Reklama

Miłość nie pyta o wiek

17/02/2014 00:00
Drugi mąż pani Eli był kolegą pierwszego. Trzeci znał obu. - Ja z ich dziećmi żyję w dobrej komitywie - mówi złotowianka, która wychowała 99 pociech

Ludzie są ciekawscy i różne rzeczy mówią. - Jedna pani mi kiedyś przygadała, że znów mam faceta – Elżbieta Biedak rozsiada się na kanapie w swoim mieszkaniu. - Przeszkadza to pani, bo mi nie – odpaliła wścibskiej sąsiadce. A ta swoje, że bez ślubu siedzą, że wesela nie było. Mówiła tak, jakby wytykanie błędów innym pozostawiało w jej duszyczce lepki osad zacności. Ale pani Ela ma siedemdziesiąt lat na karku i nie przejmuje się formalnościami. - Po co mi kolejna obrączka? Ja tego mam pełno – kobieta wystawia do światła dziennego bogato zdobione dłonie.

Pierwszą obrączkę założył jej Norbert, jeszcze w siermiężnych latach sześćdziesiątych. Zobaczył Elę w Złotowie i przyjechał porozmawiać z jej ojcem do Blękwitu. To musiała być miłość od pierwszego wejrzenia, bo pół roku później Norbert Manthay i Elżbieta Sadowska wypowiedzieli sakramentalne „tak”. - Mąż pracował jako kierowca, ja zajmowałam się wychowaniem dzieci. Razem jeździliśmy na ryby na wrzosy do Podgaj. Zabieraliśmy też tam dzieci – pani Ela wspomina o rybach, bo one w jej życiu odegrały ważną rolę.

- Z mężem żyło nam się bardzo dobrze. Do 1989 roku, kiedy Norbert miał zawał. Tylna komora serca pękła i było po nim. Zostałam sama z piątką dzieci – 70–latka podrywa się z miejsca i z kredensu wyciąga klepsydry.

[[reklama]]

Porządek w datach

Takich czarno-białych pamiątek pani Ela ma kilka. Przechowuje je dla swoich dzieci, żeby mogły sobie uporządkować daty śmierci. Każda z klepsydr to inna zadra, bo los hojnie sypał nieszczęścia na drodze kobiety. - Straciłam dwóch mężów, rodziców i syna. To już chyba szesnaście lat będzie jak moje najstarsze dziecko nie żyje. W Andrzejki syn wpadł w poślizg autem. Wszystkie drzewa ominął, a w ostatnie uderzył. Żeby miał pasy zapięte, ja tak sądzę, to by żył – kobieta zamyśla się na chwilę. Szybko jednak się otrząsa i wraca do opowieści o mężach i rybach.

[[nowa_strona]]

Podobnie jak Norbert, namiętnym wędkarzem był także Jan Biedak z Kujana. Panowie przez lata razem jeździli na połowy. Po śmierci kolegi Jan pomagał wdowie. - Mój najmłodszy syn koniecznie chciał mieć tatę. A że Jan dużo mi pomagał, to jakoś tak wyszło, że się pobraliśmy. On też miał tyle dzieci co ja, ale już dorosłych – złotowianka pokazuje ramkę w kształcie półkola, w której ma zdjęcia z mężami. Obejmują się uśmiechnięci. Humoru panu Janowi nie popsuło nawet to, że żona namówiła go na przeprowadzkę do Złotowa. - Mówią, że starych drzew się nie przesadza, a ja przesadziłam – mówi z dumą kobieta. - Ja pod swój stół nogi wyciągam...
Jan i Elżbieta małżeństwem byli dwanaście lat. Potem złotowianka po raz drugi została wdową.

Człowiek potrzebuje ciepłoty

Pani Ela, mimo siedemdziesiątki na karku, uwielbia zabawy taneczne. Wystarczy, że usłyszy muzykę i już przebiera nogami. Ba, na samą myśl o tańcu kręci biodrami. Przy tym śmieje się całą sobą tak, że nic dziwnego, że długo nie była sama. - Człowiek potrzebuje drugiego. Musisz mieć do kogo się odezwać – mówi kobieta po zawale, ale z niepohamowanym apetytem na życie. Trzeciego „męża” znalazła na zabawie Koła Emerytów Rencistów i Inwalidów w Złotowie. Ona nie miała z kim pójść, on był gotów zostać jej partnerem. - Zadzwoniłam do niego, czy by nie chciał przyjechać, a on na to jak na lato. Też lubi się bawić – złotowianka twierdzi, że swój do swego ciągnie. Zwłaszcza, że obecnego partnera zna od ponad czterdziestu lat. Chodzili razem do podstawówki, jego matka zajmowała się czasem jej dziećmi. Nawet z jego świętej pamięci żoną pani Ela była w dobrym kontakcie. Zresztą E. Biedak w zgodzie żyje niemal ze wszystkimi: z dziećmi byłego męża, z synem obecnego partnera. - Taki już mam charakter i zawsze myślę pozytywnie – kwituje krótko pytanie o to, jak dogaduje się z ludźmi.

[[reklama]]

Za starzy na przysięgę?

No, może nie ze wszystkimi. Dzieci pani Eli dziwią się, że jeszcze się wiąże z mężczyzną. A ona ma pozwolenie od księdza. - Jestem wierząca, a na kocią łapę siedzę, tak? Mnie to już nic nie grozi. Pytałam księdza i mogę tak żyć. Jesteśmy razem, nazywamy się małżeństwem, ale pewne rzeczy nas nie łączą – złotowianka mówi bez skrępowania. Tyle że jej trzecie małżeństwo jest na wskroś nowoczesne. Raz mieszka sama w Złotowie, raz z „mężem” w jego domu. - Zimą więcej jesteśmy w Bydgoszczy, ale ja nie mam tam co robić. On, jak widzi, że się kręcę, to mówi: jedź, jedź już do tego swojego hospicjum – mówi E. Biedak, która od lat jest wolontariuszką u Sióstr Świętej Elżbiety w Złotowie.

Pomaganie innym kobieta ma we krwi, a że ciepło wręcz od niej bije, to i ludzie do niej lgną. Dowodem na to niech będzie ilość wychowanych przez nią dzieci. - Mam ich na koncie dziewięćdziesiąt dziewięć. Muszę jeszcze jedno wychować, to będzie okrągła setka – pani Ela śmieje się całą sobą na wspomnienie żłobka, który prowadziła od 1970 roku w swoim mieszkaniu. Bo jej dom nie może być pusty. Człowiek potrzebuje człowieka.

Łukasz Opłatek

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama