Anna Bielecka to instruktorka tańca, której sceniczne wcielenia jeszcze do niedawna kojarzyły się wyłącznie z gminą Jastrowie. Teraz znają ją również nie tylko w Tarnówce czy Bornem Sulinowie, ale w całej Polsce! To za sprawą występu podczas tegorocznego Pol’and’Rock Festivalu w Czaplinku. Nie czekajcie i ruszcie razem z nami w tan z Anną B.
Jej przygoda z tańcem zaczęła się w latach 90-tych. Pasją do niego zaraził ją jej tata. Dorastała tańcząc, tworząc własne układy, jednak podstawy przestały jej wystarczyć.
Do dalszego rozwoju zachęcił ja mąż Mariusz, który pomógł jej w wielu kwestiach. Między innymi nakłonił do powrotu do szkoły. W międzyczasie tańczyła. Głównie na imprezach, gdzie ludzie zawsze robili wielkie WOW! Nie spodziewali się po mieszkance Sypniewa takich umiejętności. A ona przez lata je szlifowała, czerpiąc od najlepszych. Uczestniczyła w warsztatach z Janem Klementem, tańczyła na plaży w Kołobrzegu z Rafałem Maserakiem, jeździła na warsztaty do Wałcza, które prowadził Paweł Porazik.
- Oddałam temu swoje serce. Zawsze byłam samoukiem, robiłam to przede wszystkim dla siebie, bo kocham taniec. W końcu zostałam zauważona – mówi.
Jej gwiazda na poważnie rozbłysła w 2018 r., podczas imprezy piłkarskiej w Sypniewie. Jej mąż działał w Zrywie Sypniewo, a pani Ania wyszła do niego z propozycją małego urozmaicenia tego wydarzenia. Wyszła i zatańczyła zumbę, którą publiczność podchwyciła w mgnieniu oka. Bo kto nie zna „Bailando” czy „Nie ma mocnych na Mariolę”?
Występ obejrzał Łukasz Cyruk, który dał cynk Agnieszce Głyżewskiej-Klofik, która wtedy była jeszcze dyrektorem Ośrodka Kultury w Jastrowiu.
– Pani Agnieszka przyjechała na któryś festyn i zaproponowała mi pracę w domu kultury. Zaproponowała pracę z dziećmi w Samborsku, Nadarzycach i Sypniewie. Dzieci mi zawierzyły i bardzo mnie lubiły. A ja za nimi przepadałam! – A. Bielecka wyrzuca z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego. Widać w niej pasję.
– To trzeba czuć w sercu, to trzeba kochać. Wchodząc gdzieś na imprezę nie patrzę na innych, tylko od razu tańczę, sama dla siebie – mówi ze śmiechem. Gdy porywa ją taniec, czy w rozmowie, czy na parkiecie, nie potrafi odłożyć go na później. Jeśli późno w nocy przyjdzie jej do głowy pomysł na układ, to od razu biegnie do kuchni, aby go przećwiczyć i zapisać na trwałe w pamięci. Na tym twardym dysku ma ich już 160. A cały czas dochodzą nowe.
Jej pamięć musi działać niczym aparat fotograficzny, ponieważ raz zapisanego obrazu nie zdarzyło jej się stracić.
– Wszystkie układy tworzę sama, nie biorę ich z Internetu – dodaje. Kabaretki, pantalony, bufiaste spódnice. Raz lewa, raz prawa i… tyłek. To się ludziom podoba. Kankan to rzadkość na dzisiejszych scenach, ale Ania Bielecka odkurza dawne tańce.
– Odchodzę od stereotypu łubu du, łubu du na zasadzie popping, hip hop. Wracam do rock and rolla, cha chy, rumby, samby. Ostatnio pokochałam bachate – mówi.
Po odkryciu jej talentu przez dyrektor OKJ, taneczne życie pani Ani nabrało rumieńców. Poczuła się na tyle pewnie, że przy wsparciu męża zdecydowała się założyć własną firmę: W tan z Anną B. Na jej zajęcia, prowadzone w wioskach gminy Jastrowie, przychodziły spragnione tańca dzieci.
- Większość dzieci z miasta, które chciały tańczyć, robiło to już w pewnej prestiżowej szkole. Dlatego skupiłam się na wioskach i byłam z tego bardzo zadowolona. Podobnie jak dzieciaki, które bardzo ceniły sobie te zajęcia – mówi.
Z dzieciakami brała też udział w konkursach. Podczas jednego z festiwali jej dzieciom udało się pobić w dwóch kategoriach tanecznych pewną prestiżową szkołę tańca z powiatu złotowskiego. Pani Ania jednak nie zdradza jej nazwy.
- Kto ma wiedzieć, ten wie. Dla mnie było najważniejsze, że dzieci ze świetlic, które miały zajęcia raz w tygodniu, pokazały, że nie można ich lekceważyć – wspomina, że jej podopieczni wracali do domów ze łzami w oczach.
- Rodzice z tej prestiżowej szkoły gwizdały przy ogłoszeniu wyników. Ale nas to nie obchodziło, bo jak przyznał jeden z jurorów, to w naszym tańcu była cała prawda i naturalność – mówi.
W pewnym momencie taniec z Anną B., podobnie jak wiele innych przedsięwzięć na całym świecie, zatrzymała pandemia koronawirusa. Jak przyznaje, w jej efekcie musiała na chwilę ograniczyć życie sceniczne.
- Zaczęłam robić się słaba psychicznie. Wiedziałam, że to jest ten moment, w którym muszę zejść ze sceny – mówi. Kiedy obostrzenia zaczęły się luzować, musiała stoczyć prawdziwą walkę z rodzicami.
- Nie było z ich strony odpowiedniej motywacji dzieci do powrotu po pandemii. A ja nie mogłam chodzić po domach i dzieci siłą wyrywać na zajęcia – mówi.
Dzieci, które chciały wrócić, też miały pod górkę w związku z dalszymi restrykcjami, jakie pandemia narzucała.
- Dużo papierologii, oświadczeń. Władza nie mogła się zdecydować, czy zamykają nas, czy nie. Konkursy zaczęły robić się on-line, co nie pasowało za bardzo mi i dzieciom. I tak to zaczęło powoli umierać – przyznaje. Chociaż dyrektor OKJ Karolina Frączak starła się za wszelką cenę zatrzymać swoją gwiazdę.
Życie nie lubi jednak pustki. Bardzo szybko o usługi Anny Bieleckiej zaczęto zabiegać w Bornem Sulinowie, gdzie miała prowadzić zumbę dla dorosłych, oraz w Tarnówce, gdzie dyrektor ośrodka kultury, Patrycja Stachyra, widziała ją pracującą z dzieciakami.
- Mówi do mnie: Ania, to są nowe dzieci, nowa świeżość, nowa gmina. Jesteś scenicznym wariatem. Przyjdź, zobaczymy, co się zadzieje – mówi.
I faktycznie zadziało się! Już na pierwszych zajęciach pojawiła się grupa około 30 dzieci i tak się utrzymuje do teraz. Młodzi tancerze są w różnym wieku: od 4 do 11 lat.
- To było wielkie bum. Nie zaczynało się powoli, po cichutku, że przyszła jakaś pani i nie wiadomo o co chodzi – przyznaje.
Jednym z sekretów jej sukcesu było po prostu spore urozmaicenie zajęć. Nie chodziło tylko o taniec, ale też o dobrą zabawę i integrację. Postronna osoba, która weszłaby na salę, gdzie akurat przebywa pani Ania z dziećmi, mogła zobaczyć całą grupę rozłożoną na kocach i poduszkach ze SPA maseczkami na twarzy.
- Nie nudziliśmy się. Zawsze potrafiłam zaskoczyć dzieciaki jakimś szalonym pomysłem.
Jednym z takich pomysłów był jej autorski pokaz mody ślubnej, który stał się jej konikiem.
- Dzieci uwielbiają się przebierać. Dlatego nie mogą się doczekać kolejnych pokazów mody. Prezentujemy się tak też przed publicznością, jak chociażby podczas otwarcia Parku Motylowego w Tarnówce – mówi. Pani Anna cieszy się, że do tradycyjnych wydarzeń w gminie udało jej się na stałe przywrócić obchody Dnia Mamy.
To wejście całą sobą w świat najmłodszych sprawiło, że dzieci „kupiły” ją w przeciągu kilku zajęć.
- Ja je pokochałam, a one mnie – mówi. I dla nich zrobi wszystko. Łącznie z nauczeniem się gimnastyki. Kiedy w Tarnówce otwierał się Park Motylowy, nie mogło tam zabraknąć Ani B. z jej tancerzami. Pani Ania postanowiła jednak wprowadzić do show nowe elementy, tym razem gimnastyczne. Szybko nauczyła się więc, jak poprawnie wykonywać mostek i szpagat!
- Wyszłam jako pierwsza i zrobiłam świetny, w moim przekonaniu, mostek i szpagat z wyskoku. Później wyszła reszta dziewczyn i robiły mostki, szpagaty, gwiazdy, foki. Daliśmy ludziom fajny pokaz akrobatyczno-gimnastyczny. Ale znowu: gdyby nie zaufanie, jakie dostałam nie tylko od dzieci, ale też od rodziców, to nic by z tego nie wyszło. A rodzice nawet czasami nie wiedzą, że mają takie zdolne dzieci, które potrafią takie rzeczy – przyznaje.
A co z konkursami? Jak mówi pani Ania, powoli przygotowuje dzieci do takiego występu i jest pewna, że kiedy wyjdą na wielką scenę, to poradzą sobie znakomicie.

Praca z dziećmi to nie wszystko. Pani Ania ceni sobie również zajęcia z dorosłymi, które regularnie prowadzi w Bornem Sulinowie i z których w życiu by nie zrezygnowała. Tam nie chodzi już tylko o taniec, ale również o przełamanie swoich kompleksów. Ania przyznaje, że stała się dla niektórych prawie jak psycholog.
- Przychodzą do mnie z czymś, co chciałby przełamać. Mam panią z Kanady, która świetnie się zaaklimatyzowała w środowisku zumby. Są emeryci, którzy byli zamknięci w domach i nie wiedzieli, co mają robić z wolnym czasem – przyznaje.
- Zajęcia w pewnym momencie przeszły w taką czułość i uczuciowość, że panie mi się całkowicie poddały i oddały, że są mną zauroczone, zafascynowane. Z mojej strony idzie to w tym samym kierunku – mówi.
Kiedy Ania dała im zadanie, aby określiły, co jest, a czego im brakuje na zajęciach zumby, to wśród pozytywnych komentarzy pojawiały się określenia radości, śmiechu, łez wzruszenia czy… seksualności.
- Odkrywają na nowo swoją kobiecość. Taniec je zmienia, odkrywają w sobie uczucia, których nie doświadczały nigdy albo doświadczały dawno temu – dodaje.
Największe wyzwanie w jej tanecznej karierze pojawiło się w tym roku.
- Poprowadziłam zumbę podczas Pol’and’Rock Festivalu! - mówi z przejęciem. Jak tam trafiła? Prowadząc zumbę w Bornem Sulinowie dała się zauważyć wielu ludziom, w tym przedstawicielce tutejszej biblioteki, która zaproponowała jej zajęcia z dzieciakami podczas ferii zimowych.
- Zrobiłam to na tyle fajnie, że biblioteka poręczyła za mnie organizatorom festiwalu – dodaje.
- Tydzień przez to nie spałam – śmieje się.
- Mogli wziąć każdego innego instruktora, a wybrali właśnie mnie. Nie widzieli mnie na żywo, zaryzykowali. Bałam się, że wszystko może skończyć się totalną klapą – mówi.
Pani Ania pojawiła się na festiwalu w specjalnej strefie Pomorza Zachodniego, w której miała poprowadzić zajęcia na żywo. Przez chwilę miała nadzieję, że nikt się tym nie zainteresuje, jednak pod sceną pojawiło się mnóstwo osób!
- Padał deszcz, było zimno. To było na otwartym terenie. Po mnie miała być salsa. Kiedy skończyłam facet podszedł do mnie i spytał, z kim teraz ma pracować, bo wszyscy są wykończeni! - śmieje się.
I chociaż przed wejściem na scenę nerwy były niesamowite, to jednak będąc już przed publiką znalazła się w swoim żywiole.
- Jak zawsze miałam problemy, żeby skończyć. To znaczy ja już musiałam schodzić ze sceny, ale ludzie mnie nie chcieli puścić – śmieje się. - Super przygoda. Nigdy nie byłam na tym festiwalu, bo mnie to nie jarało. Dalej nie wyrobiłam sobie na jego temat zdania, bo za krótko tam byłam. Bardzo podobała mi się moda, która się tam przeplatała. Ale tak to będzie wspominać coś na starość – mówi.

Bycie na świeczniku ma swoje zalety i wady. Występy podczas imprez organizowanych we wsiach naszego powiatu niosą za sobą konsekwencje. Zarówno te przyjemnie, jak i te mniej. Publiczność potrafi być zawistna.
- Poświęciłam się dzieciom i młodzieży. Wiele osób zarzucało mi, że razem z dziećmi pcham się na scenę, ale czasami musiałam im w ten sposób pomagać. One to wiedziały, inni nie musieli – tłumaczy. W związku z jej występami od zawsze pojawiały się nieprzychylne komentarze, w tym takie, w których „świeciła tyłkiem”. Czy faktycznie?
- Nie miałam żadnych skąpych ubrań. Byłam tak samo ubrana jak dzieci. Po prostu mam świetną figurę i co ja na to poradzę? - śmieje się i przyznaje, że idealną do tańców latynoamerykańskich, które są jej konikiem.
- Uwielbiam bachatę, która w tych okolicach nie jest zbyt popularna. Zakochałam się w niej – przyznaje. Uwielbia w tym tańcu jego sensualność, zmysłowość, nieprzesadzony erotyzm i to, że partnerzy muszą się w nim oddać sobie niemal całkowicie.
Czy czegoś w swojej karierze żałuje?
- Z pewnością oferty Ani Dubrownik – mówi bez zastanowienia. Anna Dubrownik, czyli założycielka szkoły tańca Top Toys, z którą Ania ma bardzo dobrą relację. Ta zaproponowała jej pracę w Koszalinie.
- Ze względu na to, że bardzo dużo się u mnie działo, nie mogłam przyjąć oferty. Trochę to przeżyłam, bo wiedziałam, że propozycja Ani to było coś więcej. Jestem jej bardzo wdzięczna za tę okazję, bo z jej renomą mogła się zwrócić do tysięcy innych instruktorów.
Anna B. ma też w głowie… półroczny rejs dookoła świata.
- To jest pomysł, który w każdej chwili mogłabym zrealizować, żeby prowadzić zajęcia na wycieczkowcu. Potrzebują tam takiej wariatki jak ja, która rozrusza zumbą towarzystwo – mówi. Na razie się na taki krok nie decyduje, ponieważ nie wyobraża sobie zostawić na pół roku swojej rodziny. Poza tym musiałaby też zrezygnować z aktualnie prowadzonych zajęć.
- Pracowałam na to wszystko bardzo ciężko i boję się, że taką decyzją mogę wszystko zaprzepaścić – przyznaje.
Póki co nie musi zwiedzać świata, ponieważ z tańca w Polsce da się wyżyć. Po tym, jak już wyrobiła sobie nazwisko, spływa do niej wiele propozycji współpracy czy występów podczas różnych wydarzeń. Szkoli również pary młode w tym, aby ich pierwszy taniec wyszedł zjawiskowo. Praca, prowadzenie domu, treningi i mecze synów - jej grafik jest tak napięty, że aby umówić się z nią na rozmowę, musiałem czekać niemal miesiąc na wolne okienko.
- Udało mi się połączyć pracę z pasją. Z tańca nigdy nie zrezygnuję. Lubię być panią swojego losu. Wiem już teraz na pewno, że taniec nie bez przyczyny istnieje i jest zapisany na mojej drodze życiowej.
Hubert Nowak
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!