Wcześniej było tu chyba z 7 motocykli, mijaliśmy się, lewa w górę i każdy dalej leciał, ale nie wiedziałem, jak oni mieli na imię. Teraz gdziekolwiek zajedziemy jesteśmy rozpoznawalni. Wydaje mi się, że to jest dobry pomysł, żeby razem coś robić.
W krótkim czasie po powstaniu było nas 24-26. Potem przeszliśmy reorganizację. Ludzie przyjeżdżali do nas z Piły, Wałcza, Jastrowia i wydaje mi się, że brak takiego wspólnego miejsca, które by nas łączyło, powodowało to, że część ludzi była tylko z doskoku. Według mnie stowarzyszenie jest nie tylko po to, żeby jeździć, ale żeby działać też w lokalnym środowisku. Aczkolwiek pasja motocyklowa musi w tym być, nie mamy być kołem gospodyń wiejskich.
Reklama
Zawsze spotykaliśmy się u kogoś w domu. Całkiem inaczej się człowiek czuje jak jedzie do klubu, a nie jak do czyjegoś pokoju. Zaczęliśmy więc mocno walczyć o ten budynek. Bardzo wspierał nas burmistrz.
Bo kuzienka ma swój klimat. My ją tak nazywamy, choć właściwie dawniej była tam straż pożarna. Jak się okazało, że możemy to mieć, każdy chodził na rzęsach, żeby się udało, choć mieliśmy wątpliwości, czy podołamy, czy nazbieramy pieniędzy. Ale jeden coś zorganizował taniej, drugi coś znalazł, trzeci z domu przyniósł. W tej chwili dzierżawimy to od gminy, ale w przyszłości chcielibyśmy być jej właścicielami.
Reklama
Jest 14 członków i 4, którzy aspirują do członkostwa, ale stwierdziliśmy, że to nie będzie tak, że od razu przyjmujemy każdego chętnego. Niech najpierw przez pół roku pokaże, co jest wart. Wcześniej było, że jak ktoś chciał, to my od razu go zapisywaliśmy, a potem nie było spójności grupy. Stowarzyszenie działa na określonych zasadach: jest prezes, zastępca, jest skarbnik, są składki i są też pewnego rodzaju obowiązki. Nie ma czegoś takiego, że jak będę chciał to coś zrobię, a jak nie to bujajcie się. Z samej Brzeźnicy jest 5 członków, 6 pochodzi stąd, ale mieszka w Jastrowiu. Pozostali członkowie są z Jastrowia, Wałcza, Szwecji. Nie chcemy, żeby to byli ludzie gdzieś z Piły. Tam też są kluby motocyklowe, chcesz, to zapisz się tam. Jak ktoś się jednak uprze, żeby przyjeżdżać do nas, bo mu się tak podoba, to pewnie byśmy go przyjęli jakby był fajny gość. Swojacy są najlepsi.
Ciężko było przekonać do siebie społeczeństwo wsi. Nagle okazało się, że w centrum miejscowości te łobuzy, które jeżdżą na jednym kole i głośno furczą, zrobiły sobie miejsce i tam się będą spotykać, czyli furczeć jeszcze bardziej. W momencie kiedy burmistrz nam to przekazał było sporo głosów przeciwnych. Warto jednak zauważyć, że kupiliśmy piłki dla dzieci, zrobiliśmy Motomikołajki, uratowaliśmy budynek w centrum wsi i zrobiliśmy tam porządek. To zresztą nie jest miejsce, gdzie można zrobić zlot motocyklowy. Ma służyć głównie jako miejsce spotkań naszej grupy.
Reklama
Złamani konsumenci – 29 marca salę w Domu Polskim wynajęła firma z Poznania. Od kilku lat zajmuje się ona sprzedażą w systemie sprzedaży bezpośredniej...
Każdy ma swój rozum – Bo tak naprawdę wszystko zależy od ludzi. Jedni kupią sprzęt za 7 tys. zł (tak, był on do kupienia, ale następnego dnia, po kontakcie telefonicznym z konsultantem), inni nie. – Jakby ktoś reflektował, to miałby 1000 zł rabatu...
Dzięki burmistrzowi egzystujemy, bo gdyby nas skasował normalnie to by było po nas. Oprócz tego dochodzą koszty prądu i wody, ale jakoś utrzymujemy się na powierzchni.
Reklama
Zostańmy jeszcze chwilę przy kuzience, którą mamy już rok. Drugi rok z rzędu zostały nam umorzone podatki na rzecz gminy. To niebagatelna kwota, przeszło 500 zł. Nasze składki takie nie są, żebyśmy mogli sobie na to pozwolić, a po drugie to nie na tym polega, żebyśmy my zapłacili czynsz, a potem poszli do burmistrza: daj nam pieniądze na cukierki na dzieci, bo my zapłaciliśmy gminie i już nic nie mamy. A tak wydaliśmy tysiąc z czymś na piłki dla szkoły, bo jak zobaczyliśmy, jak przyjeżdża tu uczyć małe dzieci gry w piłkę trener i robi to praktycznie charytatywnie, a grają takimi „szmatławcami”, to padł pomysł, żeby zrobić zbiórkę. Ale skąd pieniądze? Już dwa lata robimy taki zlot motocyklowy w Noc Świętopijańską. Pierwszy był tu na podwórku, drugi był już w Szwecji. Zrobiliśmy wjazdówkę po 10 zł, ale z założeniem, że pieniądze będą przeznaczone na piłki dla dzieci w szkole w Brzeźnicy i tyle ile nazbieramy to drugie tyle honorowo my dorzucamy. To chyba 1200 uzbieraliśmy i naście tych piłek kupiliśmy.
Tradycyjnie co roku spotykamy się pod Dino w Jastrowiu. Ogłaszamy to wcześniej i dołączają do nas także niezrzeszeni motocykliści z okolicy. Ja jadę ruskiem z przyczepką, w której są cukierki i inni, jak to widzą, to idą do sklepu i każdy jeszcze dorzuca torbę cukierków. W zeszłym roku mieliśmy też pół worka, ok. 200 sztuk miśków i zabawek różnych. Wydawało się dużo i myśleliśmy, że pewnie do domu je przywieziemy, ale jak zacząłem rozdawać to w 15 minut worek opustoszał. Uśmiech dzieciaków bezcenny! Tu także pomaga nam burmistrz, bo choć zbyt często nie chcemy do niego chodzić, to zawsze na Motomikołajki zgłaszamy się po jakieś cukierki – też na zasadzie: wy połowę, my drugą, tyle ile wy dacie, tyle my dorzucimy. I fajnie to wychodzi.
Reklama
W zeszłym roku zbieraliśmy tam pieniążki dla chorego chłopaka. Razem z innym klubem motocyklowym kierowanym przez Pawła Marciniaka, który nas o to poprosił. Trochę nam to nie pasowało, bo akurat w ten dzień mieliśmy być w Krajence u Płonących na zlocie. Taka impreza jest raz do roku, ale mimo wszystko 14 chłopa przyjechało do Jastrowia zamiast się pobawić. Motocykle chodziły cały dzień i my sami uzbieraliśmy prawie 4 tys. złotych, w Jastrowiu! A do Płonących i tak pojechaliśmy pod wieczór.
Zawsze dać coś komuś to jest o niebo lepiej niż wziąć albo po prostu przejść obok. Poza tym bawimy się razem grupą, to jest takie kleiszcze. Nie tylko jechać razem nad morze, ale wspólnie coś zrobić dla kogoś. Aczkolwiek nad morze też się udało w zeszłym roku grupą pojechać. Trzeba coś wspólnie robić, jeśli mamy być razem.
Reklama
To nie jest koło gospodyń wiejskich, że my cały czas będziemy robić coś w kuzience albo dla społeczności. To ma być w trakcie. My musimy też pamiętać o tym, że jesteśmy klubem motocyklowym, który swoją działalność opiera na jeżdżeniu, spotykaniu się i naprawianiu motocykli, grzebaniu przy nich. Właśnie dlatego nawet zimową porą kuzienka była otwarta co drugi piątek. Chcesz sobie pogadać z kumplem to wiesz, że on tam będzie, bo jest piątek. Niedawno miałem taką sytuację, że przyjechał kolega, który jeździ 125-tką i twierdził, że to mu wystarczy, mu się nigdzie nie spieszy, więc co za różnica. To ubieraj kurtkę i przejedź się moim motocyklem. Wrócił i od razu: Nie, no muszę iść na prawo jazdy. Po to też są nasze spotkania. Staramy się oczywiście też jeździć wspólnie, żeby razem to przeżywać, ale często się nie da. Dalsze wyjazdy wymagają czasu i pieniędzy i trudno się wtedy zgrać.
Największy wyczyn to na raz 17 tys. kilometrów przez 20-parę krajów. Najbardziej podobała nam się Rumunia. Kraj bardzo ładny i przyjazny dla motocyklistów. Nawet jak na Węgrzech dwa lata temu mijaliśmy uciekinierów z Afryki to nie czuliśmy się niebezpiecznie. Fakt, że bałbym się rozbić namiot na poboczu, ale jak tak przejeżdżaliśmy to z żadnymi zaczepkami się nie spotkaliśmy.
Reklama
Zakup motocykla jest ciężkim do przebolenia tematem, a samo jeżdżenie... sześć litrów pali motocykl średnio, taki większy. Ja rzuciłem fajki. Jak chcesz to możesz. Poza tym to nie jest hobby tylko pasja. Poziom wyżej.
Takim pierwszym etapem, początkiem, jest mieć motocykl. Samą frajdą jest jeżdżenie, obojętnie gdzie, nawet 10 razy w roku nad morze. Potem to jednak zaczyna dojrzewać i nie stanowi dla ciebie żadnej fantazji pojechać 10 razy na frytki do Kołobrzegu, bo kilometry są te same jakby pojechać do Rumuni. A już trzecim etapem jest jechanie na dziko w świat. Nie wiesz, gdzie będziesz spać, gdzie dojedziesz. Czwartym etapem jest jak wsiadasz sam i jedziesz już w ogóle na dziko. Przykładowo mam plan jechać na Nordcap samemu. Bez żadnych pomocy jak telefon do żony czy przyjaciela. Bez terminu, tylko z celem.
Reklama

Motomikołajki pokazują, że renifery nie są niezastąpione w dostarczaniu dzieciom prezentów i radości
Jak mieliśmy po 20 lat to jeździliśmy WSK. To był nasz jedyny środek transportu przez pierwsze trzy lata jak sprowadziliśmy się do Brzeźnicy. Pamiętam, że jak jechaliśmy do Piły to w Starej Łubiance złapaliśmy kapcia. Staliśmy na poboczu, ja rozbierałem koło, bo w PGRze chciałem je zakleić i nagle słyszymy warkot jakichś silników. Przejechała grupa Niemców na harleyach. Ania tak tylko popatrzyła na naszą WSK i na nich - świecące, wychromowane motocykle, każdy kierowca poubierany w skóry. Spojrzałem wtedy na małżonkę i powiedziałem, że kiedyś będziemy takim jeździć. Potem jednak praca, dom i gdzieś to zniknęło. Pewnego jednak razu zajechał do nas kolega z wioski na podwórko taką wiraszką 535, mały to motocykl, ale już taki chopper i te wspomnienia wróciły. Być może jest to zrządzenie losu. Kto wie?
Reklama
Jak jedziemy dwoma motocyklami to równie dobrze moglibyśmy pojechać beemką, bo koszt jazdy dwoma motocyklami jest droższy niż jednym samochodem, ale to już nie jest to. Wrażeń jest dużo, tego nie spotkasz jak jesteś samochodziarzem. Są jednak takie momenty, że jak wracamy z dłuższej trasy motocyklowej i wsiadamy w nasze auto to doceniamy jego wygodę. W klubie motocyklowym jak np. jedziemy nad morze, a ktoś się zgłosi, że on pojedzie samochodem to się bardzo cieszymy. Taki techniczny jest bardzo potrzebny, wszystkie klamoty tam się powrzuca i on jedzie taki juczny koń, a my na luzaku, tylko w kurteczkach sobie lecimy. Dlatego mówimy, że oprócz właścicieli motocykli zrzeszamy też miłośników aut z tego względu, że a nóż widelec będzie chciał autem pojechać. (Śmiech)
To nie ważne, czy jeździsz harleyem, czy WSK. Masz jeździć. Jak ty to czujesz, potrafisz ten motocykl rozebrać i złożyć, to ty jesteś motocyklista. A ten co kupił dużą maszynę i wziął tylko szmatę i ją przeczyścił to mu jeszcze daleko. Wcześniej czy później to sprzeda albo gdzieś schowa.
Reklama
W profesjonalnym motocyklizmie jest coś takiego, że jak zobaczy się motocyklistę na poboczu to się zatrzymuje albo nawet zawraca, żeby pomóc. Np. żona miała taki przypadek, że na S-ce pod Gdańskiem stała na poboczu z motocyklem i facet, który jechał na przeciwnym pasie ją zauważył i jechał kilka kilometrów do przodu, żeby tam zawrócić i zapytać, czy jakoś pomóc. Choć jechał autem to oczywiście okazał się motocyklistą.
Jak jechaliśmy do Rzymu na zlot, to w pierwszym dniu naszej wycieczki w Niemczech wyrwało mi świecę z cylindra. Byliśmy w małej miejscowości na parkingu. Totalnie koniec jazdy, trzeba się poddać. Okazało się, że w pobliżu jest motocyklowa knajpa. Tam spytaliśmy barmana, czy wynajmie nam pokój, bo motocykl się nam popsuł. Powiedział, że to jest niemożliwe, że nam nie wynajmą, ale przenocują za darmo. Przyjechało tego wieczoru do knajpy parędziesiąt motocyklistów, naprawili nam usterkę i pojechaliśmy do Rzymu, choć odradzali tak długą trasę. Jeśli chodzi o noclegi to teraz jest też taka fajna akcja na facebooku, gdzie motocykliści się zrzeszają i udostępniają sobie miejsca noclegowe. W całej Europie jest mapa i każdy zobowiązał się, że udostępni trawnik czy wolny pokój. Jakbyś zobaczył tę mapę to tego jest mnóstwo. To są Polacy sami, a miejsca są wszędzie i nikt za to nie bierze pieniędzy. My też się tam wpisaliśmy.
Motocyklem nie zapieprzasz. To tylko tak się mówi. Tymi motocyklami się jeździ 100, 120 to jak już nie ma nic do oglądania. A tak normalnie to się turla. Wręcz nie lubimy autostrad i wybieramy boczne dróżki, gdzie zawsze można spotkać coś ciekawego, zatrzymać się, pooglądać.
Sami sobie są motocykliści winni. Naprawdę tymi ścigaczami fajne chłopaki jeżdżą, ale jak taki mnie wyprzedzał to tylko świst. Ludzie mówią, że to są szaleńcy i mają rację. Miałem teraz nieprzyjemne zdarzenie jak wracałem z Warszawy. Pierwszego, który wyprzedzał mnie z lewej, nie zauważyłem, bo mi tylko śmignął, a jechałem chyba ze 140. Jak chciałem lekko na prawo odbić, to tam drugi mnie wyprzedza i szesnastu nagle. To złapałem linię i ani w prawo, ani w lewo, żeby się nie zabili. To jest chamstwo, my prosimy przecież samochodziarzy tymi wszystkimi naklejkami, żeby patrzyli w lusterka, ale sami nie potrafimy się zachować. Robią to jednak z reguły młodzi motocykliści, którzy nie mają jeszcze doświadczenia, a takie osoby zdarzają się przecież także za kierownicą samochodu.
Planujemy oficjalne otwarcie Kuźni. Mamy na pewno trzecią Noc Świętopijańską, podczas której pewnie znowu będziemy na coś zbierać dla dzieci ze szkoły. Może jakieś odblaski, żeby były dobrze widoczne na drodze? Mamy zagwarantowaną w Jastrowiu obecność na Pikniku Militarnym. Wiadomo, że Motomikołajki też się odbędą, bo to już stały punkt. Pewnie jakiś wspólny wyjazd. To są takie żelazne punkty, które muszą być.
Czuję, że wcześniej czy później wieś zaakceptuje stowarzyszenie. Na pewno nie będzie to w tym roku, ale myślę, że za dwa-trzy lata do tego dojdzie. Młodziaki, które jeżdżą na komarkach też mają wolny wstęp na nasze spotkania, na których coś tam naprawiamy i grzebiemy przy motocyklach. Czasami im tam pomożemy coś naprawić. Widać, że interesują ich nasze motocykle, więc kto wie, może się tym zarażą.
Rozmawiał Tomasz Guhs[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze