Reklama

Nie jestem bohaterem

31/07/2012 00:00
Ma spaloną twarz i martwi się o kolegów. Córki uciekają od niego z krzykiem, by potem tulić się godzinami. Jako strażak przegrywa bitwę z ogniem, ale walczy dalej. Z nową twarzą

Cud niepamięci

Wdech, wydech, wdech....uuughh. Lęk budzi na raz wszystkie nerwy. Myśli biegają niespokojnie. Mężczyzna porządkuje je, przeczesując krótkie włosy. Dziwny to sen o stracie. - Co by było, gdyby mnie zabrakło? Co z dziećmi? – śni Sławomir Pasisz. Od kilku tygodni to samo. Od ponad tygodnia jest w domu. Obok śpi żona, w pokojach córki. Tak niewiele brakowało, by je stracił.

Spalony w powietrzu

Zatrzymać powietrze. Oddech może zabić. Po strażaku przechodzi kula ognia. Jak w filmie akcji o Jamesie Bondzie.
[[reklama]]
Sławomir Pasisz nie jest agentem. Od 13 lat pracuje w złotowskiej straży. Na 24 godziny zostawia świat. Ratuje ludzi.

24 maja 2011 roku. Około 8:20 dyspozytor wysyła strażaków do akcji. Pali się poddasze budynku przy Alei Piasta. Dym na zewnątrz, ogień w środku. Czerwone hełmy znikają na tle zachłannych jęzorów. Rutyna.

Sławomir Pasisz ciągnie wąż za kolegami. Łapie powietrze, bez maski. - Jakbym miał ją założoną, to bym wyciągał powietrze z aparatu na plecach i jakby trzeba było wejść do góry, to może nie mógłbym pomóc kolegom – mówi strażak. Wąż się opiera, klinuje między tralkami schodów. Strażak na kolanach, słucha ciszy. Syk... i wybuch. - Spojrzałem na klatkę, a tam szła kula ognia – wspomina. Tarczę pleców i dłoni głaszczą płomienie. Flirtują z płucami. Sł. Pasisz: - Całe szczęście, że nie wciągnąłem powietrza. Byłyby poparzone płuca, śluzówki, wszystko.
[[reklama]]
Muszkieterowie w hełmach

Strażak zbiera się po wybuchu. Pokonuje schody na piętro, które go nie chciało. Twarz bez wilgoci zbiera skórę wokół ust i nosa. Wąż prowadzi na dół śladem kuli ognia. - Czułem ból na twarzy. Jakby ktoś mi skórę naciągał. Żyję.

Druga strona budynku. Podmuch przewraca mężczyznę. Gorące powietrze ściąga skórę z ręki. – Ludzie wyskoczyli z różnych stron. Trzeba było wszystkich ewakuować. To był szok – akcję z zewnątrz obserwuje dowódca Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej, Sławomir Rogut. – Zapaliły się gazy powstałe z niedopalonych materiałów.

Obaj strażacy siedzą w karetce. Nie czują spalenizny. Nie mają już skóry. - Myśleliśmy o tych, co zostali tam na górze. Krzyczeliśmy do innych, że tam są nasi ludzie. Co z nimi? Strażacy gaszący piętro są cali.
[[nowa_strona]]
Oczy szeroko zamknięte

Krem na dzień, krem na noc. Ratuje normalne życie.

Żyję, ale jak wyglądam? – odpowiedź pan Sławek znajduje w szpitalnym lustrze. Czarno-żółto-brązowa plama. Granice wyznaczyła kominiarka (wełniana kominiarka to obowiązkowe wyposażenie strażaków zakładane pod hełm).

- Przez szparki spojrzałem, bo wszystko było zapuchnięte. Popatrzyłem i poszedłem, bo płakać nawet nie było z czego.
[[reklama]]
Sławomir Rogut: – Sławek wyglądał strasznie, cały był opuchnięty. Wyglądał najgorzej ze wszystkich, którzy ucierpieli.

Helikopter ratowniczy osiąga prędkość ponad 200 km na godzinę. Złotowskie lądowisko jest gotowe. Śmigłowiec przyleci po Sławka Pasisza i jego kolegę. – Pytali nas w szpitalu, czy mają nas zawieźć do szpitala specjalizującego się w poparzeniach – mówi ranny strażak. Nie ma takiej potrzeby. Naskórek twarzy schodzi kolejny raz.

Dzieci, to wasz tatuś

Tydzień po wypadku. Sławomir Pasisz jest już w domu. Pierwszy raz widzi córki. Te uciekają z krzykiem. – Przestraszyły się mnie po prostu. Twarz miałem spaloną, strupy nie strupy... –mężczyźnie drży broda.

Dziewczynki mają 6 i 5 lat. Z przedszkola idą do domu. Z domu do przedszkola. Tak przez tydzień. Szpitala nie poznają.

- Po dwóch dniach przyszły, nic nie mówiły, tylko się przytuliły i tak żeśmy siedzieli ze dwie godziny przytuleni – łzy zostają zduszone w zarodku. Skóra cierpi częściej niż oczy. Drażni ją słońce, znęca się para z czajnika. - Jak naciągnę skórę i popatrzę w lustro, to widzę różnicę – osoba postronna jej nie dostrzeże. „Stara” twarz ma nową powłokę. Dzieci już się nie boją.
[[reklama]]
Wypalona psychika

Uścisk dłoni wiele mówi o człowieku. „Optymalnie powinien być silny, zdecydowany, głęboki. Potrząsnąć ręką można tylko raz. Postawa powinna być lekko pochylona w kierunku witanej osoby i połączona ze spojrzeniem prosto w oczy” – tak radzą fachowcy. Sławek Pasisz nie szuka rad. 1 października wraca do pracy. - Strażak musi być mocny psychicznie – podkreśla. Jego prawicę ściskają komendanci, dowódcy, koledzy. Poklepują.

Jest jeszcze list gratulacyjny od starosty.

I jest praca. Wypadek na drodze, pożar. I przyczajony strach. - Trauma została, pewnie i do końca służby. To miejsce w psychice jest już wypalone – ocenia Sł. Pasisz i jedzie do pożaru. Chwilę się waha, a potem włącza wyuczony automatyzm. Gasi, ratuje, wraca do rodziny.
Sławomir Pasisz: - Nie jestem żadnym bohaterem. Jakby tak patrzeć, to wszyscy jesteśmy bohaterami, bo codziennie uczestniczymy w wypadkach, pożarach. To jest mój zawód.

Łukasz Opłatek
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości