- Mącą, ćwiczą, zawsze coś wyćwiczą. [...] Kumoszki uwzięły się na mnie i wyzywają: stara baba, stara k*rwa? [...] Nie mam już siły z nimi walczyć. Czego ode mnie chcą, czego się mnie czepiają? - pyta Krystyna Czech
- Kiedyś byłam blokową, miałam klucze do suszarni i do pralni – nasza rozmówczyni zaczyna swoją opowieść od prozaicznego – wydawałoby się – wątku. Jak wyjaśnia, kiedy w 2008 roku przejęła tę funkcję po swej poprzedniczce, w gablocie mieszczącej się na klatce schodowej zawisła stosowna informacja. Cztery lata później, jak twierdzi, w wyniku zmowy sąsiadek, które podobno regularnie donosiły kierownikowi Miejskiego Zakładu Gospodarki Lokalami, Jarosławowi Bobkowi, że ta nie udostępnia sąsiadom kluczy, kartka musiała zniknąć – klucze przekazano innej osobie. – Bardzo dobrze wywiązywałam się ze swoich obowiązków – uważa Krystyna Czech – nie mam do siebie żadnych zastrzeżeń. Kobieta ma żal, że sprawy przybrały taki właśnie obrót, jest zdania, że za jej plecami uknuto intrygę. – Trzeba było zorganizować zebranie, każdy mógłby się wypowiedzieć, czy zabrać mi klucze, czy nie. Jestem przekonana, że większość sąsiadów byłaby przeciwna – nasza rozmówczyni nie ma co do tego wątpliwości. Tak się jednak nie stało, a pewnego dnia – jak opowiada K. Czech – w bloku, w towarzystwie dwóch mężczyzn, którzy w razie oporu mieli za zadanie przepiłować kłódki, zjawił się J. Bobek. – To zmowa sąsiadek – twierdzi kobieta. - Mącą, ćwiczą, zawsze coś wyćwiczą – opowiada.
Kierownik MZGL sprawę komentuje krótko: zmiany, o których mowa, to pokłosie problemów z dostępnością kluczy do pralni i suszarni. J. Bobek zwraca również uwagę na fakt, że konflikt ma naturę sąsiedzką, w związku z czym nie chce w sprawę ingerować. W kwestii siłowego otwierani drzwi wyjaśnia: nikt niczego nie przecinał, takie działanie to byłaby ostateczność. K. Czech została poproszona o przyniesienie kluczy i ostatecznie prośba ta została spełniona. –Po co kłódkę przecinać, niszczyć oddałam klucze dobrowolnie – mówi.
Sprawa za sprawą, wyrok za wyrokiem
Jak opowiada K. Czech, zarzewiem konfliktów jest zdarzenie z 2008 roku, kiedy to syn jednej z sąsiadek miał ją wyzwać, używając wulgarnych określeń, a także pobić. Nasza rozmówczyni, by mieć dowód wybryku chłopaka, wykonała na tę okoliczność obdukcję lekarską, a także zgłosiła sprawę na policję, następnie skierowała do sądu. Zanim jednak to nastąpiło, oczekiwała przeprosin. Jako że się ich nie doczekała – w 2010 roku wystąpiła z powództwem cywilnym. Efekt? Za znieważenie i naruszenie nietykalności cielesnej poprzez naplucie w twarz wobec chłopaka orzeczono miesiąc ograniczenia wolności, 20 godzin nieodpłatnej pracy dozorowanej. Oskarżonego zobowiązano również do pokrycia kosztów procesu. W tym samym roku miało dojść do następnego incydentu: chłopak kilkakrotnie miał uderzyć K. Czech w ramię. Ta podjęła interwencję – droga była podobna – obdukcja, policja, sprawa ponownie skończyła się w sądzie. Wyrok? 5 miesięcy ograniczenia wolności, 20 godzin tzw. „odróbki”. [[reklama]]
Rok 2011 to dalszy ciąg zdarzeń. Syn sąsiadów „dokonał uszkodzenia drzwi wejściowych do mieszkania poprzez podpalenie okleiny […]” – czytamy w wyroku. Straty oszacowano na 200 złotych. Tym razem skończyło się na miesiącu ograniczenia wolności, 20 godzinach „odróbki” i zwrocie 200 zł, o które miał się upomnieć komornik. Kolejne wyroki nie ostudziły jednak sąsiedzkich emocji, wręcz przeciwnie – zaogniły sytuację. W bieżącym roku, w styczniu, uderzając w drzwi wejściowe sąsiad miał zakłócić ciszę nocną w domu państwa Czech. – Myślałam, że blok się wali – w ten sposób nasza rozmówczyni wspomina tamto zdarzenie. – To była zemsta – twierdzi. W tej sprawie sąd nałożył na mężczyznę grzywnę w wysokości 200 zł.
O zakłócanie spokoju o godzinie 10.00 w 2010 roku skarżona została też nasza rozmówczyni. Sąd nie dopatrzył się jednak znamion wykroczenia i sprawa została umorzona. – Co za bzdury – mówi K. Czech – Ja bym miała hałasować? To oskarżenie to zawiść i nic więcej.
Pani Krystyna twierdzi, że incydentów jest więcej. – Wyzywają mnie na klatce, na podwórku, potrafią krzyczeć za mną na ulicy. Kumoszki uwzięły się na mnie i wyzywają: stara baba, stara k*rwa – opowiada, dodając, że uprzykrzanie jej życia jest na porządku dziennym. Jej i jej bliskim, bo, jak mówi, również mężowi i synowi sąsiedzi nie dają żyć. Pani Krystyna opowiada, że kiedyś zamknięto jej syna w piwnicy, a kiedy długo nie wracał i poszedł po niego jej mąż, spotkał go taki sam los. Wezwano policję. Mąż miał też kiedyś zostać pobity, a konkretnie uderzony pięścią w głowę, co było przyczyną upadku. Obrażenia, które potwierdza karta leczenia szpitalnego, to wstrząśnienie mózgu i powierzchowny uraz głowy. Tym razem wobec pokrzywdzonego sąd orzekł nawiązkę w postaci 500 zł. [[nowa_strona]]
–Boję się – wyjawia K. Czech, tłumacząc, że, z obawy przed kolejnymi atakami sąsiadów, zdarza jej się nie otworzyć drzwi inkasentowi. - Nie mam już siły z nimi walczyć. Czego ode mnie chcą, czego się mnie czepiają? – pyta. – Z nikim przez 50 lat nie zadzierałam, a tu teraz takie rzeczy się dzieją – denerwuje się.
Kolejna sprawa w toku
Na wokandzie jest kolejna sprawa – termin rozprawy wyznaczono na dziś (środa). Czego dotyczy? Sąsiadki miały alarmująco pukać do drzwi naszej rozmówczyni i krzyczeć, żeby zeszła na dół, do piwnicy. Pani Krystyna, jak opowiada, przestraszyła się, że coś się stało jej synowi, który poszedł akurat po ziemianki, tymczasem powiedziano jej, że ten miał w piwnicy – kolokwialnie mówiąc – nasikać. Nasza rozmówczyni, nie chcąc zaogniać konfliktu zabrała więc wiaderko z wodą, by posprzątać i wraz z mężem zeszła na dół. Tam jednak miało się okazać, że nic podobnego nie miało miejsca, a kobiety podobno zaczęły bić ją w czoło, opluwać i wyzywać. Wskutek zdarzenia K. Czech dotknął ból w klatce piersiowej, trafiła więc do szpitala, a sprawa do sądu. – Coś okropnego – mówi pani Krystyna. – Źle się czuję, nie mogę dłużej mieszkać w sąsiedztwie tych ludzi. [[reklama]] Bez komentarza
Jedna z pań, których sprawa bezpośrednio dotyczy, która spotkała się z Krystyną Czech w sądzie nie chce zajmować stanowiska w tej sprawie, z drugą nie udało nam się skontaktować. Zbyt wiele nie dowiedzieliśmy się też od sąsiadów, nie wszyscy otworzyli nam drzwi. – Nic nie chcę mówić – krótko zbył nas spotkany na klatce mężczyzna. – Przykro mi bardzo, nie chcę się wypowiadać – to z kolei kobieta. – Nie mam nic do powiedzenia. Nie chcę się w to mieszać, to mnie nie interesuje – następna lokatorka również nie dała się namówić na dłuższą rozmowę. Chwilę udało nam się porozmawiać wyłącznie z jedną mieszkanką bloku przy Moniuszki, która poprosiła jednak o zachowanie anonimowości. Jej zdaniem K. Czech w żadnej mierze nie jest wiarygodna. – Kłamie, zmyśla – podsumowała krótko – nikt jej życia nie uprzykrza. […] Nie ma tu dobrej opinii – kończy.
Krystyna Czech stanowczo oponuje. –Zupełnie się z tym nie zgadzam, to nieprawda – jej riposta jest krótka.
Patrycja Koplin
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze