Reklama

Palnikiem i młotem

30/09/2012 00:00
Sukces rodzi się w bólach, biżuteria w ogniu. Zawód złotnika bardziej przypomina kowala niż artystę o wymuskanych palcach. Tak powstają ozdoby

Plastelina z kopalni

961,78º Celsjusza – w takiej temperaturze topi się srebro. Marek Żeromski bawi się ogniem zawodowo. Odkręca butlę z gazem propan-butan z podłączonym do niej palnikiem i kieruje strumień ognia na wyjęte z woreczka granulki srebra. Syk. Rozgrzane powietrze odbija się od blachy broniącej ściany przed zapłonem. Mężczyzna niczym rycerz w przyłbicy, zbrojny w rękawice i tygle, zmienia metal z KGHM Polska Miedź w Lubinie w płyn. – Umieszczam go we wlewaku o odpowiednim kształcie. W kwadrat gdy chcę, by szyna pierścionka była tego kształtu – po pół godziny złotowianin wyciąga drut grubości pół centymetra. Wygina go palcami jak plastelinę - srebro jest bardzo ciągliwe i kowalne. Jubiler to nie kowal, złoto i srebro, w którym pracuje, może obrabiać na zimno.

Szybkie cięcie

Jubiler stosuję gilotynę. Nie skraca królów o głowę, nie dusi przeciwników w zapasach. Podkłada pręt pod stalowe ostrze i dzieli go na dwie części. To początek tortury. W rogu pokoju zalotnie śmieje się walcarka. Przez czterdziestoletnią maszynę przepuszczono tony szlachetnych metali. Srebrny pręt wciska się w kolejne ryfy. - Im mniejszy kwadrat, tym delikatniejszą obrączkę możemy z tego zrobić – M. Żeromski dokręca śrubę i wciska metal pomiędzy płaskie walce. Cząsteczki Ag szaleją. Stawiają coraz większy opór. Gubią się. Płomień palnika na powrót ustawia je w szeregu. - Gdy materiał zacznie się robić twardy, trzeba go na nowo wyżarzyć, żeby stał się plastyczny – pięćset stopni wystarcza. Srebro jest najlepszym przewodnikiem ciepła.
[[reklama]]
Marek Żeromski w jego płomieniu grzeje się od dzieciństwa. Na szczupłych palcach ani śladu biżuterii, szyi nie dociąża cień łańcuszka. – Nie lubię się obwieszać, przeszkadza mi to w pracy – projektant biżuterii mierzy szynę elektroniczną suwmiarką. Półtora milimetra to zbyt wiele na pierścionek, mężczyzna odchudza metal o trzy dziesiąte.

Siłowy artyzm

Biurko, przy którym pracuje jubiler, to ledwie dziesięciolatek, ale jego blat wygląda na siedemdziesiąt. – Taka jest eksploatacja – okurzone palce sięgają po piłkę do metalu. - Przyjmijmy, że zrobimy rozmiar trzynaście. Dodając grubość materiału musimy mieć 55 milimetrów długości – w miejscu rysy zrobionej przez suwmiarkę delikatnie przemyka piła. Opiłki, resztki ponownie pójdą pod ogień. W zakładzie nie ginie nic poza srebrnym kurzem powstającym przy pracy pilnikiem.

Pilnik poprzedza ołówek, jeden z wielu zatopionych w mosiężnym kubku. Trudny projekt rodzi się najpierw na papierze. – Jest to połączenie pracy manualnej z artystyczną. Pomysły na biżuterię czerpię z wszystkiego co mnie otacza: z przyrody, nowego przedmiotu, budynku – zwinne dłonie zawijają szynę w kółko. Tradycyjnie. Końcówki łączy lut, który topi się szybciej niż srebro. Syk oznacza schłodzenie i zdjęcie z powierzchni tlenków. – Wystarcza kilka sekund, bo przedmiot jest nagrzany. Jeśli by nie był nagrzany, to trzeba by wygotować go w kwasie przez kilka minut – mówi jubiler, maskując miejsce łączenia papierem ściernym o gradacji 1000.

Gdzie jest koło? Pojawia się po nałożeniu szyny na rygiel i uderzeniu woskowym młotkiem. - Mam dosyć zniszczone palce, paznokcie, bo nie jest to łatwa praca. Niby biżuteria jest delikatna, ale spotkałem jedną kobietę w tym zawodzie. Jeśli chodzi o podejście do zawodu to delikatna nie była – M. Żeromski śmieje się ze swojej miłości do obróbki metali szlachetnych.

Klienci z fantazją


Najlepiej pracuje się w ciemności. Kolor wiśniowy oznacza, że srebro nabrało ochoty do pracy. Po opalaniu kąpie się w wodzie. Jubiler nie patrzy na maseczkę wiszącą na ścianie. – Używam jej podczas topienia, srebrzenia, gdy unoszą się związki trujące. Ta para nie ma zapachu – mężczyzna ponownie walcuje metal wykorzystywany m.in. w fotografii.
[[nowa_strona]]
Część prac złotowianina można zobaczyć na zdjęciach. O niektórych opowiada: - Oczekiwania klientów są bardzo różne. W 30% mają własne pomysły, zwykle zdają się na mnie. Ale ostatnio np. robiłem pierścionek ze skrzydłami anioła. Na każdym dwucentymetrowym skrzydle było pięćdziesiąt ręcznie robionych piórek.

Najbardziej pracochłonne są ozdoby nawiązujące do XIX–wiecznych wyrobów. Zawierają dużo filigranów, zdobień warkoczowych. – Czasem ludzie chcą, by zrobić im obrączki, które będą wyglądały jak wykopane w ogródku – mężczyzna wraca do pracy.

Ginący zawód


Półmilimetrowa blacha rozpycha się w formie, pan Marek uderza młotkiem w okrągły wycinak, a metalowe kółko brzęczy na stole. W ręku już czeka anka – bolec z kulą na końcu. We współpracy z puncyną (sześcian przypominający kostkę rubika z otworami różnej wielkości) zaokrągla srebro.

Jubiler sprawnie zmienia narzędzia. Na blacie obok leciwych gilotyn i nożyc stoi nowoczesna maszyna grawerująca. – W tym zawodzie trzeba umieć połączyć ten sprzęt – projektant spłaszcza czubek półkuli i opowiada o swojej profesji: - Jest to zawód ginący przez to, że większość biżuterii wytwarzana jest taśmowo, wiele sprowadzanych jest z Chin. Ja uczyłem się od 70-letniej kobiety, która miała zakład po ojcu. A młodych złotników nie znam.
Pomoc trzeciej ręki
[[reklama]]
Pan Marek ma trzy ręce. W jednej dzierży palnik, w drugiej pęsetę. Trzecia – mały obciążnik przywierający do blatu z samozaciskową pęsetą na końcu - nieruchomo trzyma szynę.
Srebrną miseczkę jubiler doprowadza do pionu kilka razy. Robi to na wyczucie. Dziś jest cierpliwy. - Są różne dni, różne prace i nie zawsze wychodzi tak, jak by się chciało. To jest taki zawód, w którym trzeba być bardzo cierpliwym – mężczyzna zanurza pierścień w oksydzie. Czarny płyn równie chętnie jak za srebro bierze się za skórę. Minuta postarza srebro o kilkadziesiąt lat. Musi pasować do bursztynu.

Skamieniałą żywicę kupuje się od poławiaczy z Gdańska. Wyjęta z morza jest surowa, matowa i ma błoniastą skórę. Połysku dostaje po lekkim oszlifowaniu. Taki nieobrobiony kamień jubiler układa do snu w srebrnej kołysce. Nabija go na cienki drut i przykleja. To prosta metoda. - Obróbka niektórych kamieni trwa czasem pół dnia. Bywa, że kamień ma 30 kornów, takich małych elementów trzymających, a każdy taki element trzeba wycinać włosową piłką i zakuwać – złotowianin sięga po papier ścierny „setkę”. Po pracowni rozchodzi się delikatne skrobanie. Po minucie biżuteria jest jeszcze starsza.

- Będzie to jedyny taki pierścionek na świecie – złotnik wyrywa srebro z objęć trzeciej ręki.

Łukasz Opłatek
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama