Reklama

Noszona na rękach

08/03/2014 00:00
W domu jest otoczona przez mężczyzn, którzy o nią dbają. Ma z nimi do czynienia także w firmie transportowej, którą prowadzi. Jest matką, żoną, szefową, hodowcą koni, społecznikiem i, od jakiegoś czasu, fotografem. Rozmowa z Moniką Tadych

Jak to się stało, że trafiła Pani do Kruszek? O ile dobrze pamiętam, pochodzi Pani z dużo większej miejscowości.

Faktycznie, urodziłam się i dziecięce oraz młodzieńcze lata spędziłam w Grudziądzu. Do Kruszek trafiłam z miłości. Oczywiście nie tej do wiejskiego krajobrazu, lecz do męża Marka, który stąd pochodzi (uśmiech). Poznaliśmy się w połowie drogi, na studiach na ówczesnej Akademii Techniczno- Rolniczej w Bydgoszczy, gdzie studiowaliśmy zootechnikę.

Trudno było się przenieść?

W głębi serca zawsze o tym marzyłam. Mąż mniej (śmiech). On chciał się stąd już na zawsze wyprowadzić do miasta. Gdy rozmawiam z kimś na ten temat, żartuję często, że tak naprawdę nie mieliśmy wielkiego wyboru, bo w prezencie ślubnym od rodziców Marka dostaliśmy to gospodarstwo, w którym teraz mieszkamy, a ja w posagu wniosłam konia, którego też raczej nie da się trzymać w bloku na czwartym piętrze. Ale ta przeprowadzka nie odbyła się tak od razu. Przez kilka lat mieszkaliśmy w Bydgoszczy. Studiowaliśmy, rozkręcaliśmy firmę. Kruszki odwiedzaliśmy weekendowo.

Żeby pojeździć konno, zrelaksować się, odpocząć od zgiełku miasta?


Poniekąd też. Konie to moja wielka pasja, bo o stadninie, którą mamy, trudno mówić w kategorii źródła dochodów. To hobby, które w moim przypadku zaczęło się w liceum. Konia kupił mi mój tato. Co prawda wcześniej w rodzinie nikt nie jeździł, ale jak by nie patrzeć, w Grudziądzu była przed wojną szkoła jazdy konnej kawalerii wojskowej, a to zobowiązuje (uśmiech).

Kto więc podjął ostateczną decyzję o przeprowadzce?


Przekonał nas do tego nasz najstarszy syn Dawid, gdy miał 6 lat (uśmiech). Byliśmy w Kruszkach przez wakacje, dobrze się tu czuł, poznał kolegów, nie chciał wracać do miasta. Ponieważ miał od września iść do szkoły, stwierdziliśmy, że lepiej będzie, gdy zamiast do wielkiego molocha, gdzie większość dzieci jest dla nauczycieli anonimowa i gdzie nie zawsze jest bezpiecznie, pójdzie do małej, wiejskiej szkoły w Wiktorówku. Mniejsze klasy to inne podejście nauczyciela. Lepsze możliwości nauki, zdobywania wiedzy, dlatego jestem przeciwnikiem ich zamykania.

Pamięta Pani, jak była tutaj przyjęta jako "człowiek z zewnątrz"? Dało się odczuć pewien dystans mieszkańców, brak zaufania?

Oficjalnie i prosto w oczy nie. Możliwe, że stanowiłam swego rodzaju ciekawostkę, a moja osoba była tematem do rozmowy, ale...

To tylko fragment artykułu Szymona Chwaliszewskiego z AL 10/2014, s. 33

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama