Reklama

Pan (i) komendant (owa)

28/04/2013 00:00
Kochają się, są szczęśliwi i dobrze się uzupełniają. Pod każdym względem. Nawet w tym, że lubią sprośne kawały

Spieszyło się nam, spieszyło się jubilatom, stąd na spotkanie z okazji 50-lecia umówiliśmy się na wczesne godziny ranne. – Na pewno nie za wcześnie? – pytamy panią Helenę, gdy po godzinie 8.00 przekraczamy próg ich domu. – Gdzie tam. Mąż już od piątej nie śpi – odpowiada jubilatka. – A co on tak wcześnie wstaje? – dopytujemy z ciekawości. – Boi się, że się za niego wezmę z rana – pani Hela wypala z grubej rury, na co pan Staś tylko wymownie się uśmiecha. – A potem leży całe popołudnie – kontynuuje małżonka. Od razu widać, że będzie to szczera rozmowa.

Nie ma jak sprośny dowcip
– Przecież tylko dzisiaj tak wcześnie wstałem – wyjaśnia małżonek, gdy zasiadamy do herbaty. -Niech pan go nie słucha, kłamie – pani Helenka, śmiejąc się, prostuje wypowiedź męża i zapewnia, że co rano jest tak samo. Oboje znani są z poczucia humoru, również tego odnoszącego się do... seksu, co pani Hela zdążyła już zresztą udowodnić. Pan Staś, który z zamiłowania maluje, tworzy poezję, też w tym temacie jest mocny, sprośne zagadki i dowcipy to jego towarzyska domena. – Nie tylko w towarzystwie. W domu też taki jest – mówi małżonka. To jak się Wam przeżyło te wspólne pół wieku? – pada pierwsze pytanie. – Szczęśliwie – mówi małżonek, zerkając na wybrankę.
Jak na tamte czasy, także u Justynów było standardowo. On pracujący, żona opiekująca się dziećmi i dbająca o dom. Przez wiele lat troszcząca się też o schorowaną matkę, która ostatnie lata życia spędziła w łóżku. – Wtedy pracy dla kobiet raczej nie było. Żona dorabiała jakiś czas sprzątając na posterunku milicji. Ale się nie kalkulowało, bo gdy zarobiła 700 zł, to mi zaraz potrącali 900 zł. Nie było sensu – wyjaśnia mąż, bardzo znany w Zakrzewie, wszak to były mundurowy. – Wtedy się nie opłacało, ale z perspektywy czasu żałujemy, bo zabrakło żonie trochę lat do emerytury – mówi były milicjant, przyznając, że dzisiaj żyją z jego emerytury.

Litwinka, co Polaka wybrała
Niewielu pewnie wie, ale pani Helena to... z krwi i kości Litwinka. – Choć ponoć urodzona w Niemczech. W każdym razie moi przodkowie to Litwini. Trafiłam tu razem z mamą i babcią, zamieszkałyśmy w Nowym Dworze. Ojca nigdy nie poznałam, pochodził z Lubuskiego – opowiada, wspominając, że lata temu przez Polski Czerwony Krzyż odnalazła jednak krewnych na Wschodzie, których nawet odwiedziła. A z mężem poznali się na weselu, właśnie w Nowym Dworze. Szybko przypadli sobie do gustu, a że związała się z przyszłym mundurowym, zyskała miano „Pani Komendantowej”. Niektórzy do dzisiaj tak zresztą na nią wołają. Więc jak na co dzień żyje się z komendantem? – Raz na wozie, raz pod wozem – jubilata wyznaje bez wahania. – Wiadomo, każdy ma wady – uzupełnia. – Żona też. Trochę jest nerwowa – komendant nie jest dłużny wybrance, ale przyznaje, że dobrze się uzupełniają.

Po kryjomu
Gdy poznali się na wspomnianym weselu, dość szybko zapadła decyzja o ślubie. Pan Stanisław był wtedy w szkole podoficerskiej, nie był jeszcze w czynnej służbie, więc nie było problemu z pójściem przed ołtarz (w tamtych czasach kościelna uroczystość mundurowych nie była łatwą sprawą). – Zastępca komendanta powiatowego w Złotowie nawet przywiózł nam orkiestrę na wesele służbowym samochodem – wspominają wyjątkowe traktowanie. Co innego, gdy chrzcili dzieci. I to w kościele w Radawnicy, żeby zbyt wielu nie wiedziało. – Od razu, w dniu wyjazdu ze szpitala, po drodze do domu. Milicjantom nie było wolno, więc trzeba było się kryć. Do Komunii też dzieci były przyjmowane nie razem ze wszystkimi, ale przeważnie dzień wcześniej. Mieliśmy uzgodnione z księdzem, więc nie było problemu – wyznają po latach i potwierdzając, że po linii służbowej funkcjonariusze mieli odgórne zakazy. – Gdyby się dowiedzieli, nawet po czasie mogliby ukarać, łącznie z wyrzuceniem z pracy – rangę „wykroczenia” uświadamia pan Stanisław. Przyznaje, że raz odpuścił. Gdy córka brała ślub. Dostał wytyczne, że może iść do kościoła, ale nie może uczestniczyć w nabożeństwie. Całkowicie zrezygnował, bo obawiał się, że może obserwować ktoś z SB. Na ślubach synów już był. – Dzieci zawsze rozumiały sytuację. Wiedziały, o co w tym wszystkim chodzi – dodaje pani Hela.

Niech mnie władza pocałuje...
Stanisław Justyna najpierw trafił do posterunku w Starej Wiśniewce, a od 1976 roku pełnił służbę w Zakrzewie. Twierdzi, że nigdy nie był służbistą i starał się dobrze żyć z ludźmi, ale gdy ktoś nastąpił władzy na odcisk... – Kiedyś jeden powiedział o mnie do swojego kumpla: „Władza to niech mnie w dupę pocałuje”. No to zapytałem, co jestem mu winien, że mam go w dupę całować. No i się zaczęło. Dostał z płaskiej, odwinął się i poszedł – wspomina emerytowany milicjant. Choć przyznaje, że na interwencji też kiedyś oberwał. W Zakrzewie na Złotowskiej. Jeden trafił go z zaskoczenia, konkretnie, bo aż rozciął mu łuk brwiowy. Ale wtedy to on swoje dostał. – Ooo, kiedyś to się lało pałą – wyznaje szczerze pan Stanisław, przyznając, że kiedyś mało kto się milicji stawiał. Teraz policja nie wzbudza takiego respektu. – Na pewno mam wrogów, ale przyjaciół zdecydowanie więcej – dokonuje bilansu swojej zawodowej kariery, przypominając, jak to pewnej kobiecie wlepił kiedyś mandat. – Prosiła, że nie ma z czego zapłacić, bo z emerytury tylko żyła. Powiedziałem, że jak już wypisałem, to musi być zapłacony, ale zapewniłem, że sam ureguluję. Kobieta chciała być jednak honorowa i sama zapłaciła.

Był welon, była mucha
Justynom dobrze jest w Zakrzewie. Nie wyobrażają sobie obecności w innym miejscu na jesień życia. Kilka dni temu 50-lecie świętowali z zespołem „Wrzos”, z którym przebywali przez kilka dni w Niedzicy. Z okazji święta podczas uroczystej kolacji razem z życzeniami odebrali w specjalnie przygotowanej scenerii wielki tort, a jak na złote wesele przystało „Państwo Młodzi” zatańczyli taniec z welonem i muchą. Z kolei w miniony weekend jubilaci świętowali z najbliższymi. – Oprócz trójki biologicznych dzieci odchowaliśmy też córkę Heli siostry, która była z nami od 3-go roku życia. Jej malcy to także nasze wnuki. Razem mamy ich dziesięcioro – podkreślają dumni dziadkowie. Jedyne, co pozostaje, to czekać na prawnuki...

Piotr Steffen

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama