Tu się robi parzone, ciasto na pączki wyrasta, nagrzewa się patelnię, eklery są już w piecu od 20 minut... Cukiernik musi być niczym jasnowidz – widzieć co najmniej 2-3 kroki do przodu. - Uczniom wydaje się, że to jest słodka robota. Że bierze się worek cukierniczy i się dekoruje. Ale żeby dojść do galanterii, trzeba przejść przez podstawy – Michał Adamczak wyciąga mankiet koszuli spod żółtego swetra. Złotowski cukiernik znany jest z zamiłowania do klasycznej elegancji. - Rano ludzie nie chcą zjeść tutti frutti, tylko drożdżówkę – mówi właściciel cukierni Dukat. Mężczyzna piecze i słodzi od najmłodszych lat. Zaczynał w latach 60-tych w Czarnkowie, w zakładzie ojca. Pamięta brak ozdób i czekolady. - Czekoladę robiło się z kakao, a w okresie wielkanocnym skupowaliśmy skórki od pomarańcz. W cenie owoców. Te łupiny trzeba było kandyzować (m.in. kilkakrotne gotować w syropie cukrowym). Podobnie robiło się z małymi dzikimi jabłuszkami[[pay]] – dla małego chłopca cukiernia ojca mogła być rajem. A była pożeraczem czasu. - Dawniej cukiernik pracował od rana do nocy. Po południu robił dekoracje. Nie było cukru pudru żeby pomadę zrobić, trzeba było ją gotować ze zwykłego cukru – wspomina 61- latek, który skończył studia techniczne, ale rzucił je dla słodkości.
Biegł zziajany. Dobrze, że pociąg podjeżdżał niemal pod sam urząd. Tyle, że przed wojną trasę z Koźli, w której mieszkał Michał Adamczak do Zielonej Góry pokonywał w kwadrans, a na początku lat 80-tych XX wieku trzy razy dłużej.
- No, Adamczak, znowu się spóźniłeś, mówiła kadrowa – bardzo zacna i poważna osoba – przypomina sobie absolwent Wydziału Budownictwa Ogólnego w Wyższej Szkole Inżynierskiej im. Jurija Gagarina. W Urzędzie Wojewódzkim w Zielonej Górze M. Adamczak był inspektorem do spraw remontów kapitalnych szkół i palcówek oświatowych. - Źle się tam czułem, bo wciąż brakowało pieniędzy. Do tego ciągle musiałem robić sprawozdania ile wybudowano ubikacji do 50. roku, ile do 60. i tak dalej – peerelowskie dokumenty mogły być męczące. - A te toalety np. w Koźli były żeliwne i bardzo higieniczne, bo bez sedesów. Kucało się tam jak niegdyś w ZSRR czy jeszcze dziś w Grecji. Bez kontaktu z jakąś deską – dodaje inżynier urodzony podczas szczytu wyżu demograficznego. - 1954 to był bardzo dobry rocznik, bo wszyscy moi koledzy i przyjaciele z LO im. Janka z Czarnkowa bardzo dobrze sobie życie ułożyli. Wzięcie mieli. A to dzięki przewspaniałym nauczycielom. Jak ktoś szedł od nas na Politechnikę Poznańską, to było wiadomo, że jest świetny z fizyki i matematyki. Wielu z moich kolegów zostało lekarzami, stomatologami, wojskowymi. Jeden jest nawet attache wojskowym na Ukrainie – a M. Adamczak rzucił dyplom i wbrew woli ojca poszedł w jego ślady.
Pan Michał źle startował. Gdyby rzucił się na opustoszałą piekarnię w latach 70-tych, gdy za Gierka rzemieślnicy płacili jedynie 9% podatek obrotowy, zarabiałby więcej.
- W tym kierunku poszła siostra (jest już na emeryturze) i brat, który odziedziczył zakład po ojcu – mówi absolwent studiów technicznych. Jego żona Elżbieta jest magistrem fizyki. Skąd im przyszła do głowy piekarnia? - Nie chciałem się spóźniać do pracy – M. Adamczak nie musi się specjalnie uśmiechać. Cały jest radością. - Początkowo były opory ze strony rodziców, bo przecież tyle się uczyłem... W końcu jednak dali się przekonać, ojciec pomógł mi zdobyć urządzenia i ruszyliśmy. I kiedy dobrze nam się powodziło, pan od którego dzierżawiliśmy budynki zmarł, a jego rodzina chciała nam piekarnię sprzedać. Cena jednak była zaporowa – kosztorys nowego domku wielkości 120 m² wynosił 800 tys. zł, a oni chcieli od nas 4 mln złotych! - dzięki temu małżeństwo trafiło na Krajnę. Ojciec pana Michała znalazł im cukiernię w Krajence. Za milion. - Poszliśmy na ten układ. Malutka cukierenka w małej miejscowości. Marzeniem poprzedniego właściciela była lodziarnia. On wyjechał w zielonogórskie, a my przyjechaliśmy tutaj. Taka zamiana – rzemieślnik aż rwie się do opowiadania. Mam wrażenie, że byłby zły gdyby mu przerwać. - To był 1987 rok. Papiery piekarza zrobiłem w Zielonej Górze, a egzamin cukierniczy w Poznaniu. No i wzięliśmy te 100 m². Z jednej strony był PHS, z drugiej MHD, a cukierenka ciągnęła się aż na podwórze. Dalej była restauracja, obecnie jest tam Biedronka. Ludzie nazywali nasz lokal „Słodką dziurką” - złotowianin wyrzuca z siebie słowa niczym karabin maszynowy. Nazywamy go złotowianinem, bo od Krajenki wolał gród położony między pięcioma jeziorami. - Jestem trochę wilkiem z lasu, lubię zieleń, a Złotów był pod tym względem zadbany. Tu był nadal niemiecki dryl – wybór miejsca zamieszkania państwa Adamczaków nie spodobał się tylko naczelnikowi Krajenki. „Ludzie przyjeżdżają tu, dorobią się i wyjeżdżają” - mówił.

W połowie lat 90-tych M. Adamczak rozpoczął działalność w Złotowie. Firma zachowała nazwę z Krajenki
Cukiernia w Krajence ruszyła 9 marca 1987 roku. O kunszcie Michała Adamczaka zaświadczyli dwaj mistrzowie z Cechu rzemiosł Różnych w Złotowie.
- Pan Józef Tojza to arcymistrz sztuki cukierniczej jeśli chodzi o dekoracje. Drugą osobą wprowadzającą był pan Bilicki. Oni gwarantowali, że posiadam umiejętności do właściwego prowadzenia działalności – twierdzi właściciel cukierni „Dukat”. Jej nazwa zawiera dwie informacje. - Dukat jako złota moneta, czyli coś wartościowego i Dukat jako imię ogiera, który zdobywał laury na początku XX wieku – pan Michał nawiązuje do swojej największej pasji – jeździectwa.
Rok 1956. Michaś pędzi konno przez Czarnków. Choć ma półtora roku, z łatwością panuje nad wierzchowcem, za którego robi mu miotła. - Od zawsze kochałem konie. Pamiętam, że dostałem szmatą za tę przejażdżkę, bo rodzice bardzo się o mnie martwili – cukiernik wspomina, że miłość do koni zaszczepił w nim dziadek.
Feliks Królik miał w Grodzisku gospodarstwo i najpiękniejszą bryczkę. - Był też kolegą Michała Drzymały. Razem chodzili do knajpy, ale jak rozmawiali, to tylko o Polsce i polskości. O tym, że o te ziemie trzeba dbać, bo kiedyś wrócą do Polski – ta historia musi być dumą rodziny, bo pan Michał opowiada ją ze szczególną atencją. Jakby recytował wiersz, co czasem zdarza mu się np. w Muzeum Ziemi Złotowskiej.

Konie. Ach te konie. Właściciel cukierni najchętniej odpoczywa w siodle. Choćby z latarką na czole
Konie. Za czasów dzieciństwa Michał Adamczak spotykał je wszędzie. Używano ich choćby do transportu mąki i węgla do zakładu ojca. Chłopak korzystał z każdej okazji, by dosiąść szlachetne zwierzę. - Jeździectwo zaczęło się na studiach. W Raculce był klub jeździecki uczelni. Zwoziłem tam siano, przywoziłem owies, ładowałem to na strych, pielęgnowałem konie i jeździłem. W końcu trener postanowił założyć grupę sportową, która przygotuje się do akademickich mistrzostw Polski. Zaczynaliśmy jazdę o 5 rano, kończyliśmy o 7 i wracaliśmy na uczelnię. Nieraz na wykładach się zasypiało. Ale opłaciło się. W 1980 roku w Akademickich Mistrzostwach Polski w Zbrosławicach zajęliśmy III miejsce drużynowo w ujeżdżeniu. To było bardzo wysokie miejsce jak na debiut, zwłaszcza że nie mieliśmy bardzo dobrych koni – chwali się pan Michał i pokazuje zdjęcie w toczku.
To już zawody na Złotowszczyźnie. - Złotów ujął mnie nie tylko przyrodą. Poznałem tu wielu znakomitych ludzi. Tu było też i nadal jest mnóstwo koniarzy. Piękne okazy miał pan Klaczyński na Chojnickiej – nie na nich jednak jeździł cukiernik. Po wywiadówce trafił do Annopola. - Córka Zosia chodziła do klasy z Andrzejem Kępińskim, którego rodzice mają konie. Kiedyś na wywiadówce żona powiedziała pani Kępińskiej, że mogę ujeździć jej te konie.
Jeździłem tam wieczorami. Zaczynałem około 19, a kończyłem około 22. To były jazdy po ciemku. Zdarzało mi się dostać po głowie gałęziami, aż w końcu zafundowałem sobie latarkę – czołówkę – pan Michał zdaje sobie sprawę z tego jak to brzmi: dżokej z czołówką.
- Jeździłem tam codziennie przez prawie 8 lat. To były trudne konie, ale poradziłem sobie. Startowałem na nich w zawodach w Okonku, w Skórce, podczas Euro Eco Meetingu. Trochę rywalizowałem z panią Anią Michalską, która zawsze chwaliła się swoim niezwykłym ogierem. Może i on niezwykły, ale wymagał wiele pracy... Żałuję tylko, że nie udało mi się zarazić dzieci tą pasją, choć wszystkie poznały podstawowe chody i nauczyły się anglezować.

Śpiewać każdy może Pan Michał często dość niespodziewanie daje upust swej fantazji
Michał Adamczak śpiewa. Nie, nie należy do chóru, choć w dzieciństwie śpiewał w „Czarnkowskich słowikach”. - Pan Walerian Kurzawa stawiał mnie między dwoma innymi drugimi głosami, bo ze słuchem u mnie było nie najlepiej, ale z głosem w porządku – śmieje się podstarszy Cechu Rzemiosł Różnych w Złotowie. Pan Michał śpiewa, gdy ma natchnienie. Ostatnie chwyciło go podczas 70-lecia Cechu. Bez tremy wykonał pieśń religijną, bo też do świąt było niedaleko. - Zawsze mam tremę – zaprzecza z uśmiechem. - Wystąpić publicznie i mówić od rzeczy to wstyd. Nieraz z czerwonymi uszami schodzi się ze sceny. Ale jeżeli mam coś dobrego do powiedzenia, to robię to – nasz rozmówca przyznaje się także do zauroczenia poezją, która czasem wygłasza publicznie. - To przez koleżankę z liceum. Mówiliśmy na zmianę Gałczyńskiego. A jej tata znał na pamięć całego „Pana Tadeusza” - opowiada.
Od 1995 roku państwo Adamczakowie gospodarują w Złotowie. Byłą ciastkarnię przy ulicy Pasterskiej zaproponował im ówczesny prezes PSS Społem. - Kiedyś był tu zakład mechaniczny, potem masarnia. Kierownikiem ciastkarni przez wiele lat był pan Werner – bardzo dobry człowiek – na zdjęciu widać pana Michała z załogą. Budynek robi przygnębiające wrażenie. Fotografia na szczęście nie obejmuje dziurawego dachu.
Na początku lat 90-tych pani Elżbieta i pan Michał zbudowali dom w Złotowie.
- Działkę kupiliśmy od dyrektora Metalplastu, pana Józefa Murawskiego. Podobnie jak część materiałów i projekt domu – zacisze Adamczaków stanęło nad jeziorem, tak jak marzyli. A „Słodka dziurka”? - W Krajence nadal miałem czynną cukiernię, ale tam była tylko sprzedaż. Potem weszły sklepy wielkopowierzchniowe i zaczęło się sypać. Tamtejszy punkt zamknąłem w 2004 roku.
Sprzedaż była coraz niższa, a koszty dowożenia przewyższały dochody – nadal jednak w miejscu cukierni widać napis „Dukat”. - Mieliśmy być tutaj pięć lat, a zostaliśmy na zawsze. Złotów to jest nasze słodkie miejsce...[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze