Reklama

Motomaniak

02/09/2014 00:00
40-letni ford niegrzecznie pomrukuje V6-tką pod bramą garażu. Tuż obok równie leciwy trabant, który z seryjnym modelem nie ma wiele wspólnego, czeka na nowe sprzęgło. Nie ma wątpliwości - Piotr Kobyłka kocha swoje samochody

Ponad dwustukonny silnik, chromowane felgi, chromowany wydech, poszerzone błotniki, lśniący lakier, a w środku skórzana, pikowana tapicerka robiona na zamówienie i sprytnie ukryte, ale donośne car audio. Nie jedno nowe auto może pozazdrościć takiej listy wyposażenia. Jednak 40-letni taunus nie zawsze miał tak dobrze. Można nawet powiedzieć, że Piotr tchnął w niego nowego ducha. - Forda kupiłem jakieś trzy lata temu, za nieco ponad dwa tysiące złotych. Stał w stodole pod Koszalinem. Prezentował się tragicznie, sama rdza. Tył wyglądał jakby odgryzł mu go rekin. Ogólnie można powiedzieć, że trzymał się na lakierze. Ale szukałem tego modelu, bo zawsze mi się podobał – mówi Piotrek.

Odziedziczone w genach

Większość prac przy aucie wykonuje samodzielnie. Mechaniki już od najmłodszych lat uczył się, podpatrując tatę Bronisława. - Tata ma firmę transportową. Jako cztero- czy pięcioletni chłopak często jeździłem z nim w trasę. A wiadomo jak to w latach osiemdziesiątych było. Jeździło się starem, później jelczem. Te ciężarówki ciągle się psuły i trzeba je było naprawiać gdzieś w Polsce. Wszystko samemu. Jak miałem sześć lat znałem już wszystkie klucze i wiedziałem, który do czego podać – śmieje się Piotr. Kolejne szlify zdobywał na swoim pierwszym samochodzie, seledynowym maluchu rocznik 1988. W rok zajechał w nim dziesięć silników. Po pierwszym maluchu był następny z rocznika 1994 - czerwony, a więc najszybszy. Posiadał też wyposażenie, o którym nie pomyślała nawet fabryka: elektrycznie otwierane szyby, centralny zamek, drzwi i klapę bagażnika otwierane z pilota. Kolejne auta to już powiew zagranicznej techniki: ople, skody oraz audi. Wszystkie spotkały mniejsze lub większe przeróbki. Ich moce sięgały nawet ponad 400 KM.

[[reklama]]

Ford sporo wart

Wisienką na torcie jest jednak ford, w którego młody mieszkaniec Krajenki „zainwestował” już równowartość kwoty potrzebnej do zakupu nowego auta co najmniej klasy średniej. - Wszystko zostało zrobione właściwie od zera. Błotniki dorabiałem samodzielnie, bo do takich samochodów nie kupi się już części w sklepie. Całe nadwozie trzeba było oczyścić, wyspawać na nowo, zabezpieczyć, a później polakierować. W sumie już dwa razy, bo wcześniej taunus był biały – mówi Piotr. Zmian doczekała się też jednostka napędowa i układ przeniesienia napędu. Pod maską drzemie więc V6-tka o pojemności 2,9l, produkcji coswortha, brytyjskiego speca od niegrzecznych i szybkich aut (np. rajdowy ford escort RS cosworth). Obecnie dysponuje mocą 210 koni. Przy masie niespełna 1200 kg daje to spektakularne osiągi. Ta moc i moment obrotowy powodowały regularne uszkadzanie tylnego mostu. Po dokładnym prześledzeniu internetu Piotr wiedział już, jak sobie z tym poradzić. Kilka dni później na warsztacie leżała skrzynia biegów i dyfer od mustanga z lat 70-tych. – Okazało się, że taunus mk70 to tak naprawdę nieco zmniejszony mustang. Wszystko pasowało bez przeróbek, no i teraz nic się nie urywa – śmieje się nasz rozmówca. Postanowił sobie też podnieść komfort jazdy. Oprócz zapachu skóry unoszącej się w kabinie, Piotr gwarantuje, że kropla potu nie pojawi się na czole pasażerów. Wszystko za sprawą samodzielnie zbudowanego układu klimatyzacji. - Da się tak zrobić w każdym aucie, tylko trzeba wiedzieć, jak. Pozbierać odpowiednie części i złożyć w całość – Piotr mówi o tym w taki sposób, jakby miało to zająć piętnaście minut. Aż tak dobrze nie było.

Zostanie ze mną na zawsze


Prace przy taunusie ciągle trwają, pewnie nigdy się nie zakończą, ale pasjonat nie zamierza się rozstawać z tym autem. - Jeżdżę nim dla frajdy i nigdy go nie sprzedam. Zabieram rodzinę i ruszamy np. nad morze, jest już tak zrobiony, że gwarantuje nawet daleką, bezawaryjną podróż, choć kiedyś było inaczej. Ludzie rewelacyjnie na niego reagują. Uśmiechają się, pokazują „OK”, przepuszczają na drodze. Cieszą się. Mój syn też go kocha– wylicza Piotr.

Kolejny projekt to trabant kupiony z sentymentu do auta dziadka naszego rozmówcy, pana Stanisława. - Trabi nadwoziowo jest właściwie gotowy, ale czeka mnie jeszcze sporo dłubania przy zawieszeniu i silniku – stwierdza. Czy będą jeszcze inne auta? Piotrek uśmiecha się tajemniczo. Jego wzrok mówi sam za siebie, po czym dodaje. - Często siadam przed komputerem, śledzę portale aukcyjne i na razie dobieram części do tych aut, które mam, ale jak wpadnie mi w oko coś fajnego, to kto wie, kto wie... Ale mówiąc już tak zupełnie poważnie i szczerze, to zdarza się, że brakuje mi już czasem cierpliwości. To czasochłonne i drogie hobby. Nowe auta naprawia się też łatwiej, jednak jak tu zagra silnik, poczuje się tę niczym nie okiełznaną moc, to takie myśli przechodzą. Chce się po prostu jechać przed siebie...

Sz. Chwaliszewski

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama