Gosia: Pani, która na Akropolu zobaczyła mnie w tych skórzanych ubraniach, zapytała: „Ty dziewczynko przyjechałaś tutaj w tym?!” Tak, no i szukam kasy. „To powiedz w kasie, że wchodzisz za darmo”.

Ateny 2012
Marcin: Ateny są przedsionkiem arabskiego stylu jazdy. Tam jest taki młyn, że ja starałem się jechać prosto i nie robić żadnych gwałtownych ruchów. A wokół nas jak osy śmigały skutery bez lusterek, porysowane samochody... Gdy pojawiła się policja, myślałem, że się trochę uspokoi. Gdzie tam! Ona to się wpychała. My nie jesteśmy przyzwyczajeni do takiego chaosu. Żeby zmienić pas trzeba chyba stanąć, wystawić trójkąt i przestawić motocykl.

Jaskółcze Gniazdo, Krym 2010
Marcin: Jechaliśmy około 80 km/h, gdy jakiś samochód otarł się o nasz kufer. Z auta wyszło czterech „karków” i pokazywało nam pod listwą, na wysokości 20 cm od ziemi zadrapania, jakby ktoś cegłówką szorował po drzwiach. Tłumaczyłem po polsku, że mam plastikowy kufer, który jest wyżej i nie jest obtarty. Chcieli zarobić.
Gosia: Podniosłam szybkę i z największym przerażeniem powiedziałam: to nie my, że jesteśmy na wakacjach... Odpuścili, życząc nam miłych wakacji, bo Krym jest taki piękny...
Marcin: W Odessie na plaży spytałem strażnika miejskiego, czy możemy tu postawić motocykl. Wyjął kajecik, sprawdził, że zakazu nie ma, więc można.

Korsyka 2014
Gosia: Korsyka ma najpiękniejsze plaże, jakie widziałam.
Marcin: Na południu Włoch jest dużo emigrantów i ogromny problem ze złodziejstwem. Byliśmy w pizzerii. Właściciel sklepu z przeciwka spytał: „To twój motocykl? Zostawiłeś tam kask i rękawiczki. Ty eat and look. Eat and look. To nie jest Polska i tutaj kradną...”
Gosia: Nocowaliśmy w kamperze. Pan chciał 30 euro za noc, ale że była godzina 24 i cały czas lał deszcz, to dałam 20...
Marcin: I wtedy zaczął się horror. Było duszno, całą noc padał deszcz i wszystkie komary nocowały z nami. Zamknęliśmy, co się dało, a one mimo to tak nas żarły, że czułem się, jakbym krew oddawał.
Gosia: Pierwsza wycieczka była kompletnie nieprzygotowana. Po prostu chcieliśmy pojechać tam, gdzie Marcin był wcześniej. Na trasie spotkaliśmy pięciu motocyklistów, Polaków.
Marcin: Ksiądz na czoperze to jest niecodzienny widok...
Gosia: I codziennie mieliśmy mszę świętą. Raz w stepie nasza yamaha była ołtarzem.
Marcin: Na Ukrainie zatrzymali nas motocykliści i zaprosili na zlot. Co tam się działo! Podpalali sobie kaski w barze, sala była pełna piany... Mi alkohol nie jest obcy, ale gdy oni pili i walili pięściami w stół, aż podskakiwały szklanki, to ja się tam czułem jak laik.
Ładowność motocykla to około 190 kg. Trzeba więc oszczędzać miejsce i masę. Gosia: Na pierwszą wycieczkę zabrałam komplet wszystkiego na dwa tygodnie. I później to wyrzucałam. Teraz mieszczę się w mały kuferek i jeszcze Marcin prosi, bym mu coś spakowała, bo u siebie ma wszystko pozwijane.
Marcin: Możemy zrezygnować z kolejnej pary skarpet, ale warcaby muszą być.
Dobrze, że jeździmy w kurtkach. Dzięki temu wiem, że jak ja już nie daję rady, to motocykl też, a jest chłodzony powietrzem.
Gosia: W trakcie naszych podróży, a byliśmy w prawie 40 krajach, raz zdjęłam kurtkę. W Chorwacji był taki upał, że nie dałam rady.
Świat poznaje się też przez jedzenie.
Marcin: W Albanii poczęstowali nas siekanym baranem wymieszanym z odyńcem i knurem. Capiło to strasznie. On był naprawdę siekany, bo były w nim opiłki kości.
Gosia: Nie chciałem im robić przykrości, więc zawijałam tę baraninę w serwetki i wyrzucałam.

Norwegia 2015
Marcin: Pojechaliśmy za koło podbiegunowe. Padał deszcz, śnieg, biegały renifery, a krajobraz był księżycowy. Nordkapp był wyzwaniem pod względem temperatury.
Gosia: W podróży każdą sytuację trzeba przyjąć i przetrwać. Jednego wieczoru spaliśmy przy drodze i poznaliśmy tam Polaków. Siedziałyśmy potem z nowo poznaną Julią i mówiłyśmy, że trochę zimno. A ona: „Gosia, zza tamtej skały zaraz wyjdzie słońce i trochę nas ogrzeje”. Patrzę na zegarek: 24, a my czekamy na słońce...
Marcin: Wracaliśmy przez Laponię. Odludzie, przepiękne widoki, renifery i 1,3 człowieka na kilometr kwadratowy...
Gosia: Szkoda, że Finlandia to kraj komarów. Kask ściągałam tam tylko do obiadu.

Paryż - wyprawa Maroko 2013
Marcin: W podróży najważniejsze jest to, że jesteśmy razem w miejscu, w którym dotąd nie byliśmy.
Gosia: Jedziemy w nieznane i poznajemy swoje możliwości. Jesteśmy zdani na siebie, ludzi, których spotykamy i trochę na szczęście. Gdybym nie była z Marcinem, to nie byłabym w tylu miejscach. Z kimś innym bym nie jeździła, a on wyznaje zasadę, że ruszamy tam, gdzie możemy dotrzeć na własnych kołach.
Marcin: Nie wiem, czy dałbym radę jeździć samochodem. Jak Gosia ma kask i ja mam kask, to nie muszę słuchać tego wszystkiego co mówi... Podróż jest dzięki temu dla mnie lżejsza:)
Gosia: (śmiech) A ja w kasku śpiewam. Wszystkie piosenki, jakie znam. A że Marcin nie słyszy, to zdzieram gardło ile mogę. No i robię zdjęcia. Często są na nich barierki, ale potem je wycinam...

Włochy 2013 - wymiana opony - wyprawa do Maroko
Podczas wyprawy trzeba być gotowym na wszystko. W górach Rumunii pękła linka sprzęgła, ale była to jedyna zapasowa rzecz, jaką zabrali.
Marcin: Przejechanie Alp zajmuje dużo czasu, a dla motocykla to duże wyzwanie. Tam na znakach pokazują, by wbić najniższy bieg i, hamując silnikiem, zjeżdżać z góry. Gdyby ktoś wciskał hamulec, to spaliłby klocki. Najwyższy podjazd ze zjazdem miał 24%, czyli 24 metry w górę na sto metrów drogi. Opony w Alpach nikną.
We Włoszech zmieniliśmy oponę za 100 euro. Mamy nietypowy rozmiar opony – 18 cali. Przeszukiwali wszystkie hurtownie, by ją zdobyć.
Gosia: Ściągnęli ją z Turynu, ostatnią z magazynu.
Marcin: We Włoszech nie zakłada się starych opon, tylko nowe – dobre podejście. Nie sprawdzałem jej, a okazało się, że wyprodukowano ją w 1993 roku i po chwili zaczęła się rozpadać. W Portugalii na oponie było 38 pęknięć.
Gosia: Mówiłam do Marcina: jedziemy maksymalnie 100 km/h, bo jak pęknie, to może przeżyjemy. A wróciliśmy na tej oponie do domu, jeszcze w gratisie od tych Włochów dostaliśmy klocki hamulcowe.
Podróż uczy nie tylko miejsc, ale i ludzi.
Marcin: Jadąc do Grecji przejechaliśmy przez 17 krajów.
Gosia: A w Słowenii nauczyłam się, by nie oceniać ludzi po wyglądzie. Byliśmy w parku narodowym. Nie było gdzie rozbić namiotu, bo wszystko prywatne i na pewno przyjedzie policja. Marcin wysłał mnie do pana stojącego obok domku. Był w samych majtkach, obok pasły się kozy. „Marcin, czy on wygląda na człowieka, z którym ja się dogadam po angielsku?” Okazało się, że pan mówi po angielsku, włosku, francusku, niemiecku... Wymienił z osiem języków. Był w Polsce, zna Małysza, bo jest skoczkiem narciarskim i skakał razem z Morgensternem. Teraz pracuje na wieży kontroli lotów. Poczęstował nas własnoręcznie przygotowanymi alkoholami, udostępnił nam plac pod namiot i domek.
Podczas wyprawy do Maroka przejechali 10.003 km. Przyjechali tam w nocy.
Gosia: Znaleźliśmy motel, ale że nie było tam właściwie parkingu, to właściciel zaproponował, żeby Marcin wjechał do restauracji.
Marcin: Postawiłem motocykl przy barze, ludzie wkoło tańczyli, pili i nie było problemu.
Gosia: Gorzej było, gdy na rondzie przewróciliśmy się na plamie oleju. Nikt się nie ruszył, żeby nam pomóc. Na południu Maroka ludzie podobno są bardziej serdeczni, a tam, na północy, patrzyli na nas jak na euro. Chyba byli zawiedzeni, że nic nam się nie stało...
Marcin: Pan na skuterze zaprowadził nas do Medyny. Na parkingu kazał zostawić kaski, portfele, dokumenty, wszystko w takiej budce metr na dwa. „Tam siedzi strażnik, który wam tego przypilnuje”. Zostawiliśmy wszystko oprócz tego, co wymieniał i poszliśmy zwiedzać.
Gosia: Zaprowadził nas do podstawionego sklepu z dywanami. „Specjalnie dla was przyjechali z dalekiego Wschodu...”.
Marcin: A to było muzeum z dwudziestoletnim kurzem. I zaczęło się przedstawienie.
Rozkładał dywany, a jak nam się spodoba, to mieliśmy krzyknąć łaha i ustalać cenę. Ułożył ładną stertę, a my nic. Tłumaczyliśmy, że jesteśmy motocyklem i nie mamy miejsca. A on: „like a sandwich” i złożył ten duży dywan w kosteczkę. Nie mamy pieniędzy, a on, że przyjmuje weksle, czeki... Robił się coraz bardziej agresywny. „Co to jest dla was 80 euro?” Nie mamy tyle. „To 10”...
Gosia: Doczytałam przed wyjazdem, że trzeba położyć rękę na sercu i wyrazić skruchę. Odpuścili nam, ale potem przewodnik skasował nas odpowiednio w restauracji.
Gosia: To była nasza najpiękniejsza podróż. W kwietniu tego roku pojechaliśmy motocyklem do kościoła na nasz ślub.
Marcin: Kupiłem go na złomie i szykowałem kilka miesięcy. Miał być z koszem, ale że nie zdążyłem, to pojechaliśmy „solówką”.
Gosia: W białej sukni z kołem zapakowałam się na motocykl, na co moja mama nawet nie chciała patrzeć. Za nami jechały inne motocykle, a nawet wóz strażacki...
Ze spotkania z Gosią i Marcinem można wyciągnąć wiele wniosków dotyczących ludzi i tego, co nas otacza. Najważniejszy jest chyba jednak ten, że cały świat można zamknąć w jednym sercu – ukochanej osoby.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze