Choć przywdziała habit ma siódemkę dzieci. Czasem ludzie się z niej śmieją, ale robią to, dopóki nie zajrzą do dziecięcego wózka. Rozmowa z dyrektor Hospicjum siostrą Piotrą
Nadal ludzie się z Siostry śmieją?
Ostatnio jeden pan, widząc mnie z dziećmi na promenadzie, po prostu mnie wyśmiał. W głos. „Siostra z dziećmi...” Powiedziałam, że z całą radością oddam mu te dzieci. Popchnęłam wózek w jego stronę i zaprosiłam go na wolontariat do hospicjum – niech zabiera dzieci na spacery i pokazuje im świat. Podobnie jak ten pan reaguje wiele osób. Dopóki nie zajrzą do wózka i nie zobaczą zniekształconej twarzy czy rurki wychodzącej z nosa dziecka, przez którą jest ono karmione. To smutne, ale myślę, że złotowianie otworzą się na te dzieci. Dziś wiele osób nawet nie wie, że w hospicjum mamy też kilkumiesięczne czy kilkuletnie maluchy, bo do niedawna były one ukryte w murach hospicjum. Teraz wychodzimy z nimi do ludzi.
Tyle że Siostra nie wychodzi z nimi jako zwykła opiekunka. Formalnie Siostra jest ich mamą.
Zawsze pragnęłam mieć gromadkę dzieci. Moim przeznaczeniem miało być bycie matką, jednak w wieku 17-18 lat zrodziło się we mnie powołanie do życia zakonnego. Przez lata spełniałam się więc, ucząc dzieci religii. Dopiero po przyjściu do Hospicjum Sióstr św. Elżbiety w Złotowie stałam się matką naprawdę. Żeby mieć te dzieci jeszcze bliżej, niedawno przeszłam nawet szkolenie na rodzica zastępczego.
Dziś z dziewiątki dzieci przebywających w Hospicjum jest Siostra opiekunem prawnym siódemki. Ich rodzice zrzekli się do nich praw?
Małe dzieci są porzucane w szpitalu, bo rodzice nie chcą mieć z nimi nic wspólnego. Starsze trafiają do nas np. z likwidowanego domu dziecka. Nie zawsze rodzice zrzekają się do nich praw całkowicie, co później rodzi problemy i sytuacje, które muszę prostować. Łatwiej mi się nimi opiekować, podejmować decyzje dotyczące choćby operacji, będąc ich opiekunem.
Co do porzucania dzieci, to jeśli rodzina jest patologiczna i zostawia dziecko już w szpitalu, a jest taka prawna możliwość, to można to sobie wytłumaczyć, ale są rodzice, którzy mogliby się tymi dziećmi zająć, bo mają do tego warunki i pieniądze, ale nie chcą swoich pociech.
Bo to żadna pociecha – chore, często nieuleczalnie, dziecko…
Są to często maluchy z dziecięcym porażeniem mózgowym, ale też z wadami serca czy dzieci, które były zdrowe, ale zostały zarażone sepsą. Rodzice pozbywają się ich, bo nie pasują one do wizerunku dobrej, wspaniałej rodziny. Mogę tak powiedzieć, bo to sprawdzałam. Widziałam ludzi, którzy mogliby dać tym biednym dzieciom dom i może bardziej profesjonalną opiekę niż my, ale wolą mówić, że tych dzieci już nie ma. Że zmarły w szpitalu. Wypierają ten problem.
Niepełnosprawność dziecka, często bez szans na poprawę, jest ciężkim doświadczeniem.
Opowiem Panu historię, której niedawno doświadczyliśmy w naszym Hospicjum. Przez cztery lata opiekowaliśmy się dziewczynką – Asią. Miała szesnaście lat i metr długości. Rodziców miała zdrowych, opiekowali się nią przez te lata, aż w końcu w szpitalu powiedzieli, że nie chcą mieć z nią więcej do czynienia. I tyle. Gdy jej stan się pogarszał, czułam się w obowiązku powiadomić rodziców. Odnalazłam ich, ale mama powiedziała, że dosyć się przez tę córkę wycierpiała i nie chce mieć z nią nic wspólnego.
Jak Siostra zareagowała?
Poszłam do Asi i powiedziałam jej, a ona wszystko rozumiała, „Asiu, już jesteś całkowicie nasza”. Uśmiechnęła się i odeszła na moich rękach. Na pogrzeb rodzice też nie przyjechali. Nie chcieli się z nią pożegnać. Pochowaliśmy ją w Złotowie.
Patrząc przez pryzmat tej sytuacji można powiedzieć, że może to lepiej, że ludzie oddają chore dzieci do specjalistycznych ośrodków niżby mieli je porzucać gdzieś na pastwę losu?
Ale w tym przypadku przez szesnaście lat mieli ją w domu i niby ją kochali... Rozumiem, że doświadczenie cierpienia jest trudne, ale jeśli prawdziwie kocha się swoje dzieci, to takich sytuacji być nie powinno. Sens oddania dzieci widzę w przypadku maluszków. Rzeczywiście wówczas lepiej je zostawić w szpitalu czy w okienku życia niż porzucić w sposób, który zagrażałby ich życiu.
Takie maluchy również ma Siostra pod opieką. W ubiegłym roku w trakcie jednego tygodnia do hospicjum w Złotowie trafiło troje niemowląt. To musiało być dziwne uczucie – brać je na ręce, nie widzieć zewnętrznych objawów choroby, ale wiedzieć, że ktoś je porzucił.
To bardzo dziwne uczucie. Przecież wiemy, że ten maluszek wyczuwa, że nie ma przy nim mamy. Dlatego trzeba dać mu dużo miłości. Pokochać go jak swoje dziecko. Wie Pan, siostry Elżbietanki od zawsze opiekowały się dziećmi, prowadziły ochronki. Po II wojnie światowej, gdy pełno było sierot, zajęły się nimi m.in. siostry. Wówczas nikogo nie dziwił widok zakonnicy idącej z gromadką dzieci.
Dziś sytuacja jest zupełnie inna. Siostra opiekuje się dziećmi, których nikt nie chce. W końcu szanse na to, że ktoś je adoptuje, są bliskie zera. Szpital, w którym porzucone zostaje dziecko, szuka dla niego miejsca w różnych ośrodkach.
Maluchy, które my mamy, nie pójdą do normalnych domów dziecka. Nie trafią nawet do domów pomocy społecznej dla dzieci, bo nie kwalifikują się tam przez liczne choroby, które mają. Tak trafiają do nas, bo mamy opiekę pielęgniarską i lekarską. A adopcje? Cóż... Nawet jeśli zgłosimy je do ośrodka adopcyjnego, to znalezienie im domu rzeczywiście graniczy z cudem. Z takimi schorzeniami, jak one mają, jest to właściwie nierealne. Do adopcji ludzie szukają dzieci jak najmłodszych, zdrowych i ładnych. Takich, żeby piękne oczy miały...
Żeby jednak nasza rozmowa nie była tak pesymistyczna, to musimy odnotować, że po pięciu latach pobytu w Hospicjum jedno z dzieci trafiło do domu.
W grudniu ubiegłego roku opuścił nas Gabryś. Chłopiec, który trafił do nas jako niemowlak, bez części twarzoczaszki i bez podniebienia. Rodzice nie mieli odebranych praw do niego, ale nie byli w stanie poradzić sobie z opieką nad nim. Dzięki Bogu udało mi się zorganizować mu trzy operacje w Bydgoszczy (są tam wspaniali lekarze) i na Boże Narodzenie Gabryś wrócił do domu. Mamy kontakt, więc wiem, że chodzi do przedszkola, jest bardzo bystry i wszędzie musi być na pierwszym miejscu (śmiech). A teraz, jak zaczął mówić, jest po prostu nie do uciszenia.
A teraz głośno powiedzmy o pieniądzach. Specjalistyczna opieka, lekarstwa, rehabilitacja – to wszystko kosztuje. Państwo pomaga Siostrze w opiece nad chorymi dziećmi?
Pomaga nam oczywiście Narodowy Fundusz Zdrowia – stąd są największe pieniądze. Do tego, odkąd jestem opiekunem prawnym dzieci, pomaga mi Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej w Złotowie w postaci zasiłków rodzinnych, a od chwili stania się przeze mnie rodzicem zastępczym także Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie. Nie są to może duże pieniądze, ale pomoc jest to wielka.
Na Dzień Matki dostała siostra od dzieci plakat z odciskami ich dłoni, a co Siostra podarowała maluchom w dniu ich święta?
Niedawno pomalowaliśmy im ściany na kolorowo, a teraz zamówiłam nowe łóżeczka, bo z obecnych dzieci nam wyrastają. No i najważniejsze - załatwiłam im nauczanie. Dzieci w wieku szkolnym mają codziennie dwie godziny zajęć prowadzonych przez nauczycielki ze Szkoły Podstawowej nr 2 w Złotowie i Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego w Jastrowiu. To nam się może wydawać, że nie opłaca się inwestować w ich rozwój, ale ja widzę, że one tego potrzebują. To są moje dzieci.
Rozmawiał Łukasz Opłatek
[[reklama]]
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze