Reklama

Od sądu do sądu

02/12/2012 00:00
- Mącą, ćwiczą, zawsze coś wyćwiczą. [...] Kumoszki uwzięły się na mnie i wyzywają: stara baba, stara k*rwa? [...] Nie mam już siły z nimi walczyć. Czego ode mnie chcą, czego się mnie czepiają? - pyta Krystyna Czech

- Kiedyś byłam blokową, miałam klucze do suszarni i do pralni – nasza rozmówczyni zaczyna swoją opowieść od prozaicznego – wydawałoby się – wątku. Jak wyjaśnia, kiedy w 2008 roku przejęła tę funkcję po swej poprzedniczce, w gablocie mieszczącej się na klatce schodowej zawisła stosowna informacja. Cztery lata później, jak twierdzi, w wyniku zmowy sąsiadek, które podobno regularnie donosiły kierownikowi Miejskiego Zakładu Gospodarki Lokalami, Jarosławowi Bobkowi, że ta nie udostępnia sąsiadom kluczy, kartka musiała zniknąć – klucze przekazano innej osobie. – Bardzo dobrze wywiązywałam się ze swoich obowiązków – uważa Krystyna Czech – nie mam do siebie żadnych zastrzeżeń. Kobieta ma żal, że sprawy przybrały taki właśnie obrót, jest zdania, że za jej plecami uknuto intrygę. – Trzeba było zorganizować zebranie, każdy mógłby się wypowiedzieć, czy zabrać mi klucze, czy nie. Jestem przekonana, że większość sąsiadów byłaby przeciwna – nasza rozmówczyni nie ma co do tego wątpliwości. Tak się jednak nie stało, a pewnego dnia – jak opowiada K. Czech – w bloku, w towarzystwie dwóch mężczyzn, którzy w razie oporu mieli za zadanie przepiłować kłódki, zjawił się J. Bobek. – To zmowa sąsiadek – twierdzi kobieta. - Mącą, ćwiczą, zawsze coś wyćwiczą – opowiada.

Kierownik MZGL sprawę komentuje krótko: zmiany, o których mowa, to pokłosie problemów z dostępnością kluczy do pralni i suszarni. J. Bobek zwraca również uwagę na fakt, że konflikt ma naturę sąsiedzką, w związku z czym nie chce w sprawę ingerować. W kwestii siłowego otwierani drzwi wyjaśnia: nikt niczego nie przecinał, takie działanie to byłaby ostateczność. K. Czech została poproszona o przyniesienie kluczy i ostatecznie prośba ta została spełniona. –Po co kłódkę przecinać, niszczyć oddałam klucze dobrowolnie – mówi.

Sprawa za sprawą, wyrok za wyrokiem

Jak opowiada K. Czech, zarzewiem konfliktów jest zdarzenie z 2008 roku, kiedy to syn jednej z sąsiadek miał ją wyzwać, używając wulgarnych określeń, a także pobić. Nasza rozmówczyni, by mieć dowód wybryku chłopaka, wykonała na tę okoliczność obdukcję lekarską, a także zgłosiła sprawę na policję, następnie skierowała do sądu. Zanim jednak to nastąpiło, oczekiwała przeprosin. Jako że się ich nie doczekała – w 2010 roku wystąpiła z powództwem cywilnym. Efekt? Za znieważenie i naruszenie nietykalności cielesnej poprzez naplucie w twarz wobec chłopaka orzeczono miesiąc ograniczenia wolności, 20 godzin nieodpłatnej pracy dozorowanej. Oskarżonego zobowiązano również do pokrycia kosztów procesu. W tym samym roku miało dojść do następnego incydentu: chłopak kilkakrotnie miał uderzyć K. Czech w ramię. Ta podjęła interwencję – droga była podobna – obdukcja, policja, sprawa ponownie skończyła się w sądzie. Wyrok? 5 miesięcy ograniczenia wolności, 20 godzin tzw. „odróbki”.
[[reklama]]
Rok 2011 to dalszy ciąg zdarzeń. Syn sąsiadów „dokonał uszkodzenia drzwi wejściowych do mieszkania poprzez podpalenie okleiny […]” – czytamy w wyroku. Straty oszacowano na 200 złotych. Tym razem skończyło się na miesiącu ograniczenia wolności, 20 godzinach „odróbki” i zwrocie 200 zł, o które miał się upomnieć komornik. Kolejne wyroki nie ostudziły jednak sąsiedzkich emocji, wręcz przeciwnie – zaogniły sytuację. W bieżącym roku, w styczniu, uderzając w drzwi wejściowe sąsiad miał zakłócić ciszę nocną w domu państwa Czech. – Myślałam, że blok się wali – w ten sposób nasza rozmówczyni wspomina tamto zdarzenie. – To była zemsta – twierdzi. W tej sprawie sąd nałożył na mężczyznę grzywnę w wysokości 200 zł.
O zakłócanie spokoju o godzinie 10.00 w 2010 roku skarżona została też nasza rozmówczyni. Sąd nie dopatrzył się jednak znamion wykroczenia i sprawa została umorzona. – Co za bzdury – mówi K. Czech – Ja bym miała hałasować? To oskarżenie to zawiść i nic więcej.

Pani Krystyna twierdzi, że incydentów jest więcej. – Wyzywają mnie na klatce, na podwórku, potrafią krzyczeć za mną na ulicy. Kumoszki uwzięły się na mnie i wyzywają: stara baba, stara k*rwa – opowiada, dodając, że uprzykrzanie jej życia jest na porządku dziennym. Jej i jej bliskim, bo, jak mówi, również mężowi i synowi sąsiedzi nie dają żyć. Pani Krystyna opowiada, że kiedyś zamknięto jej syna w piwnicy, a kiedy długo nie wracał i poszedł po niego jej mąż, spotkał go taki sam los. Wezwano policję. Mąż miał też kiedyś zostać pobity, a konkretnie uderzony pięścią w głowę, co było przyczyną upadku. Obrażenia, które potwierdza karta leczenia szpitalnego, to wstrząśnienie mózgu i powierzchowny uraz głowy. Tym razem wobec pokrzywdzonego sąd orzekł nawiązkę w postaci 500 zł.
[[nowa_strona]]
–Boję się – wyjawia K. Czech, tłumacząc, że, z obawy przed kolejnymi atakami sąsiadów, zdarza jej się nie otworzyć drzwi inkasentowi. - Nie mam już siły z nimi walczyć. Czego ode mnie chcą, czego się mnie czepiają? – pyta. – Z nikim przez 50 lat nie zadzierałam, a tu teraz takie rzeczy się dzieją – denerwuje się.

Kolejna sprawa w toku

Na wokandzie jest kolejna sprawa – termin rozprawy wyznaczono na dziś (środa). Czego dotyczy? Sąsiadki miały alarmująco pukać do drzwi naszej rozmówczyni i krzyczeć, żeby zeszła na dół, do piwnicy. Pani Krystyna, jak opowiada, przestraszyła się, że coś się stało jej synowi, który poszedł akurat po ziemianki, tymczasem powiedziano jej, że ten miał w piwnicy – kolokwialnie mówiąc – nasikać. Nasza rozmówczyni, nie chcąc zaogniać konfliktu zabrała więc wiaderko z wodą, by posprzątać i wraz z mężem zeszła na dół. Tam jednak miało się okazać, że nic podobnego nie miało miejsca, a kobiety podobno zaczęły bić ją w czoło, opluwać i wyzywać. Wskutek zdarzenia K. Czech dotknął ból w klatce piersiowej, trafiła więc do szpitala, a sprawa do sądu. – Coś okropnego – mówi pani Krystyna. – Źle się czuję, nie mogę dłużej mieszkać w sąsiedztwie tych ludzi.
[[reklama]]
Bez komentarza

Jedna z pań, których sprawa bezpośrednio dotyczy, która spotkała się z Krystyną Czech w sądzie nie chce zajmować stanowiska w tej sprawie, z drugą nie udało nam się skontaktować. Zbyt wiele nie dowiedzieliśmy się też od sąsiadów, nie wszyscy otworzyli nam drzwi. – Nic nie chcę mówić – krótko zbył nas spotkany na klatce mężczyzna. – Przykro mi bardzo, nie chcę się wypowiadać – to z kolei kobieta. – Nie mam nic do powiedzenia. Nie chcę się w to mieszać, to mnie nie interesuje – następna lokatorka również nie dała się namówić na dłuższą rozmowę. Chwilę udało nam się porozmawiać wyłącznie z jedną mieszkanką bloku przy Moniuszki, która poprosiła jednak o zachowanie anonimowości. Jej zdaniem K. Czech w żadnej mierze nie jest wiarygodna. – Kłamie, zmyśla – podsumowała krótko – nikt jej życia nie uprzykrza. […] Nie ma tu dobrej opinii – kończy.

Krystyna Czech stanowczo oponuje. –Zupełnie się z tym nie zgadzam, to nieprawda – jej riposta jest krótka.

Patrycja Koplin
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości