Reklama

Nie wiem, co czai się za rogiem

29/08/2017 07:00
Pracował w Kancelarii Premiera i Europejskiej Agencji Kosmicznej, teraz pożyczył milion złotych na studia na Harvardzie. Dokąd zmierza Jakub Wiśniewski?

Wybrał Pan prawo, bo chciał Pan wcielić się w rolę obrońcy uciśnionych?

W gimnazjum bardzo lubiłem książki Agathy Christie, podobała mi się zawarta w nich idea walki z przestępcami i funkcjonowania człowieka w wymiarze sprawiedliwości. Nie wyobrażałem sobie siebie jako prokuratora, ale myślałem, że obrońcą mógłbym być. Stąd też zapragnąłem zostać adwokatem. I choć nie byłem tego całkowicie pewny, to jednak wiedziałem, że prawo to na tyle uniwersalny kierunek, że nawet jeśli mi się nie spodoba, to łatwo uda mi się zająć czymś innym.

Po maturze w I LO w Złotowie dostał się Pan na prawo na Uniwersytecie Warszawskim, uczelni prestiżowej i trudnej.

Po maturze wziąłem listę najlepszych wydziałów prawa w Polsce i tam złożyłem podania. Dostałem się do wielu, w tym dwóch najlepszych – Uniwersytetu Jagiellońskiego i Uniwersytetu Warszawskiego. Pojechałem do Krakowa i Warszawy, obejrzałem oba miasta i wybrałem to drugie. Może dlatego, że w stolicy jest więcej pracy dla prawników. Widać to zwłaszcza z perspektywy czasu, znam osoby z Krakowa, które po dyplomie i tak musiały przyjechać do Warszawy.

Reklama

Miał Pan tak dobre wyniki na maturze, że mógł przebierać w ofertach?

Nie był to jakiś niewiarygodnie dobry wynik, ale wiedziałem, że do jednego z tych najlepszych wydziałów się dostanę. Rodzice bardzo chcieli, żebym poszedł do Poznania, ale mnie ciągnęło trochę dalej.

W trakcie studiów utwierdził się Pan w przekonaniu, że to jest to? Wiele osób zmienia kierunki np. po roku próby.

Dobrze się tam odnalazłem, byłem zaangażowany w działalność społeczną, ale też pracowałem w kilku miejscach. Pierwszą wątpliwość co do prawa miałem po skończeniu studiów. Dostałem się na aplikację adwokacką, zatrudniłem się w kancelarii w Warszawie, ale miałem tam poczucie, że brakuje mi wyzwań.

Chwileczkę, już w czasie nauki pracował Pan w jednej z największych i najbardziej prestiżowych kancelarii w Warszawie, a po studiach został Pan tam młodszym prawnikiem, na stałe. Przecież to jak chwycić Pana Boga za nogi...

Wcześniej też przez kilka miesięcy pracowałem w Kancelarii Premiera, w czasie polskiej prezydencji w UE. To było bardzo ciekawe doświadczenie.
Praca w kancelarii prawnej była dobra, ale chciałem zdobyć wykształcenie i doświadczenie zagraniczne. Widziałem, jak w kancelariach młodzi prawnicy zrażają się do pracy, bo widzą, że ich ścieżka awansu nie jest tak szybka, jak by tego chcieli. Zauważyłem, że osoby, które wyjechały za granicę po powrocie przeskakiwały kilka szczebli w hierarchii.

Reklama

Dlatego zdecydował się Pan na wyjazd za granicę?

Takie zmiany wśród młodych są dość częste. Na przykład moja koleżanka z pokoju w kancelarii odeszła tego samego dnia co ja i dzisiaj pracuje w Komisji Europejskiej w Brukseli.
Zawsze marzyłem o USA, ale też wiedziałem, że łatwiej mi będzie najpierw wyjechać do któregoś z krajów UE. Zwłaszcza, że wykształcenie prawnicze nie przekłada się wprost na inne kraje (gdybym był inżynierem czy lekarzem to co innego). Dlatego szukałem instytucji międzynarodowych. Znalazłem program dla młodych absolwentów i tak dostałem się do Europejskiej Agencji Kosmicznej w Holandii.

Brzmi kosmicznie…

Zajmowałem się tam kontraktami i zamówieniami publicznymi oraz modelami współpracy podmiotów publicznych i prywatnych. To było to, co robiłem już w kancelarii w Warszawie, tylko w innej branży.
Przez spędzone tam dwa lata zdobyłem nowe i cenne doświadczenie, także dlatego, że miałem do czynienia z inżynierami, matematykami, naukowcami, a nie, jak dotąd, głównie z prawnikami. A że w Agencji pracują ludzie z całej Europy, dla których angielski – tak jak dla mnie – jest drugim językiem, to znacznie podszlifowałem swoje umiejętności językowe. Dzięki temu później w USA nie miałem kłopotów z porozumiewaniem się.

Reklama

Podobno wszystkie swoje plany opracowywał Pan w tajemnicy. Także przed rodziną i znajomymi.

Nie chodziło o tajemnicę. Mój plan był długofalowy i nie chciałem o nim opowiadać na prawo i lewo. Mogło mi się nie udać raz, drugi, trzeci... Chciałem na spokojnie sobie próbować.

Taki już Pan jest, że musi mieć długofalowy plan działania?

Staram się wiedzieć, gdzie chciałbym być, ale droga dojścia do tego miejsca krystalizuje się w trakcie, więc zachowuję elastyczność. Nie planuję, że chciałbym się zajmować określoną dziedziną w konkretnym miejscu i czasie, raczej zastanawiam się, czy jestem tam, gdzie chciałbym być. Jeśli tak, to dobrze, ale już muszę myśleć o kolejnym wyzwaniu.

Reklama

To jak cytat z poradnika psychologicznego typu „jak osiągnąć sukces i być szczęśliwym”.

Okazało się, że takie podejście do życia najlepiej mi odpowiada. Znam wiele osób, które cenią sobie stabilizację i pewność, a u mnie jest odwrotnie – lubię, gdy nie wiem, co czai się za rogiem.

Jan Izydor Sztaudynger napisał: „Stabilizacja motylka to szpilka”.

Dokładnie. Z jednej strony lubię niepewność, a z drugiej poczucie, że każdy krok, choć wydaje się abstrakcyjny, jest logiczny. Gdy mówiłem znajomym, że idę do agencji kosmicznej, to drapali się po głowach i pytali: po co. A to było związane z moim dotychczasowym doświadczeniem, ale też aspiracjami. Staram się, żeby moje życie to był proces, sieć kolejnych dobrych kroków, które z siebie wynikają.

Reklama

Marzenie o Ameryce spełnił Pan, dostając się na studia z zakresu administracji publicznej na Uniwersytecie Columbia. I to z pełnym stypendium.

Miałem duże szczęście, bo to dość rzadkie, by dostać i stypendium ze szkoły, i do tego Stypendium Fulbrighta. Dzięki temu pokryłem koszty pierwszego roku studiów i życia w Nowym Jorku, co było bardzo dogodną sytuacją. Teraz jednak studia administracji publicznej zawiesiłem, bo idę na prawo.

Kolejna niespodzianka dla rodziny – Harvard.

Bardzo spodobał mi się amerykański system prawny, zupełnie inny niż nasz europejski, w którym dużo więcej w zakresie stanowienia prawa do powiedzenia mają sędziowie i gdzie obowiązuje prawo precedensu. Zdałem więc egzamin dla kandydatów na studia prawnicze, złożyłem aplikację na Harvard, dostałem się i pod koniec sierpnia zacznę nową przygodę. Tę szkołę skończyli m.in. Barack i Michelle Obama oraz wiele najważniejszych osób z amerykańskiego życia publicznego, więc liczę, że poznam tam wiele ciekawych osób.

Reklama

To mit, że trzeba być geniuszem, by dostać się tam na studia?

W Stanach przyjmuje się studentów na uczelnie nie tylko za zasługi naukowe. Przygotowując aplikację trzeba spojrzeć szeroko na swoje życie, dokonania i aspiracje. Trzeba pokazać działalność społeczną, naukową, sportową i pasje. Bo uczelnia stara się dobierać osoby tak, by tworzyły one ciekawą grupę.

Na studia prawnicze na Harvardzie także ma Pan stypendium?

Nie, zaciągnąłem na nie kredyt studencki. Blisko ćwierć miliona dolarów na te trzy lata. Na nasze standardy to jest kwota nieprawdopodobna, zaś w Stanach, choć też duża, to nie odbiega od normy.

To się nazywa inwestycja w wykształcenie.

Dosłownie, bo mógłbym pewnie kupić za to mieszkanie w Warszawie. Mnie już cieszy ta przygoda i możliwość poznawania bardzo ciekawych ludzi. Także z Polski, bo są tam studenci oraz profesorowie od nas.
Wracając do kredytu, to nie wydaje się on taki straszny, gdy się wie, że szkoła ma programy, które pomogą mi spłacić kredyt, gdybym zarabiał zbyt mało. Mogę więc podjąć interesującą mnie pracę, choć może nie najlepiej płatną, a Harvard mi pomoże w spłacie mojego zadłużenia.

Reklama

Po tych studiach będzie Pan mógł przebierać w ofertach pracy?

Mam nadzieję, chociaż w Polsce różnie z tym bywa. Czytałem kiedyś artykuł o absolwentach bardzo dobrych szkół w Wielkiej Brytanii czy Stanach, którzy mieli problemy ze znalezieniem pracy w naszym kraju. Pracodawcy podchodzili do nich nieufnie, bo obawiali się ich żądań finansowych lub tego, że i tak za chwilę będą szukać czegoś lepszego i odejdą.
Poza tym specyfika prawa jest taka, że moje wykształcenie, choć mam nadzieję ciekawe, niekoniecznie musi być atrakcyjne dla wszystkich pracodawców – w kancelarii polskiej zazwyczaj nie jest potrzebny prawnik ze stopniem amerykańskim. Myślę jednak, że coś znajdę. Może u amerykańskich inwestorów w Polsce? Albo w jakimiś innym państwie. Nie wykluczam też pozostania w Stanach przez jakiś czas, jeśli będzie taka możliwość. W trakcie studiów będę mieć mnóstwo czasu, by rozejrzeć się za kolejnymi możliwościami. Wtedy okaże się, co będę robić i w jakim kraju będę.

Zostanie Pan jednak przy prawie.

Tak, ale niekoniecznie w kancelarii. Widziałem, jak bardziej doświadczeni prawnicy, którzy pracują w kancelariach wiele lat i zarabiają bardzo dużo, nie zawsze są z tej pracy zadowoleni. Mnie pociąga ścieżka prawnicza związana z działalnością publiczną, szczególnie lokalną i samorządową. Myślę o prawnych i ekonomicznych aspektach dużych inwestycji infrastrukturalnych w miastach.

Reklama

Przeszła Panu kiedyś przez głowę myśl: ja, chłopak z małej miejscowości, zaszedłem tak daleko?

Nie, nie skupiam się na tym, co mi się udało, ale bardziej na tym, co jest przede mną. Cieszę się, że udało się osiągnąć stawiane do tej pory cele, ale nie uważam, że miejsce, z którego pochodzę, mogło mi w tym jakoś przeszkodzić. Odwrotnie – w Lipce i Złotowie zawsze miałem możliwość rozwijania swoich zainteresowań i bardzo dobrze te czasy wspominam.

Jednak może być Pan przykładem dla ludzi z takich miejsc jak Lipka, że jeśli się czegoś pragnie, to można to osiągnąć?

Każdy może zajść tam gdzie ja albo dalej. To kwestia znalezienia celu, do którego naprawdę chce się dążyć. Nie na zasadzie kaprysu, ale planu wartego poświęceń. Trzeba mieć jednak świadomość, że nie raz, nie dwa poniesie się porażkę. Sam aplikowałem do wielu miejsc i mam na koncie więcej odmów niż przyjęć. Co nie zmienia faktu, że ostatecznie liczy się to, co osiągnąłem, a nie niepowodzenia, których doznałem po drodze.

Reklama

Rozmawiał Łukasz Opłatek

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Ps - niezalogowany 2017-08-29 19:39:23

    Coś na ambicje dla nie ambitnych :-)

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    kled - niezalogowany 2017-08-29 19:30:39

    Gratuluję! 49 lat temu skończyłem LO w Złotowie!Za rok 50 lat , może Irka zorganizuje spotkanie? Tylko ona ma do tego predyspozycje!

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Ola - niezalogowany 2017-08-29 19:00:18

    A skąd tak prawdę mówiąc ten gościu jest z Lipki czy Złotowa

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama