Na tych maszynach nikt nie wygral 1 stracil mniej 2 wiecej ale nikt nie jest na plusie a ludzie chodza tam i beda chodzic !!!!
Lokal,obsługa i same maszyny kosztują mnóstwo pieniędzy.Do tego należy doliczyć zyski i otrzymujemy gotową odpowiedź dlaczego tych punktów jest aż tak dużo-jest tylu uzależnionych!!Do tego stopnia,że salony z automatami powstają w najmniejszych wsiach.Prawo powinno chronić obywateli przed taką działalnością tak samo jak przed lichwą.Dobrze,że akcje uświadamiającą prowadzi lokalna prasa,jak choćby tym artykułem.
Państwo generalnie powinno myśleć za obywateli... Byloby pięknie nieprawdaż? Nie musiałbyś nawet myśleć żeby się po sraniu podetrzeć...
Znam bardzo dobrze temat z drugiej strony. Jest tak, że nie ma nic za darmo. Te maszyny ustawione są na zysk, ale nie grającego a właściciela. Żeby coś z maszyny wyciągnąć, ktoś musi tam coś wrzucić. Z pustego i Salomon nie naleje. Te symboliczne wygrane są tylko jako wabik, niestety, dla naiwnych. Wiem co piszę, bo sam kilka lat to cholerstwo obsługiwałem i wiem, ile po 2 tygodniach maszyna zarabia na właściciela. Reasumując - nie dajcie się nabrać.
Maszyna maszynie nie jest równa. Te prawdziwe stoją w kasynach, te gorsze w salonach gry. I jedne i drugie chyba można "ustawiač". W latach 90., kiedy mieszkałem poza Polską, w mieście-kurorcie obok, otworzono , po latach starań kasyno. Poszedłem z ciekawości i wygrałem dość szybko 2 tyś. Franków. Strasznie mnie to zakręciło i następnego wiecora też mnie tam poniosło. I na automacie stojącym w grupie sześciu, gdzie jackpot był wspólny i wyświetlany na panelu, zgarnąłem pulę 21 tyś. Franków! Mój dobry kolega, gdy się o tym dowiedział, zaczął tam spędzać połowy swoich nocy i w parę lat przewalił dość duże oszczędności. Ja zastopowałem i chyba dobrze zrobiłem!