W listopadzie 2019 r. Julicie Milczyńskiej udało się jednak porozmawiać z Reginą i Tadeuszem Korczakami. Zapraszamy w świat nieopisanej miłości i wielkiego szacunku, najwyższej elegancji i niezwykłego poczucia humoru, cudowny świat z tamtych lat.
- Do udanego małżeństwa trzeba „tylko” nieustającej miłości – mówi Tadeusz Korczak, patrząc w oczy swojej żony Reginy. Od 67 lat trzymają się codziennie za rękę i wspominają: - Lipka to był najszczęśliwszy okres w naszym życiu. W świat nieopisanej miłości i wielkiego szacunku, najwyższej elegancji i niezwykłego poczucia humoru, cudowny świat z tamtych lat państwa Reginy i Tadeusza Korczaków zaprasza Julita Milczyńska. On pełnił obowiązki lekarza w Lipce, Ona kierowała złotowską biblioteką miejską. Podczas wywiadu musiała siedzieć po lewej stronie męża, stronie od serca.

Tadeusz Korczak: Pochodzę z Bądecza koło Wysokiej. Gdy miałem 6 lat byłem z rodzicami i piątką rodzeństwa w łagrze niemieckim w Potulicach koło Nakła. Mieliśmy niemiecki nalot w domu, skąd nas zabrali na siłę. Spaliśmy w ubraniach, bo byliśmy o nim uprzedzeni, a w środku nocy nie byłoby czasu na ubieranie się, dlatego mama nas położyła spać gotowych do wyjścia. W tym obozie jeden niemiecki żandarm kopnął mnie w lewe ucho i uszkodził mi je na całe życie. Dlatego dzisiaj na lewe ucho w ogóle nie słyszę. Obóz i ten wypadek to był potem jednak mój przywilej, bo zostałem kombatantem.
Regina Korczak, z domu Koczorska: Ja miałam szczęście, bo mnie wojna tak jakby ominęła, nie dotknęła osobiście.
Tadeusz: Pamiętam to wszystko tak jakby było wczoraj. Z Potulic wyratował nas przyjaciel mojego tatusia – adwokat, który perfekcyjnie znał niemiecki. Dobrze porozmawiał z Niemcami i nas wykupił. Wtedy trafiłem do Niemca, u którego pasłem gęsi, a tatuś był wywieziony na Wschód, gdzie kopał rowy przeciwczołgowe, żeby Ruski nie mogli wjechać do Polski.
Szkoła średnia
Tadeusz: Myśmy z Reginką poznali się w technikum rolniczym w Złotowie. Mieliśmy po naście lat. Chodziliśmy do jednej klasy. Jak ją zobaczyłem, to od razu wiedziałem, że to jest moja przyszła żona. To była miłość od pierwszego wejrzenia.
Regina: Fajny był chłopak z niego rzeczywiście. Przede wszystkim sympatyczny, grzeczny dla dziewcząt. Inni chłopcy lubili tam pstryknąć czymś czy klepnąć, a on tego nigdy nie robił. Dobrze umiał matematykę, a ja trochę słabiej i mi pomagał.
Tadeusz: Dobraliśmy się: matematyk i polonistka. To się uzupełnialiśmy, jak chodziłem do niej w zaloty.

Wycieczka klasowa 26 maja 1950 rok
Regina: Ja 11 lat dojeżdżałam do pracy z Lipki do Złotowa. Kolejarze wołali na mnie „pani pospieszna”, bo zawsze byłam w biegu, nie raz, nie dwa do pociągu biegłam co sił w nogach… Całe życie byłam dyrektorem tutejszej biblioteki. 41 lat tam pracowałam. Piętnaście lat w miejskiej, potem w powiatowej. Bardzo się starałam. Mimo że było nas tam szesnaście, starałam się zawsze dbać o moje dziewczyny. Dlatego na przykład Złotów jako jedyny w województwie koszalińskim miał wtedy największe pobory. Natomiast nigdy nie pozwoliłam się poklepywać po plecach. Z nikim nie przeszłam na „ty”, może dlatego mogłam utrzymać taki ład w pracy i szacunek do biblioteki. No i musiały dziewczyny dbać o siebie i się ubierać jak ludzie. Do dziś wspominają, jak im mówiłam, żeby nie chodzić w „kapciach i fartuchach”, bo to byle jak wygląda, a należy się ładnie ubierać. Mówiłam: jak jest impreza na poziomie, to żebyście mi w spodniach nie przyszły, tylko w sukienkach albo spódnicach.
Tadeusz: W Złotowie pracowałem w szpitalu powiatowym aż do emerytury. Byłem zastępcą kierownika wydziału zdrowia, a moim szefem był doktor Sztykowski, z którym utrzymujemy bardzo serdeczne kontakty do dzisiaj. On teraz mieszka za Lędyczkiem.
Tadeusz: W Lipce pracowałem w ośrodku zdrowia jako lekarz. To był najpiękniejszy i najszczęśliwszy czas w naszym życiu. Na dole piętrowego budynku miałem ośrodek zdrowia. Jeden pokój zajmowała położna, a u góry była izba porodowa. Jak coś się w izbie porodowej działo, to salowa miała taki drewniany młoteczek i trzy razy pukała w rury. Wtedy już wiedziałem, że muszę lecieć do góry, bo coś z porodem jest nie tak. Inną historią są wizyty domowe. Ja nie raz, nie dwa z wizyt domowych wracałem do domu dopiero nad ranem. Był jeden taki ranek, że po powrocie z pracy, to jest po całodniowym dyżurze i wieczorno-nocnych wizytach domowych, przyszedłem do domu, do żony i mówię, że jakby teraz ktoś zapukał o pomoc, to powiedz, proszę, że mnie nie ma w domu. Nie miałem już fizycznie siły. I co? Za chwileczkę słyszymy: puk, puk do drzwi. Córka miała wtedy 6 lat, dobiegła do drzwi i powiedziała: tatuś kazał powiedzieć, że go nie ma w domu. To nie było wyjścia: tatuś wstał, siadał na bryczkę i jechał ponownie na wizytę.
Regina: Mąż ma wielki sentyment do Lipki, bo tam naprawdę byli szczerzy, serdeczni ludzie. Nie było zazdrości i zawiści. Stosunek człowieka do człowieka był bardzo serdeczny. Myśmy to odczuli wielokrotnie. Tam ludzie byli bezinteresowni. Maż, za prywatne wizyty, nigdy nie brał pieniędzy. Zapłatą były jajka, wędliny... To były dowody wdzięczności. Do dwóch wspaniałych sąsiadów w Lipce chodziliśmy po mleko. Takie były piękne czasy.
Tadeusz: Na wizyty jeździłem bryczką. Często zimą. Gospodarze dawali mi w nogi swoje psy, by mnie ogrzewały. Potem, gdy kupiłem sobie pierwszy motor, to już jeździłem motorem. A jak mieliśmy malucha to już byliśmy wygrani i miałem luksus.
Regina: Pierwszymi pacjentami męża w Lipce była rodzina Grochowskich z Lipki. Pamiętam to dokładnie. Do dziś mamy z nimi kontakt, a to już trzecie pokolenie. Nawet niedawno w Lipce były pacjent dziękował mężowi, że ten onegdaj uratował mu życie…
Tadeusz: Prezesem Związku Kombatantów jestem od 1955 roku. Chodzi już tutaj bardziej o zachowanie pamięci o kombatantach niż działalność jako taką. Bo nie ma nas wielu. Nie mamy już spotkań. Związek istnieje na papierze. Nie ma tu u nas już kombatanta poniżej 80 roku życia. Nie robimy już spotkań, bo kto na nie przyjdzie? Biuro mamy w starostwie, tam urzędujemy razem z panią Ewą, sekretarzem. Przyjmujemy raz w tygodniu, w piątki, od godziny 9:00 do 13:00. Pierwsze biuro mieliśmy w piwnicy urzędu miasta. Jak zobaczył to starosta Goławski, którego mamę wiele lat leczyłem, powiedział zdecydowanie, że kombatanci nie mogą być w piwnicy, bo to nie wypada. I on nam załatwił wtedy biuro w starostwie. My na wojnie już siedzieliśmy w piwnicy...
Regina: Mąż już tyle lat jest prezesem kombatantów, że dawno by zrezygnował, choćby ze względu na stan zdrowia, ale żal mu tych ludzi. Zwłaszcza tych kilku wdów, pań podopiecznych, które mają małe emerytury. Mąż im pomaga pisać wnioski o wsparcie z medycznym uzasadnieniem i dzięki niemu dostają jeszcze raz w roku jakieś dodatkowe pieniądze.
Regina: Mamy dwie córki i troje wnuków. Marylka i Ewunia to nasze córki, a Iwo, Dominik, Feliks i Zosia to nasze wnuki. Iwuś już pracuje, a Feliks studiuje ostatni rok. Młodsza córka, Ewunia, jest po sztukach pięknych i mieszka w Warszawie, a starsza, Maria, mieszka w Poczdamie. Tutaj mamy dużo przyjaciół.
Tadeusz: Ja przy moich wnukach wyglądam już jak krasnoludek. Oni rośli, wysocy, ja już w drugim kierunku idę. Mój tatuś miał na imię Feliks, dziadek i pradziadek też, dlatego jeden z wnuków także nosi takie imię. Tutaj na meblach mam ich wszystkich zdjęcia. Pani zobaczy.
Tadeusz: Do udanego małżeństwa trzeba „tylko” nieustającej miłości, szacunku, zaufania i wzajemnego zrozumienia. Moja żona wie, co myślę, zanim to powiem. Ja mam tak samo! A jak w nocy idę spać, to żona wie, co mi się śni [śmiech]. A tak poważnie – w każdym domu może być tylko jeden dyrektor, reszta to muszą być pracownicy, dobrzy i wierni, ale jednak pracownicy. Moja żona nie musi nic mówić, wystarczy, że spojrzy i ja już wiem, co mam robić.
Regina: No nie przesadzaj już, Tadzik, co Ci się śni to nie wiem. Ale to prawda, należy swoje problemy rozwiązywać rozmową przy kawie. Nie krzykiem, kłótnią, cichymi dniami. Nie znamy tego. A i tak zawsze nazajutrz udało mi się każdą sprawę załatwić po swojemu [śmiech]. Tak to zrobiłam, żeby wyszło jak chciałam. W małżeństwie trzeba się wzajemnie słuchać, nie robić żadnych tajemnic. Być szczerym. My tak robimy od lat do dziś. Mamy szczęśliwie życie. Rozumiemy się, szanujemy i kochamy. Wszystkim młodym mówimy, żeby się nie kłócić!

50-lecie ślubu
Regina: W naszym życiu dużo podróżowaliśmy. Dużo zwiedzaliśmy. Byliśmy we Francji, bo tam mieszkała moja ciocia. Jeździliśmy też do Belgii i do Niemiec. Wszystkim szczerze zalecam podróżowanie. Nie rezygnujcie z tego, bo kiedyś przyjdzie czas, że nie będzie na to sił. Nasze córki też dużo jeżdżą, i to od małego. Młodsza córka to prawie cały świat zwiedziła. Pojechała kiedyś do Londynu, tam pracowała jako pokojówka i zarobiła na kolejny wyjazd.
Tadeusz: Opowiem pani taką jedną przygodę. Jak raz wracaliśmy z Paryża, to ciocia i kuzynki obdarowały żonę paryskimi sukienkami. Ale aż tak, że bagażnik auta był pełen i jeszcze na dachu mieliśmy też pełno tych sukien. Kiedy przyjechaliśmy na polską granicę, a należy pamiętać, że wtedy była komuna i wszystko by należało oclić albo, nie daj Boże, oddać, celnik pyta się mnie, co ja tam mam tak naładowane wszędzie?! Już myślałem, że wszystko będzie nam trzeba wypakować lub nam zabiorą. Podszedłem do niego jednak i pytam: czy był pan kiedykolwiek z żoną na urlopie? Na wakacjach? Był pan? W Paryżu padał cały czas deszcz i żona ani jednej nie ubrała, tak jak je zabraliśmy tak je przywiozła nieruszone teraz do domu... Celnik machnął ręką, westchnął ze współczuciem i mówi: jedź pan dalej.
Tadeusz: Mam ogromne poczucie humoru, zawsze takie miałem. Widzę, że czasem pani nie wie, czy mówię poważnie, czy na żarty, prawda?
Regina: Między innymi dlatego mąż mi się tak bardzo spodobał. Jego poczucie humoru bardzo pomagało w trudniejszych chwilach. Zjednuje sobie tym ludzi.
Regina: Kapelusze uwielbiam ponad wszystko, jeśli chodzi oczywiście o modę. Mam ich ponad dwadzieścia. Moja prababcia nosiła kapelusze, moja babcia nosiła kapelusze, moja mama nosiła kapelusze, ja noszę kapelusze i nasze córki też. Odziedziczyliśmy to jedna po drugiej chyba. Kapelusz dodaje szyku i można odpuścić sobie trochę z fryzurą [śmiech]. Jak byłam teraz u lekarza na badaniu kontrolnym, to pan doktor dziwił się, że na mój wiek tak dobrze wyglądam. Swoją cerę zawdzięczam także zapewne uwarunkowaniom genetycznym. Proszę mi uwierzyć, że pomadkę używałam od zawsze, nawet mając zaledwie 20 lat. Używam jej do dziś. Ale na twarz kładę od lat tylko i wyłącznie krem nivea. Teraz trochę pudru od czasu do czasu. A gości zawsze przyjmuję w butach, inaczej kultura mi nie pozwala.
Tadeusz: My cały czas spędzamy razem. Nie rozstajemy się praktycznie ani na chwilę.
Regina: Często, jak tylko pogoda nam na to pozwala, spacerujemy na promenadzie, koło której teraz mieszkamy. Zawsze idziemy pod rękę, mąż jest bardzo szarmancki. Poza tym mąż dużo czyta, szczególnie wieczorem. Lubi właściwie każdą literaturę, ale czyta też dużo prasy. Ogląda telewizję, przede wszystkim sport i gry typu teleturnieje wiedzy. Oczywiście zna większość odpowiedzi.
Tadeusz: Mamy wspaniałe życie! Mamy siebie!

Dom państwa Korczak to skarbnica wspomnień
Regina: Sprawdzę w kalendarzu. Dziś idziemy do siostrzenicy na kawę na 15:30.
Tadeusz: Renia, a ubierać krawat i marynarkę?
Regina: Tadzik. No jak nie!? Zawsze nosisz, a teraz się pytasz! Ubierać! Nigdy nie zrezygnowaliśmy ze spotkań społecznych ani towarzyskich. Stale mamy kontakt z ludźmi, znajomymi i przyjaciółmi. To bardzo ważne, by się nie zamykać w mieszkaniu i sobie, bo wtedy to już jest „kaplica”. To żadne życie w samotności. Takie umieranie za życia. Wtedy nie ma motywacji, żeby się ubrać, uczesać, bo to tak już jest. Jedno jest ważne na emeryturze - nie wolno siedzieć w domu.
Regina: Jesteśmy bardzo wierzący i myślę, że to Bóg dał nam siebie, pozwolił nam się poznać i dał wiele lat w zdrowiu i szczęściu. Myślę, że ten Ktoś tam u góry dobrze tym wszystkim zarządza.

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Piękne życie, piękna miłość i piękne wspomnienia.
To cudowni LUDZIE. Każdy kontakt z Nimi to była wielka przyjemność! Naprawdę nie znam małżeństwa równie uroczego, pogodnego, barwnego, a przede wszystkim szanującego się. Ona zawsze elegancka i życzliwa, On zawsze szarmancki i dowcipny. Wielka szkoda, że Pani Reginka została sama.
Takich małżeństw już nie ma, moi nieżyjący już dziadkowie też mieli do siebie szacunek i chociaż nie było im łatwo nigdy nie słyszałam żeby się kłócili albo wyzywali kogoś
Bardzo piękne życie i pięknie opowiedziane. Szkoda tylko że nie wszystkim tam u góry Pan Bóg tak układa życie jakby chcieli. Dlatego też pozostaje nam cieszyć się wyjątkami długiego życia osób którym nikt nie bruździł, co dało im tyle radości. Być może a nawet napewno, prawdą jest to że pozycja społeczna jak i stan posiadania pomaga w spełnianiu marzeń. Wszyscy mieszkańcy Złotowa znali tę parę która zawsze była razem i o to chyba w wspólnym życiu chodzi.
Państwo Korczakowie byli też bohaterami filmu Leszka Sawickiego "Póki my żyjemy". Wielu bohaterów filmu już nie ma pośród nas, dlatego chwała panu Leszkowi, że upamiętnił takich zasłużonych, szlachetnych mieszkańców naszego miasta.
Bardzo kochani niesamowici ludzie mam do nich ogromny sentyment to moja mlodość, moje wspomnienia, bardzo mi smutno, że już odchodzą, ale życie mija i nadchodzi kres trudno się z tym pogodzić
Wielki szacunek dla Państwa Korczaków. Mieszkałam kiedyś w Lipce, w Złotowie uczyłam się w słynnym LO. Pamiętam Pana doktora z dzieciństwa, urodziłam się w ośrodku, o którym pisał, właśnie wtedy tam pracował. To była rodzina z wielką klasą, pozdrawiam Marylkę i Ewę.
RIP. Cudowni ludzie. Klasa sama w sobie.
Ale ich córki to wredne istotki. Z jedną się uczyłam a z drugą byłam w harcerstwie. Nie wiem w kogo się wrodziły.
Myślę, że nie jest to czas i miejsce na takie niestosowne komentarze. Jeśli autor ma Potrzebę rozliczenia się z przeszłością, to proponuje nie wypisywać komentarzy w internecie, a skierować się na terapię. A potem zastanowić się, jak niesmaczne jest zostawianie takich słów pod artykułem o panstwie Korczakach.
Dla ścisłości . Pan Korczak w Lipce pracował nie jako lekarz lecz jako felczer i zwyczajowo nazywany był " panem doktorem " Miał w tych powojennych czasach dobrą opinię .Po nim Ośrodek przejął lekarz .
Piękne życie, piękna miłość i piękne wspomnienia.
To cudowni LUDZIE. Każdy kontakt z Nimi to była wielka przyjemność! Naprawdę nie znam małżeństwa równie uroczego, pogodnego, barwnego, a przede wszystkim szanującego się. Ona zawsze elegancka i życzliwa, On zawsze szarmancki i dowcipny. Wielka szkoda, że Pani Reginka została sama.
Takich małżeństw już nie ma, moi nieżyjący już dziadkowie też mieli do siebie szacunek i chociaż nie było im łatwo nigdy nie słyszałam żeby się kłócili albo wyzywali kogoś