Kiedy dostał pracę w banku, radia były wielkości szafy. Na miejscu trzeba było je reperować. Zaraz też telewizory zaczęły wchodzić. Pierwszy publiczny był w świetlicy, gdzie teraz mieści się zakład kosmetyczny. To był dopiero szał. Ludziska się pchali, żeby na ten cud popatrzeć, choć był czarno–biały, z malutkim ekranem i niewiele było na nim widać. Tyle co obrazki się przesuwały. Za tym już nie nadążał i telewizorów nie naprawiał
– tak Eugeniusz Kucharski wspomina swojego ojca Edmunda. W czasie wojny pan Edmund wraz z żoną był na przymusowych robotach w Niemczech. Do Lipki sprowadzili się po zakończeniu walk. Gienek był wtedy małym smykiem.
Jak tata wyjął zepsute radio ze skrzynki, na stole położył, to prawie cały zajmowało
– E. Kucharski potwierdza, że w dzieciństwie wszystko wydaje się większe. Gdy dorastamy jakby się zmniejsza.
Lamp chyba ze dwanaście lub więcej w takim radiu było. I to grało, świeciło, żaróweczki na skali były, to mnie ciekawiło. Nieraz rękę do środka wsadziłem, to mnie pokopało
– wspomina przełom lat 40–tych i 50–tych. Wtedy jednak od dłubania w skrzynce z dźwiękami wolał biegać do lasu i nad wodę.
Trzeba było się ruszać
Reklama
– mówi dziarski 72–latek. A gdy jego tata zaczął tracić świat z oczu i przestał hobbystycznie naprawiać radia i on stracił kontakt z elektroniką.
Sztywny niczym posąg, z laczkami wbitymi w aluminiowe podnóżki i ręką zaciśniętą na manetce śmiga przez Lipkę. Po zakupy, do kiosku, na pocztę. Czasem daje się komuś przejechać. – Ale jeśli ktoś waży powyżej setki, to nie – zastrzega Eugeniusz Kucharski.
Ja mam teraz 73 kg, ale zimą dochodzę do 75 kg. A pan ile waży?
– pyta. 83 kg.
To jeszcze można spróbować
Reklama
– mieszkaniec Lipki wręcza mi kierownicę do „hulajki”, jak nazywa swój pojazd. Nie jeździłem czymś takim od czasów podstawówki, gdy z zapałem ujeżdżałem najpierw kultową czerwoną motorynkę, a później charta, którym brat dojeżdżał na praktyki.
Idzie zaskakująco łatwo. Lekkie przekręcenie manetki w dół i ruszam między ogrodami działkowymi Spółdzielni Mieszkaniowej „Zacisze”. Pierwszy raz na prądzie. Im mniejsze kółka, tym bardziej wywrotny pojazd, ale udaje mi się bezpiecznie zawrócić. Silnik pracuje cichutko, nie zagłusza myśli, więc zastanawiam się, czy tak samo chętnie pan Gieniu dałby się przejechać walcem albo spycharką. Przez lata był operatorem ciężkich maszyn drogowych. Budował i remontował pasy startowe. W roku 1967 zaliczył nawet dwumiesięczny epizod na lotnisku w Debrznie Wsi. Gdy Gdańskie Przedsiębiorstwo Robót Drogowych upadło, zatrudnił się w Spółdzielni Kółek Rolniczych w Lipce jako traktorzysta. Jeździł nieraz od świtu do północy, więc nie miał czasu na naprawianie elektroniki, choć czasem ktoś jakiś drobny sprzęt przyniósł.
To dłubanie wyniosłem z domu
– przypomina historię ojca bankowca. Jednak na poważnie za zabawy z prądem wziął się dopiero na emeryturze. W roku 2005.
Poszedłem na nią wcześniej, w wieku 60 lat, bo pracowałem w szkodliwych warunkach
– twierdzi, odpalając papierosa od papierosa. Mówi, że normalnie pali jednego na godzinę – półtorej, ale tą rozmową się emocjonuje. Pierwszy raz ktoś go do gazety poda.
Pierwszy był wiatrak. Z początku malutki, potem większy, a teraz jest już spory
– E. Kucharski pokazuje na młyn wiatrowy, stojący w ogrodzie. W nim prądnica talerzowa własnej roboty.
Magnesy kupione w internecie, drut z odzysku, ze starych cewek. Z dwóch stron są talerze z magnesami, w środku cewki i jak się kręci, to wytwarza jakiś tam prądzik
– domorosły konstruktor opisuje swoje dzieło. Przed nim, na ławie z narzędziami, ustawionej na tarasie przed ogrodowym domkiem leżą akumulatory. Osiem od hulajnogi, jeden samochodowy. Przechodzone, ale trochę woltów z wiatraka łapią. Czasem z prądu z wiatru korzysta samochodowa żarówka na 12V. Oświetla mini warsztat.

Stary góral ze złomu, bateria na szarą taśmę i można jeździć
To tutaj pan Gieniu robi swoje przeszczepy. Niby chirurg przekłada części jednej maszyny do drugiej. Hulajka, której pozwolił mi dosiąść, ma podesty na stopy z blachy aluminiowej spotykanej na schodach w fabrykach (jej kawałek E. Kucharski dostał od kolegi), rowerowe siodełko, rowerowy bagażnik i przedłużoną ramę. To nią mężczyzna jeździ po zakupy. Silnik ma w kole, a między stopami zamocowaną baterię litowo–jonową na 36 V.
W środku jest 50 sztuk bateryjek wielkości naboju do flinty. To jeszcze nic
Reklama
– mówi, widząc moje zdziwienie.
Na forum rowerów elektrycznych ludzie chwalą się maszynkami nawet 6 kW, w których jest nawet 200–300 sztuk takich ogniw.
Swoją hulajką pan Eugeniusz wyciąga 20–25 km/h. Z górki i z wiatrem może nawet 30 km/h.
Szybko strach jechać, bo za małe są te kółka
– twierdzi, czym mnie uspokaja. Słusznie zrobiłem, nie rozpędzając się zanadto. Nie mówiąc o wyjeździe gdzieś poza teren ogrodów. Lipczanin także nie wypuszcza się zbyt daleko.
Nie zbadałem jeszcze zasięgu baterii. W pojeździe z pedałami jakby co byłoby jak wrócić, a tego przecież na plecy nie wezmę
Reklama
– zauważa.
Ale i na to jest rada. Lipczanin, niczym pomysłowy Dobromir (polski dobranockowy serial animowany tworzony w latach 1973–1975, wyprodukowano dwadzieścia 10–minutowych odcinków), rozwiązał ten problem. Z zaplecza wyprowadza „górala” – marzenie wszystkich chłopców w latach 90–tych, z grubą ramą, amortyzatorem i wielkim kołem z przodu, na oponie z grubym bieżnikiem. Zdobył go na złomie. Ale coś tu jest nie tak. Z tyłu, zamiast koła rowerowego, jest znacznie mniejsze i grubsze z silnikiem w środku. Pod jedną ramą szarą taśmą przymocowana została bateria, a pod drugą w ten sam sposób konstruktor zamocował sterownik. Silnik jest bezszczotkowy, bo w takim, jak twierdzi nasz rozmówca, nie ma co się zepsuć.
Widziałem w internecie, że się na takich hulajnogach nawet ładnie jeździ
– zapewnia Eugeniusz Kucharski i proponuje kolejną przejażdżkę. Teza się potwierdza: im większe koła, tym łatwiej się steruje. Co prawda koło przednie jest trochę krzywe i bije, ale w jeździe to nie przeszkadza. No i są pedały, więc odpada strach o wyczerpanie baterii.
Póki co pojazdy E. Kucharskiego może nie prezentują się najlepiej wizualnie, ale są w trakcie przemian.
Chcę porobić osłony na przewody, akumulator, dołożyć błotniki, żeby to jakoś wyglądało
Reklama
– zapowiada lipczanin. Powolutku, własnymi siłami wyszykuje je na glanc. I znowu wyjedzie na Lipkę. Twierdzi, że więcej mu nie trzeba.
Na marzenia trzeba kasy, więc nie ma co za bardzo puszczać wodzy wyobraźni. Bo ja wiem, jak długo pożyję? Za bardzo nie ma co marzyć, trzeba się trzymać tego co jest
– mówi, wprowadzając góralo–hulajkę do warsztatu. Jej czas jeszcze nadejdzie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Pan Eugeniusz to super GOŚĆ !
Pan Eugeniusz to super GOŚĆ !