Reklama

Onoare, czyli rumuńskie Cześć

02/09/2018 14:51

Prawie 4000 km. 9 dni. 10 pasjonatów. Zmęczenie, determinacja, satysfakcja. O swojej niesamowitej wyprawie opowiedzieli Sebol, czyli Sebastian Żywicki i Boguś – Bogusław Zieliński, członkowie Grupy Motocyklowej Motors Team z Jastrowia

Myślisz sobie – Rumunia. Jaki obraz masz przed oczami? Gruz, a pomiędzy kawałkami gruzu wirujący cyganie, gra tamburyn i słychać okrzyki dzieci w łachmanach. Bujda! Gruzu nie ma. Albo inaczej. Są skały. Przepiękne, wyrosłe góry okalające małe, spokojne miasteczka.

Myślisz sobie – rumuńskie miasteczko. Boooże, wiocha zabita dechami. Nic bardziej mylnego! Domy tam są bardziej prestiżowe niż celebryckie posiadłości na przedmieściach Warszawy. A teraz, wyobraź sobie – jedziesz na motocyklu. Dosyć powoli, żeby nacieszyć się widokiem pałacyków jak ze snu. Lecz nagle coś wyrywa cię z podziwiania bogatych, rumuńskich budowli. Nie wiesz jeszcze co to, ale słyszysz lekkie skrzypienie i ociężale (wyjątkowo ociężale – pół kilometra na godzinę) stukające kopyta, jak się po chwili okazuje, należące do dwóch pociesznych, rumuńskich osiołków. Ciągną drewniany powóz, na powozie – snopki. A po drugiej stronie – tabun bydła wracającego na pastwisko.

Reklama

Tak pokrótce można określić rumuński styl życia. Ale, ale!

To nie jest tak, że tam sami Cyganie wozami się poruszają. Nie, nie, to raczej takie sporadyczne wioski. Oni to lubią z sentymentu

– tłumaczy Boguś.

Jest miasto, wypasione domy, auta, a tu nagle, stąd ni z owąd, ktoś sobie jedzie furmanką. Rumuny, Cygany… a Polaki niech się lepiej uczą. Tam pełna kulturka. Ludzie są bardzo życzliwi, jeśli człowiek cokolwiek chciał, tłumacz Google i załatwione

– mówi Boguś.

W drodze powrotnej, około 20 km od granicy z Węgrami, mając w kieszeni ostatnie 50 euro, stajemy pod takim osiedlowym sklepikiem. Pytamy, czy można tu zapłacić w euro. Ekspedientka powiedziała, że nie. Kartą też nie – terminal nieczynny. Przychodzi miejscowy. Żar leje się z nieba, skóra nam się pali przez koszulki. On nam przynosi takie coś a’la Tymbark. Widzi, że jest nas więcej, więc wraca do sklepu i kupuje półtora litra lemoniady, po kubeczku dla każdego. Bardzo życzliwy. Nawet zrobiliśmy sobie z nim zdjęcie

Reklama

– opowiada Sebol.

Albo inna sytuacja, w Satumare. Był późny wieczór. Szukaliśmy sklepu. Idziemy, idziemy i nic nie ma, wszystko zamknięte. Nagle widzę, jedzie taksówka. Tak więc zawołałem go i się pytam, gdzie my tu znajdziemy jakiś sklep. Taksówkarz widzi, że nie jesteśmy stąd, więc zaproponował, że nas podwiezie, żebyśmy się nie męczyli.

To nie koniec rumuńskiej życzliwości.

Szukałem parkingu, gdzie mógłbym zaparkować motor przy pensjonacie. Spytałem gospodyni. Powiedziała, żebym chwilkę zaczekał i gdzieś poleciała. Gdy wróciła okazało się, że pukała od drzwi do drzwi i pytała, czy można zostawić motocykl. Postawiłem na podwórku sąsiada, nie było najmniejszego problemu

Reklama

– mówi Boguś.

Wesoły cmentarz

Rumunia to kraj łamania stereotypów. U nich nawet cmentarz jest wesoły. No jak cmentarz może być wesoły, prawda? Tak jak w Meksyku Los dias de muertos, „festiwal” zmarłych, tak w Rumunii celebrują odejście do wieczności poprzez jaskrawe kolory, obrazki oraz historie pisane na płycie nagrobkowej.

Specyfiką tego cmentarza jest to, że na nagrobkach wykuwane są postaci i ich historie, co robiły. Strzygacz owiec, kierowca powozu, rolnik…i wszystko w kolorach!

– tłumaczy Sebol. I to nie tak, że to tylko atrakcja. Ten cmentarz jest nadal czynny. Można dostrzec nagrobki datujące 2015, 2014, lata dziewięćdziesiąte.

Reklama

Jak u nas są krzyże, tak u nich są kolorowe tablice upamiętniające ich zajęcia za życia

– dodaje Boguś. Nie do wyobrażenia w Polsce, czyż nie?

Pejzaże

Trasy Transforgarska i Transalpiny w Rumunii należą do zdecydowanej czołówki najpiękniejszych tras na świecie. Kręte serpentyny, szosy, kamienne trasy, a wokół rozpościerające się widoki kilkaset metrów nad poziomem morza, które nie raz zaparły dech w piersiach podróżnych – to prawdziwa gratka dla ekipy z Jastrowia.

Wbrew pozorom, ale najtrudniejsze trasy to są właśnie autostrady. No mogę sobie pruć 160 km/h przez godzinę, ale takie autostrady są wszędzie. My chcieliśmy zaczerpnąć trochę kultury rumuńskiej, zobaczyć, jak to wygląda naprawdę. Dlatego wybieraliśmy takie trasy, by się trochę z nimi natrudzić

Reklama

– mówi Sebol. Przejazdy po różnych tunelach, pomiędzy monumentalnymi ścianami z kamienia.

Wyobraźcie sobie Wieliczkę, ale taką ogromną. Z wielkimi, przestronnymi jaskiniami wciąż białymi od soli. W której można pływać łódką albo przejechać się podziemnym diabelskim młynem. To jest właśnie kopalnia soli w Turdzie, jedna z licznych atrakcji w czasie tej dziewięciodniowej wyprawy. Przewinęły się również oba zamki Draculi (jeden faktograficzny – Polinari, ruiny, drugi – komercyjny w Bran).

Pasją w świat

To nie była pierwsza wyprawa jastrowskiej ekipy. Zwiedzili już calutką Polskę, wzdłuż i wszerz, a zwiedzenie Europy w ten sposób mają już w planach. Włochy, Rosja, Czarnobyl już zostały podbite przez Bogusia z klubem. We wrześniu podbita zostanie ukraińska Odessa, przygotowania trwają.

Reklama

Pewnie myślisz sobie: Boże, musieli wydać majątek na takie coś. A na taki wypad wokół Rumunii można sobie pozwolić nawet za niecałe dwa tysiące zlotych. Tyle kosztuje sam bilet w jedną stronę na Wyspy Kanaryjskie. Nic nie jest niemożliwe ani nieosiągalne, a można przeżyć unikatową, niezapomnianą podróż.

Patrycja Trojanowska

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Gość - niezalogowany 2018-09-02 21:01:10

    A motungi to panowie jakie posiadają?

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama