Reklama

Sen o bloku

21/09/2018 18:00

Blok to był luksus, nobilitacja. Nawet ten z kolumienką w łazience i westfalką w kuchni, ale też ze wspólnym oglądaniem „Jacka i Agatki”. – Och, jak każdy się cieszył! Wszyscy sobie chwalili – o życiu w bloku opowiadają M. Kubala i K. Dołkowska

Był sobie blok, wiesz,
kostka, parę okien i pięter
Jego twórca miał pojęcie niegłębokie, o pięknie!

– rymował Kopruch. Gdyby nawijał o latach 60–tych i 70–tych XX wieku pewnie rzuciłby coś o przedpokoju tak ciasnym, że trzeba było ubierać się w nim pojedynczo, o błyszczącej w pokoju meblościance i tureckim dywanie, który należało trzepać co sobotę. Z szuflady wspomnień wyjąć mógłby jeszcze zdobiącą ściany boazerię, rozkładaną amerykankę w „dziecięcym” i „Franię” wirującą w łazience. Mógłby nawet podbić kuchenną westfalką i smażeniem na niej placków z mąki. Tak, tamte bloki żyły innym życiem.

Reklama

W latach 60–tych w Złotowie stały już pierwsze domy wielorodzinne. W jednym z nich, w M2 przy Westerplatte 26, w 1965 roku zamieszkała Krystyna Dołkowska.

18 września był nasz ślub, a 20–tego byliśmy tutaj. Nasza podróż poślubna była do Złotowa

– śmieje się emerytowana pracownica SM „Piast”. W Złotowie pierwszy raz w życiu zamieszkała w bloku.

Czułam się w tym jednym pokoiku jak ptaszek w klatce

– wspomina.

Blok kojarzy się z wygodami, ale w latach sześćdziesiątych kolorowo nie było. Swoje 26 m kw. pani Krystyna opalała westfalką, a wodę w łazience grzała junkersem. Węgiel przydzielała jej komisja opałowa, zgodnie z metrażem mieszkania. Jej los ze spółdzielnią skrzyżował się w 1966 roku – po narodzinach syna zaczęli się z mężem starać o większy lokal. Akurat powstawało nowe osiedle, tzw. Westerplatte 2.

Reklama

Spotkaliśmy pana Kurcina [pierwszy etatowy prezes „Piasta”, od 6 kwietnia 1965 roku], złożyliśmy dokumenty, zaciągnęliśmy kredyt i w 1968 roku dostaliśmy M4 – 3 pokoje na trzecim piętrze

– cieszyli się jak z wygranej w loterii.

To było mieszkanie z 5% rezerwy dla fachowców potrzebnych dla miasta. W każdym budynku była taka. Wciąż trzeba było tam palić, ale było wspaniale, bo zamieszkało tam dużo młodych ludzi!

Zanim jednak do tego doszło, do ostateczności doprowadzony musiał zostać Stefan Kubala.

17 wspaniałych

Zaczęło się od zupy. Zamarzała ona do dna, tak zimną kuchnię mieli Marianna i Stefan Kubala. Dziś w budynku przy alei Piasta jest szkoła muzyczna, ale na początku lat 60–tych były tam mieszkania. To na parterze zajmowali oni – technicy budowlani z kieleckiego. Pan Stefan trafił tu po wojsku, za rodzicami, pani Marianna dostała nakaz pracy.

Reklama

Miałam zostać chwilę, a zostanę już do końca...

– mówi, układając włosy białe niczym u gołąbka. Przez zupę i ciągle przeziębiającego się w kuchni synka w głowie Stefana Kubali zrodził się pomysł na stworzenie spółdzielni mieszkaniowej. W ówczesnym województwie koszalińskim działało ich trzynaście, ta w Złotowie miała mieć nr 14. Z Koszalina pan Stefan wrócił z naręczem dokumentów i pomysłem na „Piasta”.

Zapalił się do niego tak bardzo, że brał urlop i organizował spotkania w zakładach pracy. Zarażał ludzi wizją nowych mieszkań z wielkiej płyty.

Reklama

Wszędzie trzeba było dojść pieszo albo dojechać motorem. Telefony były tylko w zakładach pracy, ale nieosiągalne do celów prywatnych

– w imieniu zmarłego męża opowiada pani Marianna.

My mieliśmy dyrektora, który nas rozumiał i nawet w godzinach pracy, gdy ktoś do nas dzwonił, to nie miał pretensji. To nam bardzo pomogło.

Mimo to mieszkańcy Złotowa i okolic (mieszkanie w bloku było marzeniem wielu osób ze wsi, szansą na wyrwanie się) nie wierzyli, że w mieście powstanie spółdzielnia. Wielu z nich liczyło na mieszkanie od samorządu, bez wkładu własnego. Bo w spółdzielni trzeba było wpłacić 15% od razu. Pożyczkę można było dostać z zakładu pracy (przeważnie bezzwrotną) albo z banku, na dogodnych warunkach. Z czasem jednak mieszkanie państwa Kubala zaczęło pękać w szwach. Przed kościołem i po kościele, przed i po pracy, o każdej porze dnia. Ludzie przychodzili po informacje i zapisywać się.

Reklama

Nie mieliśmy życia

– opowiada żona pierwszego przewodniczącego zarządu spółdzielni.

Nowe życie zaczęło się 21 marca 1962 roku. Wtedy to siedemnastu mieszkańców Złotowa założyło Spółdzielnię Mieszkaniową „Piast”. Pierwszy budynek nowa organizacja dostała od władz miasta. Był to blok w stanie surowym, wówczas Westerplatte 6, dziś 22. 

Prawdopodobnie ten budynek był rozdzielony dla lekarzy, budowlańców, inżynierów, architektów, bo mieliśmy bardzo duże kłopoty z jego uzyskaniem. Ale ustawa była taka, że powstającej spółdzielni musiało być to przekazane

Reklama

– twierdzi M. Kubala.

Z chwilą zasiedlenia pierwszego bloku ludność zaczęła napływać do nas masowo

– zapewnia. Na szczęście napływała już do biura. Zlokalizowane one zostało w mieszkaniu na parterze, dokładniej w kuchni pozostałej z M2 (pokój z niego dostał Zdzisław Krawiec, jeden z „ojców założycieli”).

Eden po złotowsku

Państwo Krawcowie pierwsi byli w kilku sprawach, ale dla dziatwy z bloku liczyło się tylko to, co mieli w pokoju – telewizor. Maluchy chadzały do nich oglądać „Jacka i Agatkę” – pacynki wymyślone przez Wandę Chotomską. O 19:20 mieszkanie na parterze wyglądało niczym przedszkole przed leżakowaniem. W bloku panować miała ogólna radość i zgoda, przynajmniej tak to wspomina M. Kubala: – Och, jak każdy się cieszył! Wszyscy sobie chwalili, że mieli bardzo dobre warunki i byli zgrani. Odwiedzali się, pożyczali cebulkę, marchewkę czy mieli inny pretekst...

Reklama

Nadal trzeba było palić w kolumience w łazience, ale w kuchni była butla z gazem. Dziś rzecz nie do pomyślenia. Była też loggia, czyli popularny balkon.

I przestrzeń, a wszystko na jednym poziomie, już nie musiałam przez korytarze biegać

– dodaje pani Marianna, dziś słynąca z krzyżyków. Od lat należy do Stowarzyszenia Artystów „Pasja”.

W 1972 roku do bloku założycieli „Piasta” trafiła Krystyna Dołkowska z rodziną. Urodziła drugie dziecko, do tego musiała zaopiekować się teściową, więc potrzebowała większego mieszkania. Lokal zwolnił pan, który wyjeżdżał na stałe do Niemiec. Nie wie, czy w ramach łączenia rodzin, czy w poszukiwaniu dobrobytu. Na przełomie lat 60/70 był to w Złotowie częsty obrazek.

Reklama

Ode mnie z pracy dużo kolegów pojechało. Jeżeli nie byli polityczni, to nie mieli problemów z wyjazdem

– potwierdza M. Kubala.

Tylko w tym bloku [dziś pani Marianna żyje po przeciwnej stronie ulicy] mieszkała jedna rodzina, która chyba piętnaście razy składała wniosek

– to chyba była złośliwość między urzędnikiem a nimi. W końcu, w 1975 roku, dostali zgodę.

Pani Marianna Kubala urzeka. Uśmiechem, historią, pasją


Blok nr 6, obecnie 22, wydał się pani Krystynie sympatyczny. Dla niej i jej dzieci miał twarz Agnieszki Fertikowskiej. Dzieci z bloku wołały do niej „babciu”, a ona dbała o nie jak o swoje wnuczęta.

Reklama

Przed pójściem do szkoły musiały się babci pokazać, jak wyglądają

– K. Dołkowskiej szklą się oczy, gdy wspomina sąsiadkę. Staruszkę piekącą młodym mamom z bloku ciasta na święta i odwiedzającą jej leżącą w łóżku teściową.

Śmieje się za to, gdy opowiada o zabawach blokowych dzieci.

W tamtej klatce mieszkał Piotrek Krupa, który teraz jest biskupem. Mieszkali Krawcowie, pani Tomaszowa z dwójką chłopaków, Chodziutko, Żukowscy – Danusia prokuratorem w Trzciance była. Pani Jaszczykowa śp. dbała o skalniaki, sadziła kwiatki. My z panią Więckową nasadziłyśmy świerków. Jeszcze jeden jest, może pan zobaczyć z balkonu

Reklama

– mówi na jednym wdechu. Na chwilę wraca do państwa Więcek. Pan Wiktor uczył dzieci świata przyrody, pokazując im osadzone w pudełkach po zapałkach żuki i motyle. Jego żona zaś pokazywała pani Krysi, jak radzić sobie z pustkami na sklepowych półkach.

Wieczorami uczyła mnie robić na drutach i szydełku, bo nie można było kupić rzeczy dla dzieci. Robiłam więc ubranka dla Piotrusia i Basi sama.

Jeśli dodać do tego czyny społeczne, na których (sądząc po zdjęciach z tamtych lat) zadowoleni mieszkańcy wspólnie działają na rzecz swojego domu, to rysuje się obraz sielanki. Istny Eden.

Przydział z kolejki

Chętnych do zamieszkania w blokowym raju, z centralnym ogrzewaniem i loggią, było wielu. Ludzie marzyli o tym, by mieć blisko – do pracy, szkoły, lekarza. Nie przeszkadzały im nawet ciemne kuchnie i konieczność poprawiania pracy fachowców–budowlańców. W mieście wyrastały więc kolejne spółdzielcze bloki, a kolejności przydziału mieszkania pilnowały władze organizacji. Metraż przeliczany był na ilość osób w rodzinie. Ktoś, kto miał żonę i jedno dziecko nie miał co myśleć o M5. Taki normatyw.

Najpierw trzeba było być kandydatem, potem, gdy zgromadziło się wymagany wkład, było się przyjmowanym w poczet członków spółdzielni

– zasady wyjaśnia Krystyna Dołkowska, która w 1967 roku podjęła pracę w spółdzielni.

Były zapisy i kolejność była bardzo przestrzegana

– dodaje Marianna Kubala.

Ci pierwsi mogli sobie wybrać parter czy pierwsze piętro, a kolejni dostawali jak im przypadło. Nikt jednak nie wybrzydzał, wszyscy się chętnie wprowadzali.

O kolejkowych rozgrywkach, przeskakiwaniu innych niczym skoczek na szachownicy krążą legendy, ale niepotwierdzone.

Mnie tam ludzie nie podchodzili, bo za słaba byłam na to

– pani Krystyna śmieje się z pytania o przyspieszenie przydziału.

Była komisja mieszkaniowa i jeżeli ktoś mieszkał w trudnych warunkach, to wcześniej na listę wchodził. Może też przez orzeczenie lekarskie.

Marzenia mają to do siebie, że się zmieniają. Pani Krystynie dobrze było w bloku, ale śniła o domu. Z podwórkiem, ogrodem i własnym kawałkiem nieba. Nie udało się, bo, jak żartuje, jej mąż dużo chodził po polach i świeżego powietrza mu nie brakowało. Chciał wracać do ciepłego mieszkania. Za to mieli domek letniskowy, gdzie żona nie czuła się już jak ptaszek w klatce. Zresztą swoje mieszkanie przy Westerplatte też oswoiła. Budzi się w nim od 46 lat.

Lubię to mieszkanie i nie zamienię się. Teraz też mam bardzo fajną sąsiadkę, pomagamy sobie nawzajem. Bo z sąsiadami trzeba dobrze żyć, sąsiad jest potrzebny

– twierdzi, pokazując z balkonu świerk, o którym wspominała.

Do życia w bloku przywykła też Marianna Kubala, choć ona akurat szybko adaptuje się do nowych warunków. Dziś w jednym z pokojów ma pracownię. Właśnie tworzy drugą wersję dzieła, za które otrzymała kiedyś nagrodę. Wciąż aktywna, żyje do przodu. Ze starych dobrych czasów brak jej tylko ludzi.

Kiedyś w blokach była życzliwość, a teraz każdy sobie, drzwi na klucz i koniec.

Łukasz Opłatek

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Gość - niezalogowany 2018-09-21 18:38:30

    Jak to się zmieniło . Teraz domy na wsi albo za miastem wolą.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Gość - niezalogowany 2018-09-21 20:41:16

    Ciekawe co do powiedzenia mają teraz ludzie którzy podburzali robotników do strajków? Że mogą wziąć kredyt jeżeli dostaną i będą go spłacać całe życie. Jednak było warto. Opłaciło się to jedynie strajkującym studentom.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości