W czasach prosperity był jednym z najbogatszych ludzi w Złotowie. Miał żyłkę do interesów, czegokolwiek nie dotknął - zamieniało się w złoto. Życie nie raz dało mu w kość, Mieczysław Bagniewski zawsze podnosił się jednak z kolan. Nawet teraz, kiedy po milionerze nie zostało już śladu, sylwetkę ma ciągle wyprostowaną
Plac Paderewskiego. Stoję przy jezdni i wzrokiem szukam mężczyzny, z którym umówiłam się na spotkanie. Z jednej strony jacyś panowie kręcą się koło ławek, z drugiej spora grupka osób rozsiadła się wygodnie i dyskutuje. Zastanawiam się, do kogo podejść. Moje wahanie zdaje się dostrzegać siedzący niemalże naprzeciw mnie mężczyzna. Wstaje, dając znak, że to właśnie on na mnie czeka. Zupełnie nie wygląda na bezdomnego. Ot, zwykły przechodzień, który przysiadł na chwilę, by odpocząć. Fioletowa koszula, szary sweter, starannie ogolona twarz. I głowa pełna wspomnień, choć na początku nic tego nie zdradza.
Szczęście w nieszczęściu
Rok 1975. Pochodzący z Drożysk Wielkich mężczyzna przenosi się do Złotowa. Robi to dla kobiety, która skradła mu serce. W mieście odnajduje się zaskakująco łatwo, bardzo szybko dostaje pracę w Powiatowym Związku Spółdzielni Rolnych. Posadą nie cieszy się jednak długo, po niespełna trzech miesiącach zostaje bowiem wzięty w kamasze. Wbrew pozorom służba nie wyłącza go z pracy zawodowej, wręcz przeciwnie – po powrocie do cywila otrzymuje bardziej intratne stanowisko. - Zajmowałem się organizacją techniki handlu, tak to się szumnie nazywało – pan Mieczysław lekko uśmiecha się do wspomnień. Życie w swoim scenariuszu nie przewidziało jednak dla niego stabilizacji. Firma, w której pracował, została zlikwidowana, a naszego rozmówcę – na podobne stanowisko – przeniesiono do wałeckiego Wojewódzkiego Związku Spółdzielni Rolnych. Potem była Tarnówka i praca w tamtejszym GS-ie, który zresztą również dotknęła reorganizacja, i wreszcie Złotów. Panu Mieczysławowi powierzono tutaj funkcję dyrektora handlowego PSS-u. - Całe moje życie opierało się na handlu – opowiada nasz rozmówca, dodając, że kiedy popularną zaczęła być franczyza i kiedy zlecono mu przekazanie w ajencję trzech sklepów, postanowił zaryzykować i spróbować sił we własnym biznesie. Na ul. Bohaterów Westerplatte zaczął prowadzić sklep. - Interes dobrze mi szedł, nie mogłem narzekać – szczerze przyznaje M. Bagniewski – w ciągu trzy i pół roku kupiłem cztery samochody. Najpierw syrenę, potem zastawę, nysę i żuka – wylicza. - W tym czasie pobudowałem też chałupę na Zamkowej – pan Mieczysław do dziś pamięta jej numer – 59 – a potem zaczęły się czarne dni. Życiu rodzinnemu – w przeciwieństwie do interesów – daleko było do sielanki. Mimo dwojga dzieci małżeństwo Bagniewskich zdecydowało o rozstaniu. - Trzeba się było rozejść i chałupę podzielić – opowiada nasz rozmówca, dodając, że nie miał wówczas innego wyjścia jak zamieszkać kątem w wynajętym mieszkaniu. Ajencja sklepu została mu wypowiedziana i kiedy wydawało się już, że lepiej nie będzie, los niespodziewanie się do niego uśmiechnął.
[[reklama]]
[[nowa_strona]] Strzał w szóstkę
Pan Mieczysław miał w życiu ponadprzeciętne szczęście – skreślił wybrane przez siebie liczby i wygrał! Trafił w totolotku szóstkę. - To było milion 984 tysiące złotych, pamiętam dokładnie – takich rzeczy się nie zapomina. Za pieniądze, które praktycznie spadły mu z nieba mężczyzna postanowił wybudować drugi dom, tym razem na Słonecznej. Piękny, z ozdobnymi łukami i lwami pilnującymi wejścia na posesję. Prawdziwa willa. Pan Mieczysław nie siedział w niej jednak z założonymi rękoma – w głowie miał już kolejny biznes: pieczarkarnię. - Zobaczyłem coś takiego w Górznej i urzekły mnie białe, zastawione grzybami półki – nasz rozmówca przyznaje, że nie tylko rachunek ekonomiczny zdecydował o wejściu w ten interes, ale i względy estetyczne. Wkrótce do przynoszącej spore zyski pieczarkarni dołączyła hodowla brojlerów, a po jakimś czasie stała się jedynym źródłem dochodów. Hodowli pieczarek, w którą wdała się choroba, nie opłacało się już odbudowywać. Opłacało się natomiast inwestować w drób. - To było moje kolejne nieszczęście – z perspektywy czasu ocenia dziś pan Mieczysław. - Najpierw miałem 4 tysiące sztuk, potem 8, a w końcu 16 tysięcy – wyjaśnia, dodając, że powiększając hodowlę dał się namówić na zakup kurczaków z hodowli w Czarnem. - Wchodzę do kurnika, a tam osiemset sztuk leży plackiem – dziś już ze spokojem opowiada nasz rozmówca. Wtedy jednak, choć krew się burzyła, nie było czasu do stracenia. Reakcja była natychmiastowa: padnięte sztuki wysłano na sekcję do Bydgoszczy. Wyniki były druzgocące: choroba genetyczna. Wkrótce padły praktycznie wszystkie brojlery, a bank, w którym pan Mieczysław zaciągnął kredyt na paszę dla zwierząt, zaczął się upominać o zwrot gotówki. Zysków ze sprzedaży jednak nie było, nie było też więc skąd wziąć pieniędzy na spłatę zobowiązania. Mężczyzna nie miał wyjścia – trzeba było zrezygnować z domu. - Musiałem chałupę za psi grosz sprzedać i w ten sposób znalazłem się w noclegowni – pan Mieczysław gorzko kończy swoją opowieść. - Nie próbował Pan walczyć o zwrot pieniędzy zapłaconych za brojlery? - Przygotowaliśmy pozew zbiorowy, bo poszkodowanych było więcej – odpowiada, wyjaśniając, że mimo korzystnego dla niego wyroku pieniędzy nie udało się odzyskać. Nieuczciwy kontrahent przepisał cały majątek na syna, więc komornik nie miał nawet czego zlicytować. - W październiku minie cztery lata odkąd jestem bezdomny – mówi.
„Kiedy sobie wspominam
Dawne, dobre czasy,
Czuję się jakoś dziwnie, dzisiaj noc jest czarniejsza”
Golden Life
Aż trudno mi uwierzyć, że mężczyzna, który obok mnie siedzi, gdyby tylko pieniądze udało się odzyskać, byłby milionerem. Dłużnik jest mu bowiem winien ponad trzy miliony złotych!
Już mi wiele nie potrzeba...
Dziś pan Mieczysław zdaje się być pogodzony z losem. Nie ciska w życie złością, stara się upatrywać w nim pozytywnych stron. - Nie ma się co zamartwiać, trzeba brać życie jakim jest – mówi pogodnie. Ma z czego się cieszyć – córka, pracownik naukowy UAM, wiedzie z rodziną spokojne życie w Poznaniu. - Zawsze była pilna, nigdy z nią kłopotu nie było – chwali ją. Do nauki ciągnęło też jego wnuka. - To fenomen naukowy, wybitnie uzdolniony chłopak – mówi. Niestety jego ojcu życie się nie ułożyło, razem z naszym rozmówcą przebywa w noclegowni, być może jednak będzie miał szansę jeszcze się wybić. - To złota rączka, zna się na elektronice – całkiem realnie rysuje się przed nim praca.
Pan Mieczysław wiele już od życia nie chce, twierdzi, że w jego wieku nie ma już co oczekiwać cudów. Jedyne czego by chciał to dachu nad głową, zwłaszcza, że chore serce raz już się zbuntowało i czekać w ciągu dnia na otwarcie noclegowni jest mu coraz trudniej. - Wniosek o przyznanie mieszkania socjalnego złożyłem cztery lata temu – wyjaśnia, dodając, że póki co żadnego odzewu jednak nie było. Pozostaje czekać. Z ławeczki na Placu Paderewskiego przyglądać się życiu i liczyć na to, że fortuna jeszcze się kiedyś odwróci.
Patrycja Koplin
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze