Reklama

Piękne i bestia, czyli historia psa Barrego

24/02/2023 16:00

Gdyby nie Katarzyna Korycka–Walasiak i Katarzyna Bilicka, dziś już by nie żył. Miał furę szczęścia, że spotkał na swej drodze kobiety, które poświeciły mu wszystko, co najpiękniejsze. Je i parę innych osób

- Nie lubię, gdy ludzie w internecie piszą komentarze pod postami o pomoc. Słowne komentarze, pełne oburzenia albo pełne pochwał, nic nie wnoszą. Dla mnie liczą się czyny, liczy się to, czy ktoś jest w stanie pomóc. Może to co mówię jest mało dyplomatyczne, ale są sytuacje, kiedy trzeba szybko działać, nie pisać – mówi Katarzyna Korycka–Walasiak. Nie jest pierwsza. Wszyscy, którzy angażują się w pomaganie, wołają o konkretną pomoc, nie o słowa.

Michalina Poklękowska z Vox Animals ze Śmiardowa Krajeńskiego wprost woła, że zamiast lajków na fejsbuku prosi chociaż o udostępnienie postu z apelem o pomoc, bo może ktoś go zobaczy, ktoś będzie mógł zaradzić nieszczęściu.

Reklama

– Mam dokładnie tak samo – mówi pani Katarzyna, która od wielu lat prowadzi oddział Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami w Łobżenicy.

– Nie od razu rzuciłam się w wir pomagania, ratowania – mówi.

– Jak wróciłam do Łobżenicy z Łodzi w 2010 roku ani w głowie mi było zajmowanie się zwierzętami. Za to spacerując ze swoim psem uliczkami Łobżenicy zauważyłam dookoła inne psy, biegające samopas. Ani właściciela, ani obroży... – opowiada.

– Podczas rozmów z mieszkańcami miasteczka temat ten pojawiał się coraz częściej, coraz głośniej zaczęto mówić, że nie może to tak wyglądać. Któregoś dnia pan Andrzej Mojsewicz zaczepił mnie na ulicy i powiedział mi wprost, że powinnam zająć się tematem psów w Łobżenicy. Nie wzięłam na poważnie jego prośby, swoich spraw miałem wiele na głowie, a tu jeszcze psy! Jakiś czas później spotkała mnie mieszkanka Łobżenicy i dokładnie w ten sam deseń zaczęła prowadzić rozmowę, że jestem idealna do tego, że ktoś musi, że się nadaję. Odpowiedziałam, że pomyślę, lecz bez żadnych deklaracji. Następnego dnia ponownie spotkałam pana Mojsewicza, który zaczął dziękować mi, że się zgodziłam. Tak to sobie wymyślili – wspomina.

Reklama

– Cóż było robić. Pojechałam do Piły do Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami, chciałam bowiem mieć oparcie w jakiejś organizacji. Owszem, niby się ucieszyli, ale bardziej na ich twarzach malowało się coś w rodzaju przeświadczenia, że nie do końca wiem, na co się porywam, i że to tylko chwilowa fanaberia, że szybko dam sobie spokój z ratowaniem zwierząt. Zresztą potem sami przyznali, że tak mnie ocenili, bijąc się w piersi, że niesprawiedliwie – opowiada Katarzyna Korycka–Walasiak.

***

Barrego pani Katarzyna poznała dwa lata temu. Ogromny, kudłaty pies. Zapuszczona, skołtuniona sierść nadawała psu prawdziwej dzikości. Widziała, jak biegał za płotem, wściekle ujadając niskim głosem na każdego, kogo miał w polu widzenia. Jego właściciel nie miał siły dbać o Barrego. Ani wiek mu już nie pozwalał, ani stan zdrowia. Bał się swojego uwiązanego na łańcuch psa. Jedzenie i picie podsuwał mu pod pysk widłami. Nie był pewien, co w głowie psa siedzi. Barry został odziedziczony. Jego pierwszy właściciel zmarł, a gospodarstwo z całym dobrodziejstwem inwentarza odziedziczył najbliższy krewny. Pies nadal siał postrach swoim wyglądem, wpędzając nowego właściciela w zakłopotanie. Starszy mężczyzna nie miał pomysłu, co zrobić z tak wielkim, zdziczałym psem, co to nigdy na spacerze nie był. Barry dalej groźnie szczekał na przechodzących ludzi, którzy czasem go drażnili, czasem rzucili w jego stronę kamieniem.

Reklama

Mieszkankę miasteczka Towarzystwo wyposażyło w ulotki, gadżety, w wiedzę.

– Zaczęłam od edukowania dzieci w szkołach. Potem zaczęłam szukać osób, które myślą podobnie jak ja. Na początku było nas piętnaścioro, teraz razem ze mną zostały dwie osoby – mówi pani Katarzyna z nieukrywanym smutkiem.

– Każdy ma swoje sprawy, nie każdy ma czas, ochotę, siłę. Trzeba to zrozumieć i uszanować – dzieli się swoją opinią. Niedługo po uruchomieniu działalności Towarzystwa otwarto „Gminne Kundelkowo”.

– Na obrzeżach Łobżenicy stanęło coś w rodzaju niewielkiego, tymczasowego schroniska dla psów. Chodziło o to, by bezpańskie psy mogły tu spokojnie poczekać aż zostanie znaleziony im nowy dom. I to działało. Pewnie, że psy były tu dłużej niż zakładano, ale też miały właściwą opiekę. Niestety, komuś schronisko zaczęło przeszkadzać i skończyło się tak, że musieliśmy je zamknąć, bo okazało się, że restrykcyjne przepisy nie pozwalają na taką działalność. A szkoda, bo jak rolnik szukał psa na gospodarstwo, to przyszedł, zobaczył, zabrał psa do siebie. Teraz kto pojedzie do schroniska dla psów 50 kilometrów od Łobżenicy, do Rybowa? – pyta pani Katarzyna.

Reklama

Gmina Łobżenica to typowo wiejska gmina. Kilkanaście wiosek, sporo ludzi żyje z rolnictwa. Zwierzęta w gospodarstwie to coś normalnego. Nie zawsze mają dobre życie w gospodarstwach. Często łańcuch, czasem kojec bez zadaszenia. Spacer? Bywa, że nigdy.

– W samej Łobżenicy był przypadek, że pies mieszkał w kojcu bez dachu. Kojec nie był sprzątany, warunki urągające i na dodatek właściciel bez serca, który nie widział w tym nic złego. Pies nigdy nie był na spacerze. Dwa lata boksowaliśmy się w prokuraturze, by odebrać mu zwierzę – wspomina.

Reklama

– Tamte wydarzenia sprawiły, że już nie mam siły jeździć na interwencje, rozmawiać z ludźmi, którzy często są chamscy, nie przebierają w słowach. Dziś jak jest taka potrzeba, za pomocą internetu szukam zwierzętom nowego domu. I to się zazwyczaj udaje. Jestem wtedy szczęśliwa, spełniona, mimo że kosztuje mnie to wiele zdrowia, bo są emocje, jest potrzeba ratowania – opowiada szczerze.

***

Dwa miesiące temu pies zerwał się z łańcucha z domowej niewoli. Na nieszczęście ugryzł w nogę napotkaną kobietę. Swoją ucieczką postawił na nogi miejscową policję, którą powiadomiła rodzina ugryzionej kobiety. Psa udało się schwytać jego właścicielowi, policjanci pomogli go osadzić w opustoszałym chlewiku. Dostał krótki łańcuch i nie pozostało mu nic innego jak tylko czekać, jak się okazało, na niechybną śmierć.

Reklama

O losie Barrego dowiedziała się pani Katarzyna. Odwiedziła go w chlewiku, zrobiła mu zdjęcia, nagrała telefonem komórkowym jego smutne, żałosne skomlenie. Serce jej pękło, widząc psa, który patrzył w jej stronę wielkimi oczami. Postanowiła wołać o pomoc przez internet. Szukała fachowców od układania psów. Wszyscy powiedzieli jej, że nie da się, bo pies za stary, za długo żył jak żył, że za daleko, by przyjeżdżać i zatroszczyć się o psychikę zwierzęcia. Szukała pomocy u weterynarzy. Wszyscy, do których się zwróciła, odmówili. A czas nieubłaganie płynął. Rodzina spadkobiercy Barrego wystąpiła z wnioskiem o zgodę na uśpienie wielkiego, kudłatego psa. Bali się, że ponownie ucieknie, że ponownie może komuś zrobić krzywdę. I wtedy zdarzył się cud.

***

Reklama

Pani Katarzyna jest z zawodu nauczycielką muzyki. Kiedyś uczyła w szkole, dziś czasem udziela prywatnych lekcji. Zawodowo zajmuje się ubezpieczeniami. Gdy rozmawiamy, opowiada o akcji, która ma na celu ratowanie zwierząt, których właściciele umierają.

– Przykład Barrego jest idealny. I co z takim psem zrobić? Nie można mieć pretensji do ludzi, którzy dziedziczą nieruchomość, a którzy nie chcą dziedziczyć zwierząt. To jest olbrzymi kłopot, z którego nie zdajemy sobie sprawy – mówi z zaangażowaniem Katarzyna Korycka–Walasiak, dodając, że nie wiadomo, co tak naprawdę należy zrobić, kto powinien wziąć odpowiedzialność za zwierzę.

Reklama

– Pewnie, że najlepiej byłoby oddać zwierzę do schroniska, tylko że dziś schroniska są przepełnione do granic możliwości. Kryzys sprawił, że ludzie pozbywają się swoich zwierząt, bo są za drogie w utrzymaniu, bo karma kosztuje, bo wizyty u weterynarza kosztują, bo leki kosztują – wylicza.

***

Do Barrego przyjechała pani Kasia Bilicka, która zna się z szefową łobżenickiego oddziału TOnZ. Weszła do chlewika z chrupkami w dłoni. Mówiąc spokojnym ciepłym głosem obłaskawiła bestię. Pewnie, że próbował ją chwytać za rękę – nie z agresją, lecz by zwrócić na siebie uwagę. I niemożliwe stało się możliwe. Niedługo potem przybył weterynarz z Białośliwia. Podał psu leki uspokajające, tak by odważna kobieta mogła go zabrać do siebie. Zamieszkał tymczasowo w jej stadninie. Jakiś czas później wyszedł na pierwszy spacer. Z bestii został tylko wygląd. Pani weterynarz Angelika Kujawska podała psu leki na odrobaczenie i na odpchlenie. Teraz należy zrobić porządek z jego sierścią. Zanim pies ruszy do nowego domu (został już bowiem znaleziony), pies musi przejść pełną diagnostykę weterynaryjną. Wszystko kosztuje – kto chce psu pomóc, może to uczynić, dokonując wpłaty:

Reklama

Towarzystwo Opieki nadZwierzętami w Polsce
Oddział w Pile, ul. Kwiatowa 2, 64–920 Piła
Nr rach. bankowego:
19 2030 0045 1110 0000 0097 4710 z dopiskiem
"dla Barrego z gm. Łobżenica"

Ruszyła też internetowa zbiórka na diagnostykę Barrego, jego przyszłe zabiegi i wizytę u groomera - swoje wsparcie możecie okazać POD TYM LINKIEM

***

Ratowanie Barrego kosztowało Katarzynę Korycką–Walasiak wiele energii. Poświęciła się psu całkowicie, nie przesypiając wielu nocy. Na szczęście na swej drodze spotkała wielu dobrych ludzi, którzy jej pomogli. To dzięki nim Barry nie tylko uniknął śmierci, ale ma szansę na nowe, lepsze życie.

Reklama

– Jestem szczęśliwa – pani Katarzyna mówi krótko, mając świadomość, że nie wszystkim zwierzętom będzie w stanie pomóc. Może ktoś jeszcze...

Mariusz Leszczyński

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Godne uznania. - niezalogowany 2023-02-22 22:16:05

    Trza mieć serce, widząc serce.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Brawo - niezalogowany 2023-02-24 18:42:15

    Dobrze, że są jeszcze tacy ludzie, oby wiodło się temu Psiakowi.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Inf - niezalogowany 2023-02-24 19:33:35

    Zgodnie z art. 9 ust. 2 ustawy o ochronie zwierząt „zabrania się trzymania zwierząt domowych na uwięzi w sposób stały dłużej niż 12 godzin w ciągu doby lub powodujący u nich uszkodzenie ciała lub cierpienie oraz niezapewniający możliwości niezbędnego ruchu”. Długość uwięzi nie może być krótsza niż 3 m.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama