Reklama

O niszczeniu Lecha Kaczyńskiego

27/01/2013 00:00
Cham, kurdupel, kartofel - to obelgi rzucane pod adresem Lecha Kaczyńskiego. Setki takich zniewag w książce "Przemysł pogardy" zebrał poznański dziennikarz Sławomir Kmiecik

Kto skorzystał na śmierci Lecha Kaczyńskiego?
Niewątpliwie Lech Kaczyński był przeszkodą dla wielu środowisk. To, co zebrałem w swojej książce "Przemysł pogardy", pokazuje, jak za pomocą rozmaitych drwin i szyderstw, które niewiele miały wspólnego z satyrą, za to bardzo wiele ze znieważaniem, toczono walkę z prezydentem. Na pytanie, kto skorzystał na jego śmierci, nie ma prostej odpowiedzi - to temat na dogłębną analizę polityczną. W mojej książce dokumentuję natomiast, skąd płynęły obelgi i inwektywy pod adresem głowy państwa.

Kto gardził Lechem Kaczyńskim?
Gardziło nim wiele sprzężonych ze sobą środowisk: przede wszystkim politycy, ale także znaczna część mediów. Również tak zwane autorytety i pozornie apolityczni celebryci. Nie przypadkiem zatytułowałem książkę „Przemysł pogardy”, bo słowo „przemysł” sugeruje, że jest to działalność zmasowana, na dużą skalę, wielotorowa i prowadzona przy podziale pracy.

Zebrał Pan mnóstwo przykładów świadczących o wyśmiewaniu prezydenta, a co Pana najbardziej zszokowało w tym materiale?

Najbardziej szokujące przykłady zniewag umieściłem w drugiej części książki, w której omawiam sytuację już po katastrofie smoleńskiej. Przyznam, że początkowo wykazałem się pewną naiwnością czy idealizmem, sądząc, że po śmierci prezydenta proceder niszczenia go za pomocą obelg i inwektyw ustanie. Tymczasem po krótkiej żałobie narodowej przemysł pogardy nawet wezbrał na sile. Szokujące jest to, że złamane zostało wielowiekowe tabu, zgodnie z którym nie szydzimy ze zmarłych. Bo jeśli Lech Wałęsa mówi o tragicznie zmarłym prezydencie, że śmierć w katastrofie była jego jedynym osiągnięciem, to jak zakwalifikować taką opinię?

[[reklama]]
Może po trosze przyczynił się do tego Jarosław Kaczyński, który wpłynął na pochowanie pary prezydenckiej na Wawelu. Skrócił tym samym czas żałoby i sprowokował dyskusje, czy Lech Kaczyński zasłużył na pochówek w tym miejscu.

Stwierdzenie, że brat zmarłego prezydenta wymusił pochówek na Wawelu jest nieprawdą. To jest jeden z czynników, na którym oparto całą akcję pośmiertnych szyderstw z Lecha Kaczyńskiego i jego rodziny. Zauważmy, że w publicznych rozmowach o pochówku na Wawelu brał udział cały zespół polityków i innych osób publicznych. Ostateczny głos w tej sprawie miały natomiast władze Kościoła.

Lech Kaczyński był dobrym prezydentem?
Moja książka nie jest o tym, czy Lech Kaczyński był dobrym prezydentem, czy złym. Jest o tym, jak niszczono jego wizerunek. Natomiast jeśli myślimy o głowie państwa, to musimy patrzeć na jej kompetencje i na to, jak dba o interesy państwa. Myślę, że nie można postawić Lechowi Kaczyńskiemu zarzutu, że tej dbałości nie wykazywał.


[[nowa_strona]]
Politycy muszą się liczyć z tym, że będą oceniani, a może i wyśmiewani. Lech Kaczyński był na to gotowy?
Był, bo przecież nie wszedł do polityki przez przypadek lub wbrew własnej woli. Satyra polityczna polegająca na równomiernym ośmieszaniu wszystkich uczestników życia politycznego jest normą w demokracji. Lech Kaczyński doświadczał tego już w latach 90. Kawały typu „co jest największym koszmarem sennym Lecha Wałęsy – trzeci Kaczyński” były jednak proporcjonalne do żartów z innych polityków. Także dowcipy z czasu, gdy pełnił funkcję prezydenta Warszawy nie budziły sprzeciwu. Destrukcyjny przemysł pogardy uruchomiono dopiero wówczas, gdy został głową państwa. Janusz Palikot publicznie mówił, że chodzi o „fundamentalne ośmieszenie” i trwałe uszkodzenie „podstaw godnościowych” tej prezydentury.

Przyzna Pan jednak, że L. Kaczyński miał problem z dystansem do siebie. Bywał też małostkowy, jak choćby wówczas, gdy koniecznie chciał się udać na szczyt Unii Europejskiej. Tradycyjnie uczestniczą w nich premierzy.
Nie, nie. Prezydent jest najwyższym przedstawicielem państwa, a polska Konstytucja nie określa, kto powinien pojechać na ten szczyt. To o czym Pan mówi jest elementem gry, w której - blokując Lechowi Kaczyńskiemu dostęp do rządowego samolotu - próbowano sugerować, że przypałętał się jakiś prezydent, który koniecznie chce dostać się do Brukseli. Z tego powodu była między innymi cała seria karykatur, np. jak łapie stopa do Brukseli albo że wcisnął się do luku bagażowego.

A pamięta Pan jak z powodu karykatury w jednej z niemieckich gazet zerwał obrady Trójkąta Weimarskiego?
W tej sytuacji prezydentowi nie chodziło o nazwanie go i jego brata kartoflami, ale o nikczemną sugestię, że Jarosław Kaczyński żyje ze swoją matką bez ślubu. Myślę, że każdy człowiek o wrażliwości z naszego kręgu kulturowego poczułby się tym dotknięty.

To może nie usprawiedliwia chamstwa w polityce, ale Lech Kaczyński także niewiniątkiem nie był. „Spieprzaj dziadu”, „małpa w czerwonym”, nominacja premierowska dla Donalda Tuska wręczana gdzieś w korytarzu...
Rozmawiamy o faktach czy „faktach prasowych”? Donald Tusk nie otrzymał nominacji w korytarzu - to jeden z wielu mitów. Chcę podkreślić, że nie skonstruowałem swojej książki na zasadzie, że był idealny prezydent, którego wszyscy próbowali zaszczuć. Lech Kaczyński, jak każdy człowiek, miał swoje słabości i jako polityk może być z nich rozliczany. Moja książka dokumentuje natomiast, jak ataki udające satyrę zostały zorganizowane w rodzaj strategii: ośmieszyć i politycznie zniszczyć.

Pisząc tę książkę zadał Pan sobie pytanie, również jako dziennikarz, czy Lech Kaczyński sam nie prowokował sytuacji, w których potem z niego drwiono?
To zabawmy się w taką prowokację intelektualną: co by było, gdyby Lech Kaczyński zataczał się pijany w Charkowie na grobach polskich oficerów, zamordowanych przez NKWD? Albo co by było, gdyby robił błędy ortograficzne w słowach „ból” (bul) i „nadziei” (nadzieji) lub gdyby mówił o kobietach, że są kaszalotami. Drwiny trwałyby tygodniami i prezydent zostałby rozjechany medialnie. Tymczasem te przypadki, o których wspominam, zaistniały w przestrzeni publicznej i bardzo szybko ucichły.

[[reklama]]
Stwierdził Pan, że czuje czasami, jakby „Przemysł pogardy” został wydany w drugim obiegu. Dlaczego?

Jeżeli książka wywołuje zainteresowanie społeczne, to znajduje to odzwierciedlenie w jej omawianiu, recenzowaniu, komentowaniu. O „Przemyśle pogardy” szeroko mówi się w mediach konserwatywnych, prawicowych, ale zupełnie milczy w mediach głównego nurtu. Sam chciałbym znać odpowiedź na pytanie, dlaczego tak się dzieje. Może jest tak w myśl zasady, że jak się o czymś nie mówi, to to nie istnieje? A z drugiej strony docierają do mnie pytania, czy publikując tę książkę nie za dużo ryzykuję, czy nie zostanę medialnie zlinczowany.

To jest dla Pana powód do strachu czy bardziej szansa?
Szansą to na pewno nie jest. Przecież nikt trzeźwo myślący nie chciałby zostać zlinczowany. Ja oczywiście wiem, że istnieje zasada, że obojętnie czy dobrze, czy źle, ważne, żeby mówili. Niekoniecznie jednak muszę w ten sposób kreować siebie w świecie publicznym. Dla mnie niepokojące jest to, że ludzie z autentyczną obawą pytają mnie, czy nie ponoszę zbyt dużego ryzyka publikując taką książkę. A przecież żyjemy w wolnym państwie.
[[nowa_strona]]
„Przemysł pogardy” ma być jedynie zbiorem faktów.
Nie pisałem tej książki z pozycji prokuratora, oskarżyciela czy kogoś, kto wydaje z siebie ryk złości. Napisałem to jako kronikarz i dokumentalista. Tylko tyle i aż tyle.

Czy jednak ta książka nie jest zbyt jednostronna jak na kronikarza? Skumulował Pan przykłady obrażania Lecha Kaczyńskiego, nie dając próbek ocen pozytywnych.
Trudno żebym w książce, która obrazuje pewien destrukcyjny proceder trwający całą (niepełną) kadencję prezydenta, a także po jego śmierci, dawał na siłę przykłady pozytywne. Nawiasem mówiąc, miałbym z tym ogromny kłopot. Znany socjolog zapytany przez jedną z redakcji, co może dobrego powiedzieć o Lechu Kaczyńskim odparł, że długo się zastanawiał, ale nic nie mógł wymyślić. To jest też jeden z mechanizmów przemysłu pogardy, że wszelkie zasługi czy zalety były marginalizowane lub ignorowane. A z kolei lapsusy czy potknięcia, które oczywiście zdarzały się, były wyolbrzymiane do monstrualnych rozmiarów.

Jak Pan dokonał selekcji materiału? Z tego co wiem jest go znacznie więcej niż zmieściło się w książce.
Tego materiału jest na trzy książki. Założenie było takie, by pokazać najpierw, jak ośmieszanie prezydenta odbywało się w kręgu autorytetów, czy elit.

Zebrany przez Pana materiał wystawia niezbyt pochlebną opinię tymże elitom, prawda?
Rzeczywiście. Spotykam się z opiniami, że ta książka jest porażająca, wstrząsająca. Podane przeze mnie przykłady zebrane razem wystawiają fatalne świadectwo polskim elitom. Pokazują, że tak naprawdę nie chodziło o ścieranie się idei czy rzeczową polemikę, ale o sprowadzenie do parteru, poniżenie.

Pańska książka już trafiła do Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Mecenas Stefan Hambura wskazuje ją jako źródło dowodowe w postępowaniu wyjaśniającym przyczyny katastrofy smoleńskiej. Czy to nie za daleko idąca interpretacja jej treści?

To osobista inicjatywa znanego prawnika, na którą nie miałem wpływu. Jeśli dobrze rozumiem intencje pana mecenasa Hambury, to chciał wykazać, że zanim doszło do katastrofy smoleńskiej, wcześniej na różne sposoby usiłowano zwalczać prezydenta Kaczyńskiego.

Materiały dotyczące satyry politycznej zbiera Pan od lat. Zamierza Pan pisać kolejne książki na ten temat?
Satyra jest moim hobby i przedmiotem dociekań. Mam bogaty materiał, a w głowie kilka projektów. Chciałbym nadal dokumentować i pokazywać, jak dowcip, żart, ironia są wykorzystywane w polityce. Tego też dotyczyły moje trzy poprzednie książki.

Które sprzedały się w nakładach...
Jeżeli chodzi o wydaną pod koniec lat 90. książkę „Wolne żarty! Humor i polityka, czyli rzecz o polskim dowcipie politycznym”, był to nakład parotysięczny. Dokładne dane ma jednak wydawca.

A „Przemysł pogardy”?
Sprzedaje się bardzo dobrze. Taka książka była potrzebna - mówi mi wiele osób podczas spotkań autorskich. Była oczekiwana i jest na rynku pierwsza, stąd jej sukces.
[[reklama]]
Jej pierwszy założony nakład to?
Musiałby Pan pytać wydawcę, czyli warszawskie wydawnictwo Prohibita, bo to jego kwestia. Wiem natomiast, że był już konieczny dodruk.

Książka o wyśmiewaniu Lecha Kaczyńskiego, czyli na bardzo nośny temat, ma być dla Pana trampoliną do kariery?
Po dwudziestu latach pracy w mediach niespecjalnie czuję potrzebę wchodzenia na trampolinę, bo jakiś dorobek już mam. Jednak jak każdy dziennikarz, a jest to zawód twórczy, staram się rozwijać. I to jest kolejny etap tego rozwoju. Ta książka jest dla mnie bardzo ważnym doświadczeniem życiowym i autorskim.

Jak, jako badacz satyry politycznej, ocenia Pan pomysł stworzenia komisji do śledzenia przypadków mowy nienawiści?
Jako autor książki pod tytułem „Przemysł pogardy” powinienem temu pomysłowi przyklasnąć. Sam wykonałem dużą pracę na rzecz udokumentowania tego zjawiska. Myślę tylko, że chybionym pomysłem jest to, aby tropieniem mowy nienawiści zajmowała się agenda rządowa. Takie rozwiązanie z gruntu skażone jest domniemaniem, że kierowana przez ministra komisja stanie się elementem walki politycznej.

Rozmawiał Łukasz Opłatek
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości