Reklama

Otarłem się o śmierć

09/04/2013 00:00
Bóle były tak silne, a mój stan tak zły, że chyba nie miałbym pretensji do Opatrzności, gdybym w pewnym momencie w ogóle się nie obudził - wspomina Wojciech Kurdzieko. Z byłym wójtem gminy Lipka rozmawia Piotr Steffen

Jak się do Pana zwracać? Panie wójcie czy Panie Wojciechu?
Chyba lepiej po imieniu.

Zdarza się, że do dzisiaj zwracają się do Pana per wójcie?
Bardzo często. Tak to się u nas przyjęło, to chyba taki grzecznościowy zwrot.

Pytam, bo pamiętam, że kiedy jeszcze kierował Pan samorządem nie lubił Pan zwrotu „Panie wójcie”. Wolał Pan wyłącznie „wójcie”.

Zdecydowanie tak. To bardziej naturalne. Słowo „panie” zawsze odbierałem zbyt górnolotnie. Nawet w spornych sytuacjach czy wręcz kłótniach, które też się przecież zdarzały, gdy ktoś mówił: „panie wójcie” tak nie może być – zawsze wydawało mi się, że to „panie” było na siłę albo, powiedzmy, z ironią.

Zatem Panie Wojciechu... Minęły ponad dwa lata od czasu, gdy odpoczywa Pan od odpowiedzialnej funkcji. Jaki był to okres?
Przede wszystkim ogromnej poprawy zdrowia, zarówno psychicznego, ale przede wszystkim fizycznego. Jest dużo, dużo lepiej.

Pamiętam cukrzycę, silnie zaczerwienione pod koniec kadencji oczy, zmęczenie wypisane na twarzy. Co właściwie Panu było?

Okazało się, że między innymi chorowałem na boreliozę. Jest dalece prawdopodobne, że zmagam się z tą chorobą od około dziesięciu lat.

Jak to możliwe, że dopiero po tylu latach zdiagnozowano problem?
Trudno mi powiedzieć. To choroba, która przez nasz system zdrowia jest słabo rozpoznana. Prawda jest taka, że badania zrobiłem z własnej inicjatywy, prywatnie. Gdy dowiedziałem się o schorzeniu Stanisława Wełniaka, a także jednej z urzędniczek w Lipce, pomyślałem, że może i u mnie to jest przyczyną dramatycznego samopoczucia i zdecydowałem się wykonać odpowiednie badania. Okazało się, że mam bardzo wysoki stopień zachorowania. Ludzie, którzy nie chorują, mają określony współczynnik na poziomie do dziesięciu. Ci, którzy chorują, mają około czterdzieści takich jednostek, u mnie wykazało aż 170. To był naprawdę rekordowy wynik.

To ponoć bardzo bolesna choroba. Jak Pan w ogóle mógł z tym funkcjonować?
Sam nie wiem. Na pewno nie pomagało to w pracy, wpływało na koncentrację. Ta choroba atakuje układ nerwowy, oczy, stawy, mięśnie, układ kostny, wszystko boli, nawet skóra. Zdarzało się, że gdy siedziałem na fotelu czułem się tak, jakby ktoś wbijał mi w plecy gwoździe. To są nie tylko pełne bólu dni, ale też nieprzespane noce. Dopiero od roku dobrze sypiam. Mogę powiedzieć, że przypomniałem sobie, co to jest sen. Objawy choroby są różne, dlatego jest ona tak trudno rozpoznawalna. Jako ciekawostkę powiem, że gdy leżałem w szpitalu spora grupa tych, którzy byli kierowani do szpitala z podobnymi objawami miała skierowania od psychiatrów czy wielu podobnych specjalistów. Tak trudno rozeznać to schorzenie.

Gdyby wcześniej je zdiagnozowano, ostatnie dwie kadencje Pana pracy wyglądałyby inaczej? Bo były przecież zastrzeżenia do Pana postawy, zaangażowania, a przede wszystkim efektów.
Trudno oceniać. Nie chciałbym się usprawiedliwiać, ale na pewno inaczej bym się czuł. U mnie choroba zaatakowała przede wszystkim oczy, stawy i mięśnie. Wzrok miałem czterokrotnie słabszy niż normalnie. Pod koniec było już tak, że nawet tytułów artykułów w „Aktualnościach” nie mogłem przeczytać.

[[reklama]]
To prawda, że w pewnym momencie był Pan w tak dramatycznym stanie, że groziła Panu śmierć?

Krytycznie było w czerwcu 2011 roku. Wtedy moje życie rzeczywiście wisiało na włosku.

Jest Pan człowiekiem wierzącym?
Tak. Dlaczego?

Modlił się Pan o zdrowie, o życie?

(Chwila zastanowienia) W tym najbardziej krytycznym stanie bóle były tak silne, a mój stan tak zły, że chyba nie miałbym pretensji do Opatrzności, gdybym w pewnym momencie w ogóle się nie obudził.
[[nowa_strona]]
Długo trwało leczenie?
Paradoksalnie nie. Dostałem antybiotyk, który właściwie w dwa tygodnie postawił mnie na nogi. Objawy, które miałem przez wiele lat, ustąpiły w kilkanaście dni. Dzisiaj czuję się zupełnie inaczej. Od roku bóle ustąpiły, wrócił normalny sen, poprawiła się moja wymowa, odeszły też stany depresyjne, bo również występowały.

Ze świeżym umysłem bacznie obserwuje Pan to, co dzieje się w Lipce i okolicach?
Staram się być na bieżąco, mieć wiedzę na temat tego, co dzieje się w gminie.

A Pana zdaniem co się dzieje?
Obawiam się, że może zacząć się kampania wyborcza. To zdecydowanie przeszkadza w pracy i szkodzi wszystkim, którzy uczestniczą w życiu publicznym samorządu. Teraz powinno się przede wszystkim działać, a z wyborami czekać do końca kadencji.

Mówi to Pan dlatego, bo już ten chleb jadł?

Tak. I z doświadczenia wiem, że wczesna kampania źle się kończy dla wszystkich, a przede wszystkim dla gminy.

Kto zaczął tę kampanię?
O nie, nie namówi mnie Pan na tego typu dywagacje. Zresztą to nie ma wielkiego znaczenia. Ważne, ażeby niektórzy zapamiętali tę przestrogę i tego nie kontynuowali.

Obawia się Pan, że współpraca wójta z radą może pójść z tego tytułu w złym kierunku na ostatnie półtora roku kadencji?
Dokładnie. Dlatego kibicuję wójtowi, żeby się nie dał, żeby dalej skutecznie realizował swoje cele. Wysłuchał oczywiście radnych, w ogóle innych osób, ale przede wszystkim, żeby podejmował mądre, rozsądne decyzje zgodne ze swoim sumieniem. Taka jest moja rada, choć zawsze zastrzegałem się, że nie będę mu udzielał żadnych pouczeń.

Skoro już Pan udzielił – doradzał Pan czasami wójtowi przez ten dwa lata?
Sporadycznie wójt pytał, jakie jest moje stanowisko w danej sprawie. Ale przede wszystkim dotyczyło to decyzji, które jeszcze ja podejmowałem i które rodziły konsekwencje na obecną kadencję.
[[reklama]]
Jak obiektywnie ocenia Pan – ale nie jako wujek, tylko jako były wójt, o którym zawsze mówiono, że ma ogromną wiedzę samorządową – pracę bratanka?
Przede wszystkim jest bardzo zaangażowany. Sporo rzeczy udało mu się pozytywnie sfinalizować. Pozostaje życzyć, żeby dalej tak skutecznie realizował wszystkie cele, jakie postawił sobie i pracownikom.

Takich efektów Pan się spodziewał, czy raczej jest Pan zaskoczony i uważa, że wójt radzi sobie nadzwyczaj dobrze?
Spodziewałem się tego. Obawiałem się tylko jednego – żeby Przemek psychicznie wytrzymał napięcia, jakie towarzyszą tej pracy, żeby wystarczyło mu siły i determinacji, żeby nie przejmował się złośliwościami, złymi podpowiedziami.

Rozumiem, że to obawy też wynikające z własnego doświadczenia?
Zawsze w samorządności jest tak, że nie wszyscy mają jednakowe cele. Czasami rozbieżne cele mają niestety drugie dno.

Widzi Pan konkretne osoby, które mają sprzeczne cele niż wójt?
Naprawdę nie chcę się aż tak czynnie angażować w obecne życie naszego samorządu. Dlatego pozwoli Pan, że pozostawię to pytanie bez odpowiedzi.
[[nowa_strona]]
Wielu osobom obecny wójt kojarzy się z Panem z początków kariery. Pan także widzi podobieństwa?
Tyle osób tak często mi o tym mówiło, że chyba sam w to uwierzyłem.

A jak dzisiaj, z tej dwuletniej perspektywy, siebie ocenia Pan za 20 lat rządów gminą Lipka?
Nie żałuję żadnej strategicznej decyzji. Nawet tych, kiedy zarzucono mi, że się upierałem. Miałem świadomość, że nie wszyscy się z nimi zgadzali, ale z czasem uważam, że były one właściwe. Choć na pewno były drobne rzeczy, które można było zrobić lepiej, inaczej. Jak każdy, jakieś błędy zapewne popełniłem.

Który najbardziej siedzi Panu do dzisiaj na wątrobie?
Pozwoli Pan, że nie będę o nich przypominał. Tym bardziej, że te sprawy nie mają dzisiaj żadnego znaczenia.

Sądziłem, że uderzy Pan się w pierś za szkołę. Za to, że wyremontowano ją i rozbudowano za gminne pieniądze, bez pozyskania na ten cel środków Unii Europejskiej. Gdy już po nie sięgaliście, byliście wprawdzie o włos, ale jednak nie udało się ich zdobyć.

Owszem, ale nie było to wynikiem zaniechania, błędów urzędników czy moich. Środki na systemy wspomagania oświaty zostały okrojone, stąd niewiele samorządów z nich skorzystało. Nam rzeczywiście wtedy niewiele zabrakło.

A z czego jest Pan dzisiaj najbardziej dumny?
Chyba z rozwiązania problemu gospodarki ściekowej, w oparciu o wspólną oczyszczalnię w Debrznie Wsi. Do dzisiaj należycie to funkcjonuje przy bardzo niskich kosztach inwestycji. Z zadowoleniem wspominam też, że – przynajmniej w mojej ocenie – w naszym urzędzie była dobra atmosfera do współpracy, co też nie jest bez znaczenia.

Jak wspomina Pan współpracę z radami? Z niektórymi osobami sporo Pan walczył. Jak ocenia Pan te tarcia z perspektywy czasu?
Większość przynosiła kompromisy i dobre rozwiązania dla gminy. To były twórcze dyskusje. Ale bywały sytuacje, że nie o dyskusję chodziło, a o niuanse ukryte w podtekstach.

Jakie uczucia wzbudzają dzisiaj w Panu nazwiska Klimek czy Pacholik?
(Uśmiech i chwila zastanowienia). To byli przewodniczący rad poprzednich kadencji, którzy (ponownie milczenie)...
[[reklama]]
Widzę, że to dość trudne pytanie.
Na pewno były momenty, kiedy mieliśmy bardzo rozbieżne stanowiska. Ale w gruncie rzeczy wiele spraw zrealizowaliśmy. Z radami czy wtedy, czy teraz, na ile obserwuję bieżącą sytuację, jest jeden zasadniczy problem. Kwestia kompetencji. Radni muszą mieć świadomość, że owszem, stanowią prawo, ale nie podejmują decyzji. Dlatego często dochodziło do takich kompetencyjnych sporów o to, kto ma decydować. System, który jest w samorządach budzi pewne kontrowersje. Moim zdaniem, żeby w samorządzie dobrze się działo, żeby właściwie funkcjonował powinno być tak, że wójt powinien mieć większość w radzie. Niestety nie zawsze tak bywa.

Czyli niektórzy radni błędnie wychodzili z założenia, że za wiele mogą?
Po prostu zapominali o kluczowej sprawie. Rada stanowi prawo, ale nie rządzi. Rada ma za to inną ważną funkcję – kontrolną. Tyle że funkcja kontrolna nie jest funkcją władczą. Natomiast wójt odpowiada jednoosobowo, nawet wtedy, gdy realizuje decyzje podjęte przez radę.

Odchodząc od samorządu, a wracając do Pana – czym Wojciech Kurdzieko obecnie się zajmuje?
Piszę aplikację komputerową, która obejmuje kontrolę obiegu dokumentów w urzędzie.

Długo Pan nad nią pracuje?
Około rok. Program jest gotowy w 80%. Obecnie jestem na etapie tworzenia procedur, które chronią oprogramowanie przed błędami użytkownika. Chodzi o to, ażeby aplikacja umiała wyjść obronną ręką z sytuacji, kiedy urzędnik popełni błąd.

[[nowa_strona]]
Pamiętam, że komputery, informatyka to Pana wielka pasja.

Tak. Informatykiem nie jestem, bo z wykształcenia moja specjalizacja to elektronika przemysłowa, zajmowałem się programowaniem w języku maszynowym. Ale komputery to od lat moje hobby.

Gdy już Pan skończy program...
Spróbuję przetestować go w urzędzie w Lipce, jeśli oczywiście wójt wyrazi zgodę. Oczywiście udostępnię go nieodpłatnie. Zresztą dwie inne aplikacje mojego autorstwa w naszym urzędzie funkcjonowały. Powstały jeszcze w czasie, gdy byłem wójtem.

Jeśli obecnie powstający program się sprawdzi, będzie mógł Pan dalej go sprzedawać i coś na tym zarobić?
Tak, jeśli będą chętni. Przy czym nie piszę go z myślą o zarobkach.

[[reklama]]
Ale z czegoś żyć trzeba. Jak to obecnie wygląda?

Mam rentę.

Dożywotnią?
Nie. Mam ją do przyszłego roku.

Co jeśli nie przyznają kolejnej?
Jest to pewna niewiadoma i obawa na przyszłość. Będę na utrzymaniu małżonki?

Może ponowne ubieganie się o fotel wójta? Miałby Pan dzisiaj szansę w konfrontacji z bratankiem?
Nie lubię zawracania i konfrontacji.


Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama