Ma spaloną twarz i martwi się o kolegów. Córki uciekają od niego z krzykiem, by potem tulić się godzinami. Jako strażak przegrywa bitwę z ogniem, ale walczy dalej. Z nową twarzą
Cud niepamięci
Wdech, wydech, wdech....uuughh. Lęk budzi na raz wszystkie nerwy. Myśli biegają niespokojnie. Mężczyzna porządkuje je, przeczesując krótkie włosy. Dziwny to sen o stracie. - Co by było, gdyby mnie zabrakło? Co z dziećmi? – śni Sławomir Pasisz. Od kilku tygodni to samo. Od ponad tygodnia jest w domu. Obok śpi żona, w pokojach córki. Tak niewiele brakowało, by je stracił.
Spalony w powietrzu
Zatrzymać powietrze. Oddech może zabić. Po strażaku przechodzi kula ognia. Jak w filmie akcji o Jamesie Bondzie. [[reklama]]
Sławomir Pasisz nie jest agentem. Od 13 lat pracuje w złotowskiej straży. Na 24 godziny zostawia świat. Ratuje ludzi.
24 maja 2011 roku. Około 8:20 dyspozytor wysyła strażaków do akcji. Pali się poddasze budynku przy Alei Piasta. Dym na zewnątrz, ogień w środku. Czerwone hełmy znikają na tle zachłannych jęzorów. Rutyna.
Sławomir Pasisz ciągnie wąż za kolegami. Łapie powietrze, bez maski. - Jakbym miał ją założoną, to bym wyciągał powietrze z aparatu na plecach i jakby trzeba było wejść do góry, to może nie mógłbym pomóc kolegom – mówi strażak. Wąż się opiera, klinuje między tralkami schodów. Strażak na kolanach, słucha ciszy. Syk... i wybuch. - Spojrzałem na klatkę, a tam szła kula ognia – wspomina. Tarczę pleców i dłoni głaszczą płomienie. Flirtują z płucami. Sł. Pasisz: - Całe szczęście, że nie wciągnąłem powietrza. Byłyby poparzone płuca, śluzówki, wszystko. [[reklama]] Muszkieterowie w hełmach
Strażak zbiera się po wybuchu. Pokonuje schody na piętro, które go nie chciało. Twarz bez wilgoci zbiera skórę wokół ust i nosa. Wąż prowadzi na dół śladem kuli ognia. - Czułem ból na twarzy. Jakby ktoś mi skórę naciągał. Żyję.
Druga strona budynku. Podmuch przewraca mężczyznę. Gorące powietrze ściąga skórę z ręki. – Ludzie wyskoczyli z różnych stron. Trzeba było wszystkich ewakuować. To był szok – akcję z zewnątrz obserwuje dowódca Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej, Sławomir Rogut. – Zapaliły się gazy powstałe z niedopalonych materiałów.
Obaj strażacy siedzą w karetce. Nie czują spalenizny. Nie mają już skóry. - Myśleliśmy o tych, co zostali tam na górze. Krzyczeliśmy do innych, że tam są nasi ludzie. Co z nimi? Strażacy gaszący piętro są cali. [[nowa_strona]] Oczy szeroko zamknięte
Krem na dzień, krem na noc. Ratuje normalne życie.
Żyję, ale jak wyglądam? – odpowiedź pan Sławek znajduje w szpitalnym lustrze. Czarno-żółto-brązowa plama. Granice wyznaczyła kominiarka (wełniana kominiarka to obowiązkowe wyposażenie strażaków zakładane pod hełm).
- Przez szparki spojrzałem, bo wszystko było zapuchnięte. Popatrzyłem i poszedłem, bo płakać nawet nie było z czego. [[reklama]]
Sławomir Rogut: – Sławek wyglądał strasznie, cały był opuchnięty. Wyglądał najgorzej ze wszystkich, którzy ucierpieli.
Helikopter ratowniczy osiąga prędkość ponad 200 km na godzinę. Złotowskie lądowisko jest gotowe. Śmigłowiec przyleci po Sławka Pasisza i jego kolegę. – Pytali nas w szpitalu, czy mają nas zawieźć do szpitala specjalizującego się w poparzeniach – mówi ranny strażak. Nie ma takiej potrzeby. Naskórek twarzy schodzi kolejny raz.
Dzieci, to wasz tatuś
Tydzień po wypadku. Sławomir Pasisz jest już w domu. Pierwszy raz widzi córki. Te uciekają z krzykiem. – Przestraszyły się mnie po prostu. Twarz miałem spaloną, strupy nie strupy... –mężczyźnie drży broda.
Dziewczynki mają 6 i 5 lat. Z przedszkola idą do domu. Z domu do przedszkola. Tak przez tydzień. Szpitala nie poznają.
- Po dwóch dniach przyszły, nic nie mówiły, tylko się przytuliły i tak żeśmy siedzieli ze dwie godziny przytuleni – łzy zostają zduszone w zarodku. Skóra cierpi częściej niż oczy. Drażni ją słońce, znęca się para z czajnika. - Jak naciągnę skórę i popatrzę w lustro, to widzę różnicę – osoba postronna jej nie dostrzeże. „Stara” twarz ma nową powłokę. Dzieci już się nie boją. [[reklama]] Wypalona psychika
Uścisk dłoni wiele mówi o człowieku. „Optymalnie powinien być silny, zdecydowany, głęboki. Potrząsnąć ręką można tylko raz. Postawa powinna być lekko pochylona w kierunku witanej osoby i połączona ze spojrzeniem prosto w oczy” – tak radzą fachowcy. Sławek Pasisz nie szuka rad. 1 października wraca do pracy. - Strażak musi być mocny psychicznie – podkreśla. Jego prawicę ściskają komendanci, dowódcy, koledzy. Poklepują.
Jest jeszcze list gratulacyjny od starosty.
I jest praca. Wypadek na drodze, pożar. I przyczajony strach. - Trauma została, pewnie i do końca służby. To miejsce w psychice jest już wypalone – ocenia Sł. Pasisz i jedzie do pożaru. Chwilę się waha, a potem włącza wyuczony automatyzm. Gasi, ratuje, wraca do rodziny.
Sławomir Pasisz: - Nie jestem żadnym bohaterem. Jakby tak patrzeć, to wszyscy jesteśmy bohaterami, bo codziennie uczestniczymy w wypadkach, pożarach. To jest mój zawód.
Łukasz Opłatek
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze