Kilka dni temu, w wieku 80 lat, zmarł zasłużony dla gminy Zakrzewo mieszkaniec, Pan Edmund Bindek. W sierpniu ubiegłego roku udzielił on ostatniego wywiadu dla Aktualności Lokalnych. Rozmowa została spisana przez Julitę Milczyńską w tekście "Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść"
Edmund Bindek skupia się na leczeniu. Schodzi ze sceny teatru, zszedł ze sceny pracy i życia publicznego… - Jak mawiał doktor Mendyk: jak nie umrzesz na raka, to z pewnością umrzesz z rakiem – mówi w rozmowie z Julitą Milczyńską, podsumowując swoją wieloletnią pracę i opisując aktualne życie.

Panie Edmundzie, chciałabym z Panem porozmawiać o Pana życiu, nie tylko pracy i Związku Nauczycielstwa Polskiego. Przecież Pan zajmował się wieloma rzeczami, także sportem i teatrem amatorskim.
Tak, zresztą nie tylko.
No właśnie. A co jeszcze w życiu Pan robił?
No, jeszcze uprawiam ogródek [śmiech] i hodowałem kiedyś gołębie i kury. Nadal mam gołębnik i kilka sztuk ptaków, ale już teraz nie ma się czym chwalić. Miałem w życiu różne hobby. Byłem nauczycielem wychowania fizycznego, ale przecież nie samą pracą człowiek żyje. Ja robiłem w życiu wielu rzeczy.
To znaczy?
Uczyłem wszystkiego. W Radawnicy pracowałem głównie jako nauczyciel wychowania fizycznego, ale miałem też w planie chemię, biologię. Zajmowałem się także młodszymi klasami. Przeszedłem w mojej karierze wszystkie klasy i wszystkie przedmioty.
Czyli rozmowę zaczynamy jednak od pracy. Miał Pan te klasy na tak zwane zastępstwo?
I tak, i nie. Kiedyś było tak, że można było uczyć wszystkiego. Jak w szkole nie było polonisty, to język polski dawano komuś innemu, jak nie było matematyka - tak samo. Dzięki temu była praca, ale i trzeba było znać się trochę na wszystkim. Nie lubiłem tylko uczyć pierwszej klasy, bo praca z małymi dziećmi wymaga niesamowitej koncentracji i cierpliwości. To jest nie lada wyzwanie dla człowieka! Ale i do tego można się przyzwyczaić – lubiłem pracę z dziećmi.
Ale głównie w pracy zawodowej i z wykształcenia był Pan wuefistą. Zawsze wysportowany, z poprawną sylwetką.
Tak. Tak było, a teraz to już jak Pani widzi – guzik z tego został.
Co się stało ze zdrowiem?
W 2013 roku poszedłem na operację endoprotezy prawego biodra, gdyż bardzo mnie ono bolało. Właściwie to namówił mnie to tego mój były uczeń. Czekałem na operację półtora roku. Miałem wtedy 73 lata. Niektórzy podśmiewali się trochę nawet ze mnie: mówili, że „pan wuefista i nie może się nawet podciągnąć na rękach…” Teraz mam na karku osiemdziesiątkę.
Piękny wiek.
Dziękuję. W 2015 roku zaatakował mnie niestety rak prostaty, ale walczę i nie poddaję się. Sam, własnym samochodem, jeżdżę regularnie na chemię do Bydgoszczy. W marcu miałem operację, a w maju już występowałem z teatrem seniorów na Malcie w Poznaniu. Miałem brachyterapię. Z rakiem, jak to mawiał śp. doktor Roman Mendyk, to jest tak: jak nie umrzesz na raka, to na pewno umrzesz z rakiem.
Na czym polega brachyterapia?
To jest napromieniowywanie. A wczoraj z kolei miałem cementowanie kręgosłupa. Od dwóch lat jeżdżę między Bydgoszczą a Piłą. Po roku od naświetleń rak zaatakował międzywęźla biodrowe. Zaproponowano mi chemię. Po trzeciej chemii wyleciały mi włosy. Niestety chemia pomogła na jedno, ale zaszkodziła na coś innego. Po niej wyniki wyszły jeszcze gorsze. Po tej chemii zaczęły mi pękać kręgi. Mam ich już zacementowanych pięć.

Ile lat przepracował Pan w zawodzie nauczyciela?
Czterdzieści cztery. Byłem wiele lat także gminnym dyrektorem szkół i inspektorem oświaty w Zakrzewie. Uczyłem w Głomsku, Starej Wiśniewce, jeździłem na indywidualne nauczenie do Werska. Wiele lat byłem też w radzie sołeckiej jako jej przewodniczący, a także prezesem i trenerem klubu sportowego „Jedność” Zakrzewo.
Taka historia, jak teraz w pandemii koronawirusa, w szkolnictwie wydarzyła się chyba pierwszy raz? Mówię o zdalnym nauczaniu. Jak Pan do tego podchodzi? To było dobre rozwiązane czy niedobre?
To na pewno było po raz pierwszy i było sporym zaskoczeniem. Oświata nie była do tego przygotowana, między innymi przez reformę, którą w Polsce przeprowadziła „dobra zmiana”.
Co Pan ma dokładnie na myśli?
No jak, „dobra zmiana”. Po co zlikwidowano gimnazja? Szkoda o tym gadać… Był to bardzo trudny rok szkolny dla szkolnictwa: najpierw protesty i strajki nauczycieli, potem koronawirus…, który obnażył nasze braki i niedoskonałości w oświacie. Nie każdy w domu ma nawet komputer. Sytuacja ta jasno pokazała, że zbytnia komputeryzacja w szkole też jest co najmniej ryzykowna, że zbytnio odchodząc od starych metod nauczana wiele ryzykujemy, że nie mamy równych warunków dla wszystkich dzieci. Przecież wiele dzieciaków nie brało nawet udziału w tym zdalnym nauczaniu…
No nie. Nie wszyscy rodzice pilnowali w tej kwestii dzieci, bo po prostu chodzili do pracy…
No bo to zadanie dla szkoły, a nie dla rodziców!
Dlatego, że już jakiś czas nie działo się, według Pana, dobrze, niedawno zrezygnował Pan z funkcji przewodniczącego Związku Nauczycielstwa Polskiego w Zakrzewie?
W związku działałem dziesięć kadencji, wiele lat byłem też tam prezesem, nawet jak już przeszedłem na emeryturę. Na szczęście w porę zrezygnowałem z tego, bo teraz już nie dałbym sobie rady.
Ze względów zdrowotnych?
Też. Ale i to już nie jest na moje nerwy... Po tych strajkach, kiedy to osobiście namawiałem koleżanki i kolegów, żeby strajkowali, wielu z nich straciło bardzo dużo pieniędzy, których nie odzyskali... Przyczynili się do tego między innymi rządzący politycy, którzy wobec nauczycieli wypowiadali, delikatnie mówiąc, niestosowne słowa.
Jakie?
Że nauczyciele są w ogóle niepotrzebni... i tak dalej, i tak dalej… A przy pandemii rodzice przeklinali, że nikt nie chce mieć ze swoimi dziećmi na dłuższą metę do czynienia jeśli chodzi o nauczanie. Zobaczyli, jaka to jest ciężka praca. I przestali tak pochopnie nauczycieli oceniać. Za moich czasów w ogóle rodzice inaczej podchodzili do szkoły. Byli z nią bardziej związani i bardziej ufali nauczycielom. A teraz zasadniczo źle ją oceniają. To mnie boli, a to także efekt „dobrej zmiany”… Kiedyś nauczyciel to był Ktoś! Miał szacunek społeczny. Kiedyś prosperowało dobrze szkolnictwo w Głomsku, Śmiardowie Złotowskim…
Potem jednak przyszedł czas, kiedy zaczęto zamykać te szkoły.
Tak, ja się na to nigdy nie zgadzałem. Walczyłem jako ZNP zarówno o Głomsk jak i o Śmiardowo Złotowskie. Wiele osób miało do mnie pretensje.
Ekonomia nie pozwalała podobno im na przetrwanie.
Ta cała ekonomia to jest guzik prawda. To wina takich a nie innych ustaw i reform: nauczyciel, magister może uczyć tylko swój kierunek. No i się namnożyło kadry. Gdyby była taka sytuacja, że w szkole podstawowej nauczyciel może uczyć wszystkich przedmiotów, to wystarczyłoby przecież ich tylko kilku. I nauczyciele nie musieliby jeździć od szkoły do szkoły, żeby uzbierać pełen etat. Nauczyciel też powinien wychowawczo oddziaływać na uczniów i być w jednym środowisku. A poza tym, jak zawsze, na nauczycieli była nagonka. Nigdy nie byliśmy u nas w gminie darzeni łaskawym okiem. Fakt jest jednak taki, że sami nauczyciele też trochę zawalili sprawę. Wszyscy myśleli, że nikt nie odważy się tego zrobić i zamknąć szkół. Byli tego nawet pewni. Uważam, że ekonomicznie można było pozwolić sobie nadal na utrzymanie tych szkół, tym bardziej, że dzisiaj te wioski się rozrastają i zamieszkują tam młodzi ludzie, którzy mają lub będą mieć małe dzieci.
A jak to będzie od września? Jak Pan to widzi?
Nie wiem, ja widzę to w ciemnych kolorach.
Czemu?
Bo nauczyciele na razie nie wiedzą konkretnie nic. Nie wiem, czy stare programy zostaną zmniejszone, bo są bardzo przeładowane. Do tego dochodzą zaległości od marca. Nie wiadomo, czy koronawirus się skończy. Będzie dylemat rodzica i będzie dylemat nauczyciela. Kto będzie siedział z dziećmi w domu i pilnował, czy robią lekcje? W końcu doprowadzimy do drugiego analfabetyzmu. Dzieciaki to też tylko z tym internetem i z tymi komórkami...
Ten temat budzi w Panu wiele emocji. Przejdźmy zatem do Pana pasji teatralnej.
W teatrze seniorów „Gminna Spółdzielnia” gram już wiele lat. A właściwie grałem, gdyż w kolejny sezon już nie będę wchodził. Tak postanowiłem. Co mi to dawało? Mam spore poczucie humoru i dystans do siebie. Tam mogłem być sobą! Zawsze na tych spektaklach mogłem mówić otwarcie. Zresztą Mikołaj [Mikołajczak – reżyser - przyp. red.] dokładnie wie, jakie spięcia mieliśmy [śmiech]. No, ale suma summarum zawsze się dogadywaliśmy. Traktowałem te spektakle jako urozmaicenie mojego życia emeryta. Po prostu czymś się trzeba było zająć. To było dobre.

No ale jest różnica między robieniem na drutach w domowym zaciszu a pokazywaniem się w odważnych, kontrowersyjnych spektaklach. Trzeba mieć do tego charakter!
No, i dlatego podobało mi się to, bo zawsze miałem charakterek. Ale, jak to mówią słowa popularnej piosenki, „trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść”. Bo może innym się coś blokuje? Już ten ostatni spektakl bardzo zaniedbałem, bo non stop kursowałem do Bydgoszczy i Piły. Jeden dzień tam, drugi dzień tam. Czasami było i tak, że prosto z chemii wstępowałem do domu kultury, gdzie była próba. Dołączałem i ćwiczyłem. Ale jest to już dla mnie wyczerpujące.
A nie boi się Pan, że jak tak wszystko odstawi, to się Pan zanudzi, „zdziadzieje”?
Jak już mówiłem, mam jeszcze swoje gołębie i kury. Ale już ich nie puszczam. Ciekawi mnie to i bawi trochę. Lubię zwierzęta, ptaki tym bardziej, przyrodę zasadniczo.
Wspominał Pan, że ma też ogródek.
Tak, mam ogródek właśnie po to, żeby zabić ten wolny czas czymś pożytecznym. Mam w nim kwiaty, warzywa i owoce. No ale jak w tym ogrodzie teraz robić, gdy się schylać już nie idzie? Dlatego ze smutkiem patrzę, jak wszystko powoli zarasta. I naprawdę jest mi przykro.
A jak Pan patrzy wstecz, Panie Edmundzie, to kiedyś były lepsze czasy czy teraz są?
Młodym na pewno dzisiaj żyje się łatwiej. Mają więcej możliwości. Choćby komunikacja. W sklepach jest więcej towarów i wszystkiego.
Ale ludzie nie mają czasu dla siebie.
No właśnie, i pod tym kątem to się wszystko zmieniło – ludzie nie mają czasu dla siebie. Nie przychodzą także do domu kultury. Ciągle chodzą tam te same osoby. Inni tylko krytykują. Atmosfera wśród ludzi jest, według mnie, bardzo brzydka.
Pan pochodzi z Zakrzewa?
Ja pochodzę ze Świętej. Przyszliśmy do Zakrzewa w 1974 roku i tu się pobudowaliśmy. Przedtem zostałem dyrektorem szkoły w Batorowie (gmina Lipka). Zrobiłem tam ładną szkółkę, bo jak się za coś biorę, to biorę się porządnie. Przez całe dwa lata, jak tam byłem, to żadna szyba nie poszła. Gdy ja przyszedłem, trzeba było około sto szyb wstawić. Wstawiałem je własnoręcznie z pomocą sekretarza urzędu gminy w Lipce.
Szyba?
Tak, dzieciaki bały się rozrabiać. Musiałem wypracować sobie twardą rękę, bo jak bym jej nie miał, to by mi na głowę weszli. Ale zawsze chciałem żyć dobrze i z rodzicem, i z nauczycielem, i z uczniem.
Udawało się?
Jakoś tak. Nauczycielom powiedziałem: waszym obowiązkiem jest rozmawiać z rodzicami i załatwiać wszystkie sprawy dobrze, a nie po macoszemu. Kazałem wszystkich równo traktować. Dla mnie wszystkie dzieci zawsze były równe. Nie pozwoliłem też sprzątaczki mobbingować przez nauczycieli. Kazałem nauczycielom samodzielnie organizować czystość w klasie, jeśli im się coś nie podobało.
Był Pan dosyć ostry.
Tak, ale nie żałuję żadnych zawodowo wypowiedzianych słów!
A czy kiedyś ucierpiał Pan z powodu tej odwagi, że powiedział Pan za dużo?
Nie, ja zawsze mówiłem, co myślę, prosto z mostu. Często też się sprzeciwiałem. Na niektórych zebraniach siedziałem w ławce sam przeciwko wszystkim. Ale nie uginałem się.
Opiekował się Pan swego czasu też salą sportową.
Już na emeryturze byłem kierownikiem sali. Zatrudniono mnie wtedy jako pracownika urzędu gminy. Miałem zajmować się salą po 16:00. Jednak z czasem młodzież robiła takie „akcje”, że przychodzili do mnie pod dom, czy już idę otworzyć drzwi… A pod salą czekała już kolejna dwudziestka. Z młodzieżą bardzo dobrze się dogadywałem. Na tej sali prowadziłem społeczne zajęcia od 16:00 do 22:00.
A wie Pan, jak na Pana wołali?
A różnie. Louis de Funes na przykład [śmiech].
Gdyby mógł Pan coś zmienić w swoim życiu, to co by to było?
Byłoby dużo do zmiany. Całe życie bym sobie inaczej ułożył. Człowiek czasami zaniedbywał różne sprawy.
Jakie?
Po pierwsze, tego domu bym sobie nie postawił, bo dzisiaj wygodnie żyłbym w jakimś mieszkanku w Złotowie. Zrezygnowałem z tego wtedy, bo nie wyobrażałem sobie żyć w klatce, w bloku. Teraz wolałbym jednak nie mieć własnego domu. Dużo pracy w niego włożyłem i nadal nie jestem zadowolony. Jeszcze eternit jest na dachu. Trzeba będzie go zdjąć. Marzy mi się ogrzewanie gazowe, ale w Zakrzewie nie ma wielu chętnych.
Ale nie zaprzeczy Pan chyba, że wieś się zmienia?
Bardzo dużo się zmieniło. Naprawdę bardzo dużo. Ta wieś zawsze była spokojna, elegancka, czysta.
I religijna?
Z tą religijnością to bym nie przesadzał… Ale sporo się dzieje, by ludzie mieli co robić po pracy. Ja myślę, że jeśli ktoś chce, to znajdzie coś dla siebie.

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Wspaniały człowiek. Bardzo go lubiłem. Do zobaczenia Panie Edmundzie!
Śp. Pan Bindek kiedyś na W-Fie podpisał się "Louis" i się zastanawialiśmy z kumplami o co chodzi. Zagadka rozwiązana. Świetny człowiek, pogodny, pracowity i z dystansem do siebie. Niech odpoczywa w pokoju.
Żegnaj kochany Edi
Żegnaj kochany Edi
O zmarłych podobno nie mówi się źle... Ale skrzywdził również wiele osób. Mam nadzieję że żałował chociaż...
Zawsze pamiętam jego żartobliwe słowa milszy ci schab niż metka głosuj na Edka. Człowiek którego lubiłem i szanowałem. To prawda chodziliśmy pod jego dom po klucze na salę przychodził graliśmy w kosza to były piękne czasy
Wspaniały człowiek. Bardzo go lubiłem. Do zobaczenia Panie Edmundzie!
Śp. Pan Bindek kiedyś na W-Fie podpisał się "Louis" i się zastanawialiśmy z kumplami o co chodzi. Zagadka rozwiązana. Świetny człowiek, pogodny, pracowity i z dystansem do siebie. Niech odpoczywa w pokoju.
Żegnaj kochany Edi