Reklama

Ojciec strażackich dzieci

10/06/2012 00:00
Miał służyć w czerwonych beretach, ale wybrał straż. Jego rodziną są druhowie, choć od pewnego czasu nie jest już sam. O frajerstwie, zaspokajaniu ambicji i dumie z Andrzejem Kacprzakiem rozmawia Łukasz Opłatek

Panie Andrzeju, uciekał Pan przed wojskiem? Skończył Pan Technikum Mechanizacji Rolnictwa w Jastrowiu, ale w 1973 roku trafił Pan do Pożarniczej Szkoły Chorążych w Poznaniu. Można tam było zdobyć zawód pożarnika, ale także zaliczyć służbę wojskową...
Na komisji poborowej oceniono, że pójdę do czerwonych beretów. To była jednostka, która dawała w kość.

Dlatego zamiast czerwonego beretu wybrał Pan czerwony hełm…
Tak, chociaż wtedy strażacy nosili srebrne hełmy. To teraz dowódca ma hełm czerwony, a strażacy białe.

Po dwóch latach nauki trafił Pan do Złotowa do wydziału prewencji. Od początku był Pan teoretykiem. Na dźwięk syreny nie musiał się Pan zrywać.
Na początku nie. To była zupełnie inna straż niż obecnie i inne działania. W całym roku 1976 w rejonie złotowskim było 86 zdarzeń. To były tylko pożary.

To był Pan sikawkowym czy nie?
Wówczas w Złotowie na etacie byli tylko kierowcy, resztę obsady stanowili ochotnicy. Samochód gaśniczy wyjeżdżał do akcji, a ktoś z komendy jechał za nim jako dowódca akcji.

Jako żółtodziób po dwóch latach szkoły dowodził Pan akcjami gaśniczymi?
Tak. Pamiętam jak 3 września 1975 roku paliły się stogi i dwie stodoły w Świętej. Ratowaliśmy to, co się jeszcze nie paliło, a temperatura była tam taka, że koguty na naszym aucie stopiły się i spłynęły po szybie. Wtedy uratowałem życie właścicielowi gospodarstwa, który wszedł na poddasze po drabinie ratować mienie i zasłabł. Ja go wyciągnąłem.

Po dwóch latach trafił Pan do Piły, znowu za biurko. Strażacy nie zarzucają Panu, że nie wie Pan, o czym mówi, bo jest tylko teoretykiem?
To prawda, że nie biegałem z wężem, ale z ramienia komendy pilskiej szkoliłem strażaków, a jako komendant miejsko-gminny w Jastrowiu także dowodziłem akcjami.

Co jest trudniejsze: walka na pierwszej linii ognia czy podejmowanie decyzji w trakcie akcji?

Bieganie z wężem jest wyczerpujące fizycznie, ale to dowódca podejmuje decyzje i rozstrzyga o sukcesie bądź porażce. To jest duża odpowiedzialność.

Bał się Pan jej?
Młody człowiek podejmuje szybko decyzje oraz działania i czasem nie do końca na zimno kalkuluje. W tamtych czasach było łatwiej.

W chwili rozwiązania województwa pilskiego zrezygnował Pan z czynnej służby. Żałuje Pan tej decyzji?
Nie, bo upoważniono mnie do utworzenia struktur powiatowych OSP. Spotkaliśmy się z druhami w komendzie w Złotowie i wybraliśmy władze zarządu powiatowego.

Z automatu druhowie wybrali Pana. Nie było lepszego kandydata?

Nie mnie to oceniać. Ja to zebranie prowadziłem, więc druhowie jednogłośnie powierzyli mi funkcję prezesa zarządu powiatowego. Była to kontynuacja mojej służby dla dobra człowieka.

Chce Pan powiedzieć, że nie objął tego stanowiska dla prestiżu, dla określonych celów?
Niektórzy mówią, że na pewno biorę za to pieniądze. Nie, ja jeszcze do tego dokładam. Jeżdżę na narady, uroczystości swoim samochodem i finansuję to z własnej kieszeni. Czasem się ludzie ze mnie śmieją, że jestem frajerem.

Jest Pan nim?
Nie. Gdybym traktował to w takich kategoriach, to faktycznie powiedziałbym: po co mi to potrzebne.

Może dla funkcji. Czuje Pan, że jest ponad strażakami?
Ja nigdy nie daję im odczuć, że jestem ważnym prezesem. Identyfikuję się z druhami, bo na dobre oblicze naszego związku pracujemy wszyscy. A najbardziej druhowie, którzy jeżdżą do akcji.

Jest Pan prezesem zarządu powiatowego, wiceprezesem zarządu wojewódzkiego, członkiem władz krajowych. Dzięki temu może Pan zdobyć dla naszych strażaków więcej pieniędzy?
To jest błędne myślenie, że każdy powinien ciągnąć w swoją stronę. Ale czasem dostaję telefon z województwa: druhu Andrzeju, są wolne środki, jakbyś miał jakieś potrzeby, to rób szybko wnioski. Ja mam rozeznanie, więc dzwonię do prezesów OSP i bierzemy te pieniądze.

Te wszystkie tytuły zaspokajają Pańskie ambicje?
Są ludzie, którzy przyjmą każdą funkcję i pierś do przodu wypchną, ale jak potem przychodzi do pracy, to ich nie ma. Natomiast ja mam taki charakter, że jak się czegoś podejmuję, to staram się to robić dobrze i uczciwie do końca.

Nie powie mi Pan, że tytuł prezesa jednego czy drugiego przyjemnie nie łechce.
Gdyby człowiek był próżny, to by łechtało, bo dobrze to brzmi. Ale np. na nową kadencję mogłem być dalej członkiem zarządu głównego w Warszawie, ale zrezygnowałem. Przekazałem tę funkcję druhowi Krzysztofowi Fojtowi z Piły, żeby teraz on pracował w tych strukturach. Zajmie się tematem ratownictwa wodnego.

Martwi się Pan czasem o ratowników?
Pewnie, że się martwię. Dlatego proszę wójtów, burmistrzów o imienne ubezpieczenia dla osób, które jeżdżą do akcji. A ich samych o przestrzeganie zasad BHP i nie tylko.

Panie prezesie, coraz rzadziej słychać strażacką syrenę, ale wcale nie dlatego, że zdarzeń, do których jeździcie, jest mniej.

System powiadamiania bardzo się zmienił. Ale powiem, że dobrze, że syreny wciąż we wsiach wyją, bo to jest nie tylko wezwanie dla strażaków, ale również ostrzeżenie dla społeczeństwa. Ludzie wiedzą, że komuś dzieje się krzywda.

Bez was ochotników w powiecie nie byłoby bezpiecznie. Państwowa Straż Pożarna nie jest w stanie zabezpieczyć wszystkich zdarzeń.

Gdyby musieli to sami obsłużyć, to potrzeba by im było 2-3 razy więcej ludzi niż obecnie. Czasem jest kilka zdarzeń jednocześnie. Do części straż zawodowa nawet nie przyjeżdża, my to sami obsługujemy. Dlatego cieszy mnie to, że komendant PSP podkreśla zawsze, że my jesteśmy jedną drużyną i możemy na sobie polegać.

Wy jako strażacy dajecie społeczeństwu bardzo dużo. Co dostajecie w zamian?
Każdy gospodarz gminy wie, że musi mieć dobre jednostki straży. My więc korzystamy z samorządowych pieniędzy, czyli pieniędzy podatników. Dostajemy też słowa szacunku i podziękowania oraz satysfakcję z dobrze pełnionej służby.

Strażacy od lat brylują w rankingu najbardziej zaufanych zawodów. Z czego to wynika?

Bo my często jesteśmy na pierwszej linii. Udzielamy pierwszej pomocy, przekazujemy poszkodowanych służbom medycznym, zabezpieczamy miejsce zdarzenia, a jak wszyscy odjeżdżają, to my zostajemy, żeby posprzątać.

Zna Pan powiedzenie, że jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego? Jak ma się ono do strażaków?
Strażacy są przygotowani do działań ratowniczych i są w tym dobrzy. Nie są do wszystkiego. Chociaż był przypadek, że samochód pogotowia nie mógł dojechać do rodzącej kobiety, a strażacy dojechali i dziecko urodziło się w wozie strażackim. (śmiech)

Dlaczego jest Pan dumny ze strażaków-ochotników?
Bo oni są zawsze gotowi do akcji: w dzień i w nocy, latem i zimą są do dyspozycji. Zawsze można na nich liczyć.

I nigdy się Pan nie wstydził tej formacji?

Ja miałbym się wstydzić?! To bym w tym mundurze nie chodził. Mundurem się szczycę i cieszę się, że jest tak dobrze postrzegany w społeczeństwie. Z policji np. czasem się ludzie śmieją, lecą pod jej adresem epitety, a do strażaków ludzie odnoszą się przyjaźnie. Nawet jak strażacy wyważają drzwi w domu, to nigdy skarg na nich nie ma.

Sami czuwacie, żeby do służby nie trafiały czarne owce?
Zdarzają się odpryski. Jeżeli ktoś zrobi coś niewłaściwego, to wykluczamy takiego człowieka z naszych szeregów. Robimy selekcję i stawiamy na ludzi odpowiedzialnych.

Czym zasłużył Pan na zaufanie strażaków? W końcu regularnie wybierają Pana na swojego przedstawiciela.
Bo można mi zaufać i jestem otwarty na współpracę. Staram się podchodzić do strażaków po ojcowsku, nie ciągnę materii w jedną stronę, np. do mojego rodzinnego Jastrowia. Doceniam wszystkie jednostki OSP działające skutecznie i aktywnie w naszym powiecie.

Nie ma Pan wrażenia, że należy Pan do gatunku wymierającego? Społecznik to dziś rzadkość.
Rzeczywiście dziś każdy pyta: „za ile”? A ja wychowany na starych dobrych tradycjach, np. przez druha Jana Waldowskiego jestem nauczony pracy społecznej.

Słynie Pan z tego, że mówi Pan dużo i kwieciście. Często obserwowałem reakcje strażaków wskazujące na to, że nudzą ich te długie przemowy.

Jak ja przyjadę do danej jednostki raz kiedyś, to chcę druhom dużo przekazać. A prawda jest taka, że każdy rodzi się z jakimś talentem. Mnie łatwo przychodzi mówienie, nie muszę pisać przemówień na kartce. Ja mówię od serca. Ale jest też mniej przyjemna strona przemówień: druhowie od nas odchodzą na wieczną wartę i trzeba ich pożegnać. Też ja to robię.

Co jest Pańską miłością poza strażą?
Jakbym miał więcej miłości, to byłoby źle (śmiech).

Skoro mówimy o uczuciach. Nie jest tajemnicą, że od pewnego czasu chodzi Pan w skowronkach...
To tak widać? (śmiech) Ja jestem jeszcze kawalerem, ale od jakiegoś czasu mam bliską memu sercu osobę. Wiem, że kiedyś trzeba będzie powiedzieć stop straży, a nie chcę zostać sam jak palec. I chociaż późno, to chcę co nieco poukładać w swoim życiu.

Ale straży nic nie grozi?
Na razie nie. Moja wybranka też działa społecznie i rozumie, że pracuję na rzecz straży i służę ludziom. Powiedziała, że mam robić to co lubię, a czas tak sobie podzielimy, żeby starczyło go też tylko dla nas.

To jest Pan szczęściarzem. Wie Pan już, jak zakończy się ta przygoda ze strażą?

Co będzie w przyszłości, tego nikt nie wie, ale na pewno jak włożą mnie w te cztery deski, to w mundurze strażackim. Jak się związałem ze strażą, to do końca.
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości