- Ich świat nie ma przede mną tajemnic, nawet im śpiewam – mówi Krzysztof Łatko ze złotowskiego oddziału Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Roślin i Nasiennictwa w Poznaniu, który od lat zwalcza te gryzonie
Kwiecień to czas obowiązkowej deratyzacji w mieście. Rzeczywiście jest potrzeba wysypywania trutek wszędzie, gdzie możliwe?
W tej chwili w Europie jest tzw. integracyjne podejście do użycia chemii. Najpierw używa się różnych sposobów mechanicznych zwalczania gryzoni, a dopiero po tym chemii. Nie jestem zwolennikiem wysypywania trutek wszędzie. Trzeba tak to robić, żeby nie szkodzić innym zwierzętom. Szczególnie w Złotowie nie ma potrzeby, żeby wszyscy na gwałt wysypywali trutki, bo nasze miasto w wielu miejscach jest czyste. Takie wykładanie zazwyczaj kończy się tym, że trucizna zakurzona leży latami bądź zjada ją inne zwierzę. Oczywiście większego zwierzęcia od razu to nie zabije, bo trucizna jest dawkowana na kilogram masy ciała.

Kiedyś był większy problem z niepotrzebnym, zbędnym wysypywaniem trutek. Uważam, że od pewnego czasu jest to w Złotowie robione z głową, rozsądnie. Dobrze, że jest nakaz deratyzacyjny, bo niektórzy to bagatelizują. Ale są w zdecydowanej mniejszości. Większość tych, którzy powinni o to dbać, głównie w branży spożywczej, gastronomii czy w hotelarstwie, ale również w firmach, zakładach, także w spółdzielniach, stara się na bieżąco mieć to pod kontrolą.
Ludzie z branży deratyzacyjnej (DDD) regularnie, niekiedy nawet dwa razy w miesiącu, kontrolują takie miejsca. Kwietniowy termin dotyczy głównie takich miejsc, gdzie tych stałych kontroli nie ma. W blokach nie ma powodów, żeby robić je co miesiąc i dlatego jest to czynione sezonowo. Choć u nas wszystkie spółdzielnie właściwie zaraz dzwonią i informują, gdy pojawiają się gryzonie. I to nawet nie chodzi o same bloki, ale np. o to, że ktoś zauważy szczura gdzieś na placu. Dla osób z branży deratyzacyjnej to informacja, że jeśli jest pierwszy gryzoń, trzeba zrobić rekonesans w danym terenie, bo mogą być kolejne.
Od lat doradza Pan ludziom w zakresie pozbywania się gryzoni. Zna Pan pod tym względem specyfikę miasta?
Z mojego doradztwa i pomocy korzysta miasto, spółdzielnie mieszkaniowe, ale też firmy. Wiem mniej więcej, gdzie i jak się poruszać. Pod kątem deratyzacyjnym znam miasto od podszewki.
Chyba nie ma w mieście osoby, która miałaby w tym zakresie taką wiedzę?
W Złotowie nie. Znam stałe siedziby bytowania gryzoni, wiem, gdzie gniazdują. Generalnie w naszym mieście nie ma ich dużo, nie ma związanego z nimi zagrożenia. Są jednak intensywniejsze miejsca. Najczęściej przy ulicy Moniuszki, ale też przy Krzywoustego i na Słowackiego. Prawdopodobnie dlatego, że przed laty, przy remontach, zrobiono tam podstawowy błąd. Były tam stare kotłownie, po których pozostawiono rury ciepłownicze w ziemi. Tam jest cały czas ruch, to swoista autostrada szczurów. Podobnie w niektórych blokach pozostawiano sieć rur po dawnych pralniach i suszarniach, jakie były w piwnicach. Kiedyś, gdy płynęła tam woda, gryzonie były topione. Teraz to suche rury, które dały im schronienie i obszary lęgowe.
Obecnie zagrożenia w Złotowie nie ma, a jak było kiedyś?
Były momenty o dużym nasileniu, ale raczej miejscowym, nie w całym Złotowie czy nawet w większej ilości miejsc. Obecnie takiego nasilenia nie można stwierdzić, ale są stałe punkty, gdzie można wypatrzeć szczury. Mieszkańcy, osoby ze spółdzielni czy urzędnicy sami zgłaszają takie problemy, dzwonią z informacją, że widzieli osobnika, wtedy działające w tym zakresie firmy jadą na oględziny miejsc i zazwyczaj coś znajdują. Wtedy wiadomo już, gdzie szukać.
Ponoć ma Pan mapę, na której są zaznaczone takie miejsca?
Tak. Nanoszę na nią te punkty, ale tak naprawdę mam to już również w głowie. Pamiętam, jakie miejsca lubią gryzonie, którędy najczęściej wychodzą. Niektóre miejsca szczególnie lubią. Nawet jeśli czują w jakimś zagrożenie i znikają na pewien czas, niekiedy na rok, czasami na trzy–cztery lata, później wracają.
Jak trudno poradzić sobie ze szczurami?
Bardzo szybko wyczuwają człowieka i jego intencje. Gdy tylko wejdzie się do pomieszczenia i zobaczą osobę, która przyjechała w celu ich likwidacji, czują to. Tak samo czują, jeśli to tylko oględziny i nic im nie grozi. Gdy to są oględziny, są spokojne, chodzą wokół, nawet podchodzą, dość blisko, potrafią usiąść i wpatrywać się w oczy. Gdy czują, że człowiek jest spokojny, też są spokojne. Głos jest bardzo istotny. Wyczuwają tonację, dlatego warto być spokojnym, bez emocji, wskazane jest nawet do nich śpiewać. Lubią, jak się z nimi komunikuje. Trzeba myśleć jak one. Kiedy wyczują zdenerwowanie, adrenalinę, że coś będzie się działo, natychmiast jest popłoch.
Czego nie należy z nimi robić?
Nie tylko gryzoni, ale w ogóle zwierząt, nawet najmniejszych, nie można zapędzać w róg, nie dając im „możliwości ucieczki”. Należy oddzielić odcinek, żeby myślały, że mogą uciec. Oczywiście tą drogą, którą samemu się planuje. Jeśli się tego nie zrobi, w agresji, zwłaszcza, gdy jest kilka szczurów, mogą zaatakować.
Skąd Pana wiedza?
Z obcowania z nimi. Jestem samoukiem. Mam też jednak kilka kierunków wykształcenia, m.in. w zakresie zoologii. Z wieloma sytuacjami mam też do czynienia pracując w inspekcji ochrony roślin. W zakres moich obowiązków wchodzi tam m.in. zwalczanie każdego rodzaju patogenów, również poprzez zagrożenie ze strony gryzoni. Zajmują się tym oczywiście specjalistyczne firmy, które korzystają z naszego doradztwa w zakresie tego, jakimi zwalczać je środkami. WIORiN* współpracuje z wieloma podmiotami.
Czuje Pan strach przed szczurami, obrzydzenie do nich – to, co zdecydowana większość ludzi?
Pewien lęk zawsze jest. Trzeba jednak nad nim panować, bo zwierzę szybko go wyczuwa. Zwłaszcza, jak jest dużo gryzoni. Przy dużej ilości człowiek może nie mieć szans. Zazwyczaj nie atakują, ale sytuacje mogą być różne, bo zachowania poszczególnych szczurów mogą być w stadzie odmienne. To dotyczy zresztą nie tylko gryzoni. Szczury raczej nie zagryzą, powinno dać się uciec, ale mogą przenieść choroby.
Nigdy żaden Pana nie ugryzł?
I nigdy żaden nie zaatakował. Kiedyś na Moniuszki poprosił mnie o pomoc pewien starszy pan, który miał szczura i nie mógł z nim sobie poradzić. Na czwartym piętrze, do mieszkania, dostał się przez toaletę. Zazwyczaj wchodzą do mieszkań przez ubikacje najczęściej na parterze bądź na najwyższym piętrze. Niemal nigdy nie na pośrednich piętrach. Do góry idą szczególnie młode, głupie, które penetrują teren.
Szukaliśmy go dwa dni. Schował się pod zaokrąglonym narożnikiem żeliwnej wanny. Wszedł w róg od strony ściany, gdzie nie było dojścia. Przez dwa dni nie było żadnego ruchu, żadnych odgłosów. Musiał zgłodnieć i wyszedł. Był tak przestraszony, robił tak szybkie, gwałtowne ruchy, że nawet nie byliśmy w stanie ich zauważyć. Szczur potrafi być tak niebywale szybki, że moment mrugnięcia oczyma może wystarczyć do tego, żeby stracić go z pola widzenia. Nie tylko nie będzie go już w tym miejscu, ale w ogóle będzie w innym pomieszczeniu. Po specjalnych kurtynach lepowych potrafią przebiec jak kaczka po wodzie, zupełnie się nie przylepiając.
W pewnym momencie ten szczur nie wiedział, gdzie się schować. W ułamku sekundy zniknął nam z pola widzenia. Dopiero po chwili zorientowałem się, że wszedł mi w nogawkę. Miałem spodnie szerokie od dołu, które się zwężały, więc doszedł tylko do wysokości kolana. Czułem tylko tyle, że jest w jego zgięciu. Machnąłem nogą, żeby go strącić, aby wypadł. Jednocześnie go zdeptałem. Nie było to zamierzone, zupełnie przypadkiem tak go strąciłem, że sekundę po tym postawiłem na niego nogę. Nie chciałem, tak się zdarzyło.
Jest w ogóle określona jakaś ilość szczurów, która jest dopuszczalna w danym miejscu?
Nie. Wśród ludzi w ogóle nie powinno ich być. Nie jesteśmy Indiami (hinduizm), gdzie ludzie jedzą wspólnie ze szczurami. Sam gryzoń jako zwierzę nie stanowi zagrożenia. Lecz niebezpieczne są jego odchody. Przenosi też choroby bakteryjne, wirusowe, a także pchły i kleszcze. To stanowi niebezpieczeństwo. Gdy lata temu w Anglii panowała dżuma, wszyscy myśleli, że doszło do niej przez szczury, a to przez pchły, które na nich były i roznosiły chorobę. One gryzły i zarażały ludzi.
Gdy przystępuje się do likwidacji szczurów to zawsze po to, żeby pozbyć się wszystkich, czy uderza się w część grupy, a reszta sama się wynosi?
Powinno się likwidować możliwie wszystkie, jakie występują w danym miejscu. Choć wiadomo, że raczej nie ma możliwości, żeby wyczyścić sytuację do końca. Żeby było to możliwe, w jednym miejscu trzeba byłoby pracować tygodniami. Szczurołapy, którzy zajmują się tym zawodowo, potrafią przebywać w takich miejscach dwa, trzy, nawet cztery tygodnie. Szczury muszą nabrać do nich zaufania. Wtedy inaczej się do nich podchodzi, przez długi czas traktuje się je po przyjacielsku. Karmi się je tym, co lubią, akceptują takiego człowieka, widzą, że w jego obecności, żywiąc się tym, co daje, nic im się nie dzieje. Zwyczajnie się przywiązują. Dopiero po wielu dniach, gdy nabiorą oswojenia, truje się karmę substancją aktywną. Wtedy jest pewność, że 90% może zginąć. Ale raczej nie wszystkie. Najbystrzejsze osobniki, najmniej ufne, zazwyczaj te, które rządzą stadem, uciekają i trzeba je znaleźć.
Z jakimi największymi gromadami miał Pan do czynienia?
W jednym miejscu w Złotowie pomagałem przy likwidacji około 30 sztuk. Były wywożone taczką. Gdy otwarto klapę, pod którą gniazdowały, było ich pełno. Początkowo rozeznawaliśmy teren, bo nie od razu jedzie się z zamiarem likwidacji. Szczury reagują, gdy się do nich mówi. Kiedy wypowiadaliśmy słowa, niektóre rzeczywiście siadały i dosłownie patrzały nam w oczy. Mówi się do nich jak do przyjaciół: słuchajcie, dzisiaj jesteśmy na rekonesansie, jeśli was jutro spotkamy, to trzeba będzie was usunąć. Macie dzień do przemyślenia.
Na drugi dzień…
Niestety nie posłuchały, była masakra.

- Osobiście, zwłaszcza jako osoba pracującą w WIORiN–ie, zalecam, aby odchodzić od stosowania chemii, zwłaszcza ciężkiej. To obosieczna broń - wyjaśnia Krzysztof Łatko
W jaki sposób deratyzatorzy wybierają metodę pozbywania się szczurów?
Dostosowuje się je do sytuacji. Łapią różnymi metodami: na pułapki lepowe, mechaniczne, zatrzaskowe czy na truciznę – różnie działającą. Niekoniecznie na bazie cyjanków, która zabija od razu. Ponieważ kiedy inne szczury szybko zobaczą, jak działa taka trucizna, zorientują się, że inne zdychają, przestaną ją pobierać. Jest zbyt skuteczna. Większość deratyzatorów podaje takie substancje aktywne, które działają dopiero po trzech, czterech dniach. W ten sposób można wytruć duże grupy szczurów.
Muszą uważać na to, żeby nie pozostawiać zapachów. Nie wolno dotykać pułapek, klatek czy trutek gołymi rękoma. Jak coś się zbagatelizuje, szczury na pewno to wykorzystają. Gdy są młode i głupie, zazwyczaj od razu pozbywa się problemu, ale czasami potrzeba kilku dni, a niekiedy nawet tygodni.
Bywa jednak i tak, że wystarczy obecność. Stresowanie szczurów, np. ultradźwiękami, które są dla nich bardzo bolesne, powoduje, że nie będą gniazdować.
Są ludzie, którzy nie zgłaszają problemów od razu tylko żyją jakiś czas z gryzoniami?
Zdarza się, że ludzie przez jakiś czas nic nie robią, szczury bytują z nimi. Najczęściej z uzależnionymi od alkoholu, używek, którzy żyją w bałaganie, w brudzie. Leżą w łóżku, a szczury biegają wokół nich, w ich pobliżu, nawet pod łóżkiem zakładają gniazda. W takich sytuacjach potrafi się zadomowić po kilkanaście szczurów, nawet więcej.
Podczas likwidacji stosuje się jedną metodę czy można je mieszać?
Można stosować różne. Jako pracownik WIORiN–u muszę podkreślić, że współczesne środki chemiczne podzielono na te dla profesjonalistów i nieprofesjonalistów. Te drugie są o tyle niebezpieczne, że częste spożywanie tych środków może doprowadzić do odporności danych organizmów na taką substancję psychoaktywną. Nie sztuką jest wyłożyć trutkę, ale tak to zrobić, żeby np. szczury ją pobrały i zużyły odpowiednią ilość. Trzeba mieszać substancje psychoaktywne, nie można używać ciągle tego samego. Chyba że to profesjonalna substancja, która nie powoduje odporności. To brutalne, ale większość używanych przez profesjonalistów substancji powoduje wewnętrzny krwotok.
Na marginesie – antidotum na trucizny powodujące taki krwotok, jeśli substancje te zje np. zwierzę domowe, jest witamina K. Ilość najlepiej skonsultować z lekarzem weterynarii. Bywało już, że zwierzęta zjadały kilkanaście saszetek trucizny i nie umierały. Znam przypadek, kiedy zjadł ją pies i jedynym skutkiem było to, że stał się… nadpobudliwy, bardzo żwawy. Właściciel nie wiedział, że pies był tak zarobaczony i po prostu odżył, trucizna go wyczyściła, zabiła wszystkie pasożyty jelitowe.
Jak głęboko trzeba wejść w środowisko szczurów, żeby skutecznie je zlikwidować?
Na wsiach jest prościej, zazwyczaj są w chlewniach, oborach, jest w nich określona przestrzeń. Trudniej jest w miastach. Niekiedy trzeba się nieźle nagimnastykować, nawciskać w wąskie przejścia – najczęściej są w rurach kanalizacyjnych, odpływowych czy deszczówkach. Tam, gdzie człowiek nie będzie im zagrażał. Ewentualnie w pustostanach, gdzie ludzi nie ma przez lata. Niekiedy wystarczy zaobserwować, gdzie są dziury świadczące o norach. Czasami robi się analizy ultrafioletem, widać odchody, linię moczu, ślady biegania. Zaczyna się, jeśli można, od mechanicznych pułapek. Należy też się zorientować, co w danym terenie lubią jeść.
Zdarzały się miejsca, gdzie szczury lubiły tylko określoną żywność. Kiedyś jeden wszedł do jednego ze złotowskich sklepów. W środku dnia, zarejestrował to monitoring. Dostał się do środka razem z klientem, wszedł przy nodze starszego mężczyzny. Nikt nie zauważył. W całym sklepie szczur wyżarł tylko kiełbasę suchą krakowską. I na nią udało się go złapać. Najlepiej łapać i wabić na to, o czym ludzie mówią, że szczury u nich zjadły. Czasami to gruszka, innym razem mandarynka.
Gdy są otrute, zazwyczaj wychodzą na zewnątrz. Głupieją, łatwo można je spotkać. Wchodzą na klatki schodowe, są oszołomione. Chore. Zazwyczaj gryzonie zdychają poza miejscem swojego gniazdowania. A że są takie, które zjadają inne, te martwe stają się trucizną dla innych.
Osobiście, zwłaszcza jako osoba pracującą w WIORiN–ie, zalecam, aby odchodzić od stosowania chemii, zwłaszcza ciężkiej. To obosieczna broń, chodzi również o zdrowie tych, którzy tym się zajmują.
Co tak wciągnęło Pana w tematykę związaną z gryzoniami?
Zainteresowało mnie to już w okresie studiów w Szczecinie. Tam zacząłem swoją relację z gryzoniami. To było nieporównywalne doświadczenie z tym, jak sytuacja wygląda w Złotowie. Nie tylko dlatego, że to większe miasto, z kanałami, ale też dlatego, że Szczecin to jedno z tych polskich miast, gdzie najpóźniej powstawała sieć kanalizacyjna i oczyszczalnie ścieków. Przez lata nie było tam sieci i wszystko wpadało do Odry. Do dzisiaj jest tak, że gdy jest się na Wałach Chrobrego przy dużym deszczu, w jednym momencie widać dziesiątki wypływających z rur potopionych szczurów. W takim Londynie czy w dużych miastach Francji bądź Holandii, ludzie zajmujący się zwalczaniem szczurów należą do jednych z najbardziej zamożnych. Mają ogrom pracy i są bardzo cenieni.
Mam szacunek do gryzoni i mogę powiedzieć, że te duże, np. szczury, uczą pokory. Szczury są tak inteligentne, w sensie swojego zwierzęcego instynktu i zachowań w grupie, że mają do perfekcji dopracowane życie stadne, hierarchiczne. Tam każdy osobnik czymś się zajmuje.
Nie przeszkadza Panu, że trzeba czasami wchodzić w nieprzyjemne miejsca?
Ważniejsze jest dla mnie to, że mogę doradzić ludziom, którzy proszą o pomoc. A przez przypadek można też znaleźć ciekawe miejsca. Jedno z nich odkryłem pod ulicą Domańskiego. Ktoś zauważył, że bardzo często wychodzą w pewnym miejscu, niemal przy jednym z budynków przy tej ulicy, niedaleko straży pożarnej. Jest tam sporo włazów. Gdy jeden z nich został otwarty, okazało się, że jest tam piękny, dawny kanał, dosłownie jak z filmów. Wysoki na jakieś 1,50 m, szeroki na 2 metry, z łukowatym sklepieniem z cegieł. W środku w korycie płyną ścieki, a bokami prowadzą dwa, szerokie na jakiś metr, chodniki. Można tam swobodnie przejść. To pewnie jedna z podmiejskich autostrad, którymi szczury przemieszczają się w podziemiach. Wydaje mi się, że kanał prowadzi od budynku straży pożarnej w kierunku ronda, być może dalej. Przecina ulicę Domańskiego pod skosem. Nie wiem, jaki może być długi, może ma kilometr, a być może jest dłuższy.
Spenetrował go Pan przynajmniej w części?
Jeszcze nie. Samemu nie powinno się wchodzić w takie miejsca. Nie chodzi o gryzonie, chociaż przy dużej grupie, jeśli trafiłoby się na młode, mogłyby zaatakować, gdyby starszyzna uznała, że jest niebezpieczeństwo. Trzeba być ostrożnym. Natomiast chodzi mi o gazy. Należy zbadać powietrze, bo w takich miejscach często jest siarkowodór, dwutlenek węgla czy inne toksyczne gazy. Można wejść i już nie wyjść. Na pewno będę chciał przejść cały ten kanał, jeśli chodzi o pomiary powietrza, poproszę o pomoc strażaków. Jeśli rzeczywiście natknę się na dużą ilość szczurów, będzie jakieś zagrożenie, wtedy się wycofam. Zależy też, jak będą się zachowywać. Jeśli będą spokojne, można koło nich chodzić. One mogą nawet chodzić po człowieku i nic nie zrobią.
Oprócz tej sytuacji z nogawką chodziły już po Panu?
Tak. Nieraz skoczą czy spadną na głowę, czasami dostaną się na plecy, szczególnie w piwnicach, gdzie jest nisko i wszędzie biegają, także nad głową.
Nie czuje Pan wstrętu?
Trochę, ale można się przyzwyczaić. To jak z pająkami, też się ich kiedyś bałem. Nieraz trzeba przejść przez miejsca, gdzie latami nikt nie chodził i zaraz człowiek jest cały w pajęczynach i pająkach. To jest dla mnie bardziej nieprzyjemne uczucie niż obecność szczurów.

Nawet sympatyczny...
Zawsze są zabijane?
Nie. Jeśli uda się złapać je mechanicznie, zazwyczaj są wywożone. Daleko do lasów – żywią się nimi inne zwierzęta. Choć to jest oczywiście niewielki procent. Zazwyczaj trzeba szybko je likwidować. Mam jednak szacunek do każdego życia. Uważam, że największym pasożytem i zagrożeniem jest niestety człowiek.
Największy szczur, jakiego Pan spotkał?
Był taki jeden, na starym rynku. Wtedy rzeczywiście sam się wystraszyłem. Okoliczni mieszkańcy poprosili o pomoc, chcieliśmy sprawdzić, ile jest ich w rurze. Zapodaliśmy gaz, ale nie toksyczny, a odstraszający. Najpierw wyszły mniejsze, młode, a na końcu największy. Nie tyle długi, co bardzo spasiony, zbity, wyglądał jak mały bóbr. Ludzie, którzy przy mnie stali, też się wypłoszyli. Wszyscy mieli respekt. To musiał być jeden z najstarszych, zdecydowanie przywódca stada.
Co się z nim stało?
Dopadliśmy go. Jedno uderzenie nie wystarczyło. Nie atakował, bo był oszołomiony gazem. Inaczej byśmy go nie trafili. Są za szybkie, a przy tym bardzo odporne na uderzenia.
Ilu ludzi w naszym regionie zajmuje się zwalczaniem szczurów?
Licząc okoliczne miasta, jak Złotów, Piłę, Wałcz czy Człuchów, kilka osób. To naprawdę niewielka grupa.
Myszy to przy szczurach…
To głupie organizmy. Do tego stopnia, że dobrzy fachowcy potrafią łapać je po kilkadziesiąt na raz. Raczej nie występują razem ze szczurami. Tam gdzie myszy, nie ma szczurów. I odwrotnie. W Złotowie szczury zaczęły ostatnio wychodzić w miejscu, gdzie dokarmiane są koty wolnobytujące, gdzie stoją zrobione dla nich budki.
W pobliżu kotów?
Oczywiście. To przez nie jest problem. Szczury się ich nie boją. Kot nie odważy się zaatakować dużego szczura, zwłaszcza, jeśli nie czuje głodu. Te są dokarmiane, więc głodne nie są. Te szczury wychodzą tam przy nich pewnie dlatego, że jeszcze podkradają im tę wysypywaną dla nich karmę. Wysypywanie karmy to w ogóle osobny problem. Ludzie wyrzucają resztki jedzenia z balkonów bloków albo do toalet. To wręcz zapraszanie szczurów. A najbardziej gryzoni wabi zapach ryb.
Wracając jeszcze do kotów, z ich powodu w mieście pojawia się inny problem – pchły. Ludzie coraz częściej wzywają do pomocy z powodu pcheł, które roznoszą przede wszystkim koty. Mieszkańcy dzwonią, skarżą się, że są pogryzieni, że pchły po nich skaczą. Najgorzej, jak taki kot zacznie chorować albo padnie. Wtedy pchły przenoszą się na inne osobniki, jakie są najbliżej, a najczęściej są to ludzie. Coraz więcej piwnic i mieszkań w Złotowie trzeba oczyszczać z pcheł.
* WIORiN - Wojewódzki Inspektorat Ochrony Roślin i Nasiennictw
Rozmawiał Piotr Steffen

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!