Jestem księdzem i policjantem. Prawnikiem i hydraulikiem. I nie jestem bezduszna, jak mówią ludzie
Pyta pan, dlaczego to robię. Zaczęło się od przypadku. W latach osiemdziesiątych szukałam zajęcia - zaraz po szkole, niedoświadczona, za to otwarta na ludzi. Pod opiekę dostałam rodziny wielodzietne. Już w pierwszym miesiącu poznałam, co to gniew drugiego człowieka. Biura mieliśmy w przychodni, ale zdenerwowanej kobiety nie udało się uratować. Jej awanturę przerwał wylew. Do dziś pamiętam bezwładne ciało, tarasujące drzwi pokoju, w którym przyjmowałam potrzebujących. Ale nie o to pan pytał. Jestem tu dla ludzi. Tak, tych wrzeszczących, agresywnych, brudnych, pięknych. Ta praca jest taka... wciągająca. Tu nie ma stanów pośrednich: albo rzucasz ją szybko, albo zostajesz na zawsze. Ja wpadłam. Nie wiem, jak opisać radość z pomagania. Byłam zuchem, harcerką, „niewidzialną ręką”. To jest we mnie.
Dziwne pytania pan zadaje. Jak to, co jest w tej pracy najłatwiejsze? Chyba dać komuś pieniądze. Ludzie szybko się przyzwyczajają. Wolą znane piekło od nieznanego nieba. Między bajki wkładam powiedzenie o rybie i wędce. Wie pan, że bieda jest jak choroba genetyczna? Że wykluczenie się dziedziczy? Codziennie widzę twarze wnuków osób, którym pomagałam trzydzieści lat temu. Może inaczej są ubrani, mają inne fryzury, a do nich przyklejone, jakby dla ozdoby, telefony, ale w ich oczach czai się to samo pragnienie: daj.
Nie, nie wszyscy są tacy. Niektórzy odcięli pępowiny bezradności i wyjechali na Zachód, inni starają się sami zadbać o swe rodziny. Wielu jednak wyspecjalizowało się w życiu na koszt państwa. Tego samego, na które tak złorzeczą, gdy mnie widzą.
[[reklama]]
Odpowiedź na to pytanie może pana zaskoczyć. Lubię ludzi, ale też się ich boję. Potrafią zaskoczyć. Czasem do nowej rodziny idę z koleżanką, bywa, że pod rękę z policjantem. A pan wie, co czeka za drzwiami, gdy naciska się dzwonek? Narkoman? Recydywista lub agresywny alkoholik? Świerzb? Ja też nie wiem. Ze mną jest jak z ratownikiem – nie pomogę, jeśli sama nie będę bezpieczna. A chcę pomóc. Co z tego, że w głowie kotłują mi się obrazy krzywdzonych dzieci, porzuconych staruszków, którzy kiedyś zrobiliby wszystko dla swoich niewdzięcznych dzieci? Człowiek jest tylko człowiekiem. Staram się go zrozumieć.
Proszę pana, łatwiej byłoby zapytać, na czym ja się nie znam. Wymieniać? Prawo – radzę co, jak i gdzie załatwić. Psychologia – nie wystarczy poklepać kogoś po plecach i powiedzieć: weź się w garść. Majsterkowanie... Pan się dziwi? Co z tego, że jestem kobietą. Moi podopieczni pytają, więc muszę wiedzieć, gdzie kupić kolanko, jak wymienić żarówkę.
Wytrwać to można w nieszczęśliwym małżeństwie. Ja tę pracę lubię. Bo lubię drugiego człowieka. Nie narzucam się mu, ale umiem go słuchać. Mam pod opieką matkę i syna. Wie pan, jak z nimi rozmawiałam na początku? Przez zamknięte drzwi. Potem przez uchylone, w korytarzu, a dziś mogę do nich wejść o każdej porze. To się nazywa zaufanie. Bez niego niczego bym nie wskórała. Podopieczni ośrodka zaczepiają mnie na ulicy, po godzinach, bo moja praca nie kończy się po piętnastej. Ciągle żyję problemami innych. Ale też znam się na ludziach. Można to nazwać intuicją, można doświadczeniem. Każdego mogę rozgryźć.
A propos. Dlaczego pan o to wszystko pyta? Bieda, patologia to nie jest atrakcyjny temat. Chyba, że zdarzy się tragedia. Wtedy wszyscy dopytują: a gdzie był pracownik socjalny?! A ja w tej biedzie jestem na co dzień i muszę z nią się borykać. Proszę to napisać, że pracownik socjalny często jest jedynym człowiekiem, który interesuje się losem tych zagubionych ludzi. To nie jest urzędnicza praca, to jest służba.
Łukasz Opłatek
Portret zbiorowy pracownika socjalnego powstał na podstawie rozmowy z Jolantą Witkowską, Mirosławą Piętką, Ewą Pyszką i Katarzyną Kowalską.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze