Uroczystość wręczenia medali przyznawanych przez Prezydenta RP odbyła się 20 października w Urzędzie Gminy Złotów. Państwo Murzyn w asyście rodziny otrzymali odznaczenia z rąk wójta Piotra Lacha i przewodniczącego Rady Gminy Złotów Sławomira Czyżyka. Jubilaci cieszą się, że zostali w ten sposób uhonorowani, choć Wiktor Murzyn podkreśla, że mimo podniosłości chwili niełatwo było zachować momentami powagę. To za sprawą przewodniczącego rady, którego pamięta z dużo młodszych lat, sporo szczuplejszego, gdy grali razem w piłkę.
Pani Alicja i pan Wiktor wyglądają młodo i trudno ich podejrzewać o półwieczny staż małżeński. Po części wynika to z tego, że ślub wzięli stosunkowo wcześnie. Ona miała 18 lat, on 22. Ich związek zaczął się jednak dwa lata wcześniej. Właściwie można by w ich przypadku mówić o szkolnej miłości, choć w zasadzie gdy pani Alicja zaczynała naukę w łobżenickim ogólniaku, to pan Wiktor był świeżo upieczonym, szczęśliwym posiadaczem świadectwa maturalnego. Poznali się nieco przypadkowo. Młodą dziewczynę z Kunowa na tzw. wieczorek wyciągnęła przyjaciółka z internatu, której bardzo zależało na jednym chłopaku i potrzebowała wsparcia koleżanki. W tym samym budynku, lecz piętro wyżej, na brydża do swojego ojca chrzestnego, dyrektora ogólniaka, przyszedł pan Wiktor. Do gry brakowało jednak czwartego, więc nasz rozmówca udał się poszukać kogoś piętro niżej. Spotkał tam kolegę, ale jego wzrok przykuła pewna nastolatka. Tak się w nią wpatrzył, że znajomy skomentował:
Z tego już będzie na pewno coś i tu jest koniec. Wy będziecie razem
– zawyrokował. Tak też się stało, choć pani Alicja nie od razu zapłonęła gorącym uczuciem do starszego chłopaka. Jak przyznaje, zaczęła się z nim spotykać, aby odczepił się od niej inny absztyfikant.[[pay]]
Miłość rozkwitła z czasem. Oboje niezwykle miło wspominają te początki i szkolne czasy w ogóle. Wskazują, że spośród ich znajomych wiele było par, których szkolna miłość doprowadziła przed ołtarz. Pan Wiktor jest przekonany, że w pewnym sensie jest to zasługa belfrów, którzy wpoili im odpowiednie wartości.
Wydaje mi się, że sporą część z tego przekazaliśmy potem swoim uczniom
– oboje zawodowo poświęcili się nauczycielstwu.
Krótko po szkole od razu zaczęli pracować jako nauczyciele i w 1966 r. przybyli na Złotowszczyznę. Kadrami oświaty w regionie zarządzał wtedy Leon Horst, który rozdzielił młodą parę w ten sposób, że pan Wiktor trafił do Piecewa, a jego dziewczyna do Płytnicy. Mąż żali się, że do swojej wybranki miał przez las około 10 km.
Pierwszy raz wystartowałem pieszo, potem pożyczonym rowerem
– opowiada, jak radził sobie z trudnościami. Po czasie jednak ich zwierzchnik, widząc, jak się męczą, złożył im pewną propozycję. Zwolniło się miejsce wraz z mieszkaniem w Złotowie. Warunkiem było, że młodzi nauczyciele wezmą ślub. Choć więc łączyło ich gorące uczucie, to małżeństwem zostali z bardziej praktycznego powodu.
Podjęliśmy wspólnie tę decyzję i szef oraz nieżyjący już szwagier zawieźli nas na motorach do urzędu w Tarnówce, gdzie wzięliśmy ślub
– to był 21 października 1967 r. W następnym roku, w sierpniu, stanęli przed ołtarzem, aby przypieczętować jeszcze związek przed Bogiem. Wtedy też odbyło się wesele, które wyprawiono w domu panny młodej.
Ucząc w Płytnicy pani Alicja wspomina, że była niewiele starsza od swoich podopiecznych, co wiąże się z anegdotą z ich związku. Szli pewnego razu przez Złotów i z żoną pana Wiktora przywitał się pewien młody mężczyzna, którego pan Wiktor nie kojarzył z grona znajomych. Poczuł ukłucie zazdrości i zaczął się dopytywać, cóż to za jegomość. Trudno było go przekonać, że to tylko jeden z byłych uczniów pani Alicji.
Ze Złotowa w 1971 r. przenieśli się do Nowej Świętej, gdzie mieszkają do dziś. Spodobało się im, gdyż chcieli mieszkać blisko natury.
Jak tu się sprowadziliśmy, to tu był jeden ciągnik i masa pięknych koni, a teraz konika spotkać to niestety
– o tym, jakie zmiany zaszły przez te lata, opowiada pan Wiktor, ale żona dodaje, że las jest nadal i na grzyby można chodzić.
Początkowo szkołę mieli pod bokiem, ale gdy zlikwidowano starsze klasy to mąż musiał dojeżdżać do Świętej, a przez półtora roku nawet do Buntowa, podczas gdy pani Alicja przekwalifikowała się na nauczycielkę wychowania przedszkolnego.
Zakładałam tu 9–godzinne przedszkole, a teraz znów nic nie ma. Dowożą dzieci do Świętej
– wspomina. W międzyczasie miała także epizod jako inspektor oświaty, ale praca za biurkiem jej nie odpowiadała i szybko wróciła do dzieci. Z pracy pozostały im miłe wspomnienia. Dla Wiktora Murzyna, który uczył historii i wuefu, na pewno ważnym momentem było otrzymanie medalu od ministerstwa oświaty i tygodnika „Sportowiec”. Zapadło mu to w pamięć, gdyż o odznaczenie wnioskowali sami uczniowie. Największą satysfakcję dają im jednak uczniowie. Cieszą się, gdy okazuje się, że wyszli na ludzi. Są zresztą czasami zapraszani na zjazdy absolwentów.
Tylko tak dziwnie się patrzy, że tu już siwy ktoś
– pani Alicja nie może pogodzić się, że czas tak szybko płynie.
Zresztą to były inne czasy
– mówi pan Wiktor i oboje przyznają, że choć pod względem infrastruktury daleko im było do dzisiejszego stanu, ale przyszło im uczyć w lepszych czasach.
Z jednej strony jestem szczęśliwa, że już nie pracuję. W nieciekawej sytuacji są teraz nauczyciele
– komentuje pani Alicja. Małżeństwo emerytowanych nauczycieli zwraca uwagę, że autorytet nauczyciela został podkopany, panuje za duże rozluźnienie i podczas gdy wiele mówi się o prawach ucznia, to zapomina się o jego obowiązkach. W obecnej szkole nauczyciele, ich zdaniem, są bezradni.
Uważam, że to jest totalna paranoja. To co się dzieje przez ostatnich kilkanaście lat to jest kompletna destrukcja szkoły, bo jeżeli ten nauczyciel nie może nic zrobić, nie ma żadnego środka represji, rodzice zrzucają na szkołę, szkoła jest bezradna i się dzieje co się dzieje
– mówi rozżalony pan Wiktor. Przy okazji wspomina, że jego ulubionym sposobem na utrzymanie dyscypliny były pompki, którymi „nagradzał” przeszkadzających uczniów. Wracając do byłych uczniów przypominają sobie, że niestety doświadczyli też bardzo przykrych sytuacji, gdy dawnych podopiecznych przyszło im żegnać na cmentarzu.

Medale bez wątpienia się należą – pani Alicji i panu Wiktorowi wręczał je wójt Piotr Lach
Murzynowie idą przez życie razem. Pracowali ze sobą w szkole, ale razem pasjonowali się także sportem. Podczas gdy pan Wiktor był prezesem lokalnej drużyny LZS w piłkę nożną i jako kierownik zespołu tenisa stołowego prowadził Huragan do największych sukcesów, to pani Alicja pod jego okiem całkiem nieźle radziła sobie jako zawodniczka przy ping–pongowym stole. Wspomina m.in. zawody w Wyrzysku, na które pojechała mimo tego, że tuż przed, kręcąc hydroloki, dość mocno poparzyła sobie rękę. W obawie, że z tego względu może zostać niedopuszczona do turnieju, cały czas grała w bluzie zakrywającej poparzenie. Z kolei pan Wiktor z rozbawieniem wspomina drużyny, które przyjeżdżając do Nowej Świętej i wchodząc na obskurną salę z wyższością spoglądały na zawodników Huraganu, a potem wyjeżdżały z podkulonymi ogonami. Szczególnie zapamiętał majora z wojskowej drużyny z Wałcza, który po meczu przyszedł podziękować za udzieloną lekcję. Od początku idą więc przez życie razem.
Oprócz miłości musi być też prawdziwa przyjaźń. Musi być wyrozumiałość. Trzeba umieć wybaczać, bo nie ma tak, że małżeństwo się nigdy nie pokłóci. Nie powinno być cichych dni. Ja akurat jestem taka, że bym zapomniała, że nie mam się odzywać
– tak pytana o receptę na udany związek odpowiada pani Alicja. Mężowi wytyka jedynie, że jest bałaganiarzem, z czym ten natychmiast się zgadza. Wspomina, że chwile kiedy żona musiała wyjechać na kilka dni i musiał ugotować albo zmierzyć się ze stertą naczyń do zmycia były dla niego prawdziwym wyzwaniem. Po latach przyznał jednak, że w takich sytuacjach radził sobie zapraszając do pomocy znajomą. Ta sama bezradność ogarniała go w sprawach papierkowych, a z pracy w szkole wspomina opały, w jakich się znalazł, gdy zgubił przed końcem roku szkolnego dziennik ósmej klasy.
Jeżeli ten dziennik się nie znajdzie są tylko dwie możliwości: albo cię zabiję, albo zgłoszę do kuratorium
– miał wtedy usłyszeć od szefa. Zguba nie chciała się znaleźć: ani w szkole, ani w domu. Dopiero gdy zrezygnowany chwycił za stos atlasów historycznych, które przyniósł z jednej lekcji i zabierał na drugą, przez roztrzęsienie wypadły mu z rąk, a spośród nich poszukiwany dziennik. Tym bardziej jest wdzięczny żonie za wyrozumiałość. Przyrównuje ją do iskiereczki.
Także gdyby to jakoś człowiek miał podsumować, to ja bym powiedział krótko: szkoda, że to tak szybko minęło
– mówi pan Wiktor, a żona dodaje:
Człowiek się postarzał nie wiadomo kiedy.
Na emeryturze pani Alicja chętnie pracuje w ogródku i przyznaje, że paradoksalnie czasami brakuje jej czasu. Jej mąż z kolei wyznaczył sobie za cel powtórne przeczytanie wszystkich książek z bogatej domowej biblioteki. Radości jubilatom dostarczają także dwie wnuczki i jeden prawnuk.[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
witek pamietam jak nas musztrowales na w-f to byly czasy
Do redaktorka Guhsa , dlaczego nie ma w artykule aktualnych zdjęć państwa Murzynów? Co , Smiena ci się zacięła?, jeśli wiesz co to jest amatorze .
witek pamietam jak nas musztrowales na w-f to byly czasy
Do redaktorka Guhsa , dlaczego nie ma w artykule aktualnych zdjęć państwa Murzynów? Co , Smiena ci się zacięła?, jeśli wiesz co to jest amatorze .