Wychowałem się na gospodarstwie, tuż przy Górce Klasztornej. W domu było skromnie, za to miałem bardzo mądrych i dobrych rodziców, którzy wpoili mi życiową mądrość. Do dzisiaj uważam, że to była dla mnie najlepsza szkoła życia – ich rady i doświadczenie. Wchodząc w dorosłość zaczynałem jako traktorzysta. Później byłem też m.in. operatorem tzw. deta, czyli spychacza. Pierwszy biznes, o ile tak to można nazwać, otworzyłem 1 czerwca 1980 roku. Poprzedził go zakup żuka od pana Lemańczyka. To było leciwe auto, z pierwszej połowy lat 60-tych, jeszcze z dolnozaworowym silnikiem, tzw. „żuk smutek”. Ten wóz kosztował wówczas ogromne pieniądze, nie pamiętam nawet ile, ale to były czasy, gdy ludzie sobie bardziej niż dzisiaj ufali. Część pieniędzy za tego żuka zapłaciłem od razu, resztę miałem rozłożoną na raty. W ten sposób, w Dzień Dziecka 80. roku, stanąłem na postoju taksówek jako tzw. „taryfa bagażowa”. Taki wtedy miałem pomysł, żeby zarobić na chleb, utrzymać rodzinę.
Wręcz przeciwnie. Nie miałem wzięcia. Wtedy wśród taksówkarzy w Łobżenicy była duża konkurencja. Skończyło się tym, że podejmowałem się każdej pracy: od zbierania pomidorów, na dorywczych fuchach kończąc. Kursy, jak się trafiały, też nie zawsze były udane. Pamiętam, że jednego razu, już po wybuchu stanu wojennego, wylądowałem na kilkanaście godzin na dołku. Sytuacja miała miejsce w Bydgoszczy. Przewoziłem coś żukiem, który miał wybitnie słabe światła. Żeby coś widzieć, zmieniałem je, kiedy tylko mogłem, na długie. Jakiś przyczajony za krzakiem patrol MO stwierdził, że daję sygnały ostrzegawcze innym i mnie wsadzili. Człowiek był wtedy młody, głupi, przestraszony, to się im dał. Inna sprawa, że niechęć do komuny wyniosłem z domu, bo „towarzysze” najpierw nękali mojego ojca, który do śmierci się im opierał, a później i mnie. Zresztą potem też siedziałem - pół roku w areszcie śledczym za działalność solidarnościową. W ośmioosobowej celi było nas siedemnastu. Takich jak ja, przypadkowych ludzi, wrogów systemu, pakowali ze zwyrodnialcami. Człowiek nie wiedział, czy wyjdzie z tego cało, zwłaszcza że funkcjonariusze nie przebierali w środkach i też nas tłukli.
Wracając jednak do biznesu. Jeszcze w latach 80-tych wpadłem na pomysł, żeby zająć się usługami pogrzebowymi. Żuk został więc przerobiony na karawan. Z tym też wiąże się co najmniej jedna ciekawa historia. Ruszaliśmy już spod kościoła na cmentarz, gdy okazało się, że w aucie opadła klapka w gaźniku, regulująca dopływ powietrza. Silnik chodził, ale wydawał z siebie okropne dźwięki. Samochód natomiast nie miał siły jechać. Pamiętam, że aby wykonać to zlecenie chłopaki, dyskretnie opierając się o budę, przepchnęli żuka przez całe miasto na włączonym silniku. Niektórzy się pewnie nawet nie zorientowali, że coś jest nie tak. Do dzisiaj pamiętam, że auto spaliło wtedy osiemnaście litrów benzyny, która była na kartki.Reklama
W końcówce lat osiemdziesiątych mój biznes skupiał się jeszcze wokół żuka, ale już innego – nowszego. Była okazja zarobić na dowożeniu ludzi. Sam przerobiłem samochód na busa. Z tyłu były ławki, dzięki czemu w sumie mieściło się nawet kilkanaście osób. Nieco później zająłem się handlem. Czułem się i czuję w tym jak ryba w wodzie. Jeździło się za wschodnią granicę, coś im sprzedawało, coś kupowało. Biznes się kręcił. Prawdziwe pieniądze zaczęły się jednak, gdy zacząłem ściągać auta z Niemiec. Wtedy przebitki były takie, że od Niemca brało się wóz za sto marek, a u nas to auto sprzedawało za tysiąc DM. Sporo wtedy zarabiałem. Inwestowałem w złoto, miałem trzy, może cztery samochody. Jako pierwszy w okolicy jeździłem bmw. Jednak ze szczególnym sentymentem wspominam volvo 760, jakie wtedy kupiłem. Miało kilkusetkonny silnik pod maską, podwójne szyby, wzmocnioną konstrukcję nadwozia i paliło 20 litrów na 100 km. Jaruzelski też takim jeździł. Jak to dziś wspominam, to śmiać mi się chce, że człowiek tak łasił się na zysk. Fakt, robiłem to żeby żyć, utrzymać rodzinę, ale dziś wiem, że pieniądze to nie wszystko.

Choć to zdjęcie archiwalne - bujny wąs i błysk w oku zostały, podobnie jak fakt, że Roman Jopek żadnej pracy się nie boi
Przez bardzo krótki czas tak. To handlowanie, wyjazdy do Niemiec jednego razu zakończyły się wypadkiem drogowym. Nikt nie zginął, ale ja przez niemal dwa lata miałem sparaliżowaną prawą część ciała. Nie mogłem pracować, te wielkie pieniądze szybko topniały. Pamiętam, że wylądowałem w kolejce po zasiłek. Siedzę w tym „kuroniu”, urzędniczka zadaje mi pytania. Ja jej nie słucham. W głowie jest za to głos: „Co Ty tu robisz? Co Ty tu robisz?” – to narastało. Chyba poirytowało ją, że nie odpowiadam na pytania, bo zaczęła mówić głośniej. Patrzyłem tępo w ścianę. Nagle podniosłem wzrok, spojrzałem na nią, powiedziałem: „przepraszam” i wyszedłem. Niedługo później doszedłem do siebie, ale z niedawnego, jak Pan to ujął „człowieka sukcesu”, byłem „goły i wesoły”.
Reklama
Strach zabija mądrość - te słowa moich rodziców są jedną z moich ulubionych maksym życiowych. Miałem wtedy do wyboru: stoczyć się, iść do „kuronia” i czekać, aż coś mi spadnie, albo zacząć myśleć, za co się wziąć. I nie bać się. W początkowym okresie bardzo pomógł mi Marek Śliwińsk, leśniczy Leśnictwa Liszkowo podlegającego Nadleśnictwu Kaczory, gdzie zacząłem wykonywać usługi leśne.

Otwarcie tzw. Rumunii, czyli miejsca za Dziegciarnią, gdzie Roman Jopek wybudował drewniany wigwam
Zakład usług leśnych się rozkręcił, natomiast autobusy pojawiły się przypadkowo. W pierwszej połowie lat 90. ogromne pożary trawiły lasy w okolicach Torunia. Brakowało tam ludzi, żeby uprzątnąć ten teren, zasadzić nowy las. Kupiłem więc najpierw jeden autobus, zbierałem ludzi po PGR-ach i ich tam woziłem. Potem drugi, trzeci, czwarty. Pracy było ogrom, ale ja to kocham. Uwielbiam, jak jest nawał roboty. Gdy akcja się zakończyła mogłem albo to wszystko sprzedać, albo uruchomić nową gałąź firmy. Ponieważ nie było właściwie żadnej konkurencji – auta zostały. Pamiętam, że naszym flagowym autobusem był węgierski tam. Biało–zielone nadwozie było zwieńczone malowidłem na tylnej ścianie karoserii. To był chyba jakiś leśny widoczek. Pamiętam, że ręcznie malował to śp. pan Piszczek. Wszyscy chcieli jeździć tym autobusem na wycieczki, bo nie dość, że był wygodny, to bardzo ładnie wyglądał. Potem przyszła reforma oświaty, dowozy do szkół i z czegoś co wyszło przez przypadek zrobiło się poważne zadanie, bo w najlepszym czasie obsługiwaliśmy gminę Łobżenica i Wysoka.
Reklama
Zdecydowanie! Pierwsza baza, przy ul. Sportowej, była kupiona za akcję pod Toruniem. Szybko zrobiło się nam tam ciasno, zwłaszcza gdy do jednego z pomieszczeń wstawiłem trak, bo już tam były początki tartaku. Wtedy też wygrałem przetarg na zwożenie gałęziówki z ogławiania drogi wojewódzkiej. Plac należący do nakielskiej cukrowni, przy ul. Targowej, kupiłem praktycznie bez pieniędzy. Jadąc na kolejny już, organizowany przez nich przetarg zapytałem tylko księgowej, czy nazbieramy wymaganą na wadium kwotę. Nazbieraliśmy. Na sali, w czasie przetargu, byłem sam. Gdy go wygrałem, od razu wystąpiłem o odsunięcie terminu płatności. Zapytali mnie „o ile?”, odpowiedziałem „o ile się da”. Nieco zdębieli, że ja tak do nich wprost, ale poszli na to rozwiązanie. Plac kupiłem, a razem z nim 50-tonową wagę do buraków i zapas płyt betonowych. Sprzedałem to wychodząc na zero. Pierwszy raz w życiu dostałem tak ogromny prezent. Teren zagospodarowałem i spłaciłem w wymaganym terminie, jednak skala zleceń rosła w takim tempie, że i tam zaczęło robić się ciasno. Szukałem kolejnej bazy po okolicy. Wybór padł na były PGR w Witrogoszczy. Gdy go kupiłem, dopiero zrozumiałem, w co się wkopałem. Obiekt stał ze dwadzieścia lat nieużytkowany. W budynku, gdzie dziś mam biura, rosły drzewa. Stropy były pozarywane, dachy dziurawe, mógłbym tak wymieniać i wymieniać... Jednak pięć hektarów placu dawało już możliwości do działalności.

Spotkanie z ks. biskupem Janem Tyrawą. Roman Jopek od lat należy do Kurkowego Bractwa Strzeleckiego w Wysokiej
Nazbierało się tego trochę, że aż szkoda czasu, by wszystko wyliczać. Jestem dobrze zdywersyfikowany. Jednak, jak już mówiłem, tu nie chodzi o biznes dla pieniędzy. Fajnie, że one są, lecz proszę na mnie spojrzeć. Owszem, jeżdżę mercedesem, ale 28-letnim. Marynarkę, jeśli się nie pruje, mogę nosić nawet dziesięć lat, bo mam w nosie, jaki jest szyk mody. Mieszkam też skromnie, otaczając się tym, co dla mnie najważniejsze - rodziną, która mnie wspiera i ciężko pracuje tu razem ze mną. Każdy, kto mnie zna wie, że nie jestem pozerem, nowobogackim panem, co zadziera nosa i udaje, że nie zna ludzi. Od lat przyświeca mi idea tworzenia, którą staram się rozwijać też u moich dzieci. Weźmy na przykład ten dawny PGR. Gdyby nie to, że powstała tu firma, wielu ludzi nie miałoby pracy, budynki pewnie już by się pozawalały. Wiem, że jestem postrzegany różnie, jednak jak zatrudnia się ponad stu ludzi trzeba liczyć się z tym, że nie wszyscy będą mówili o tobie dobrze. Często dzieje się tak przez zazdrość i zawiść, której u nas w kraju nie brakuje i gmina Łobżenica nie jest tu wyjątkiem. Z drugiej strony nie chowam urazy do ludzi, nie jestem mściwy. Sąsiadów mam dobrych, rodzinę też. Wiem, że mogę liczyć na ich wsparcie i pomoc. Czuję też, że jeszcze wiele mogę zrobić, choć lat przybywa. Do tego dochodzi świetna załoga, gdzie niektórzy, jak np. Robert Otoka, pracują razem ze mną ponad dwadzieścia lat. Rotacja ludzi w tak dużych firmach to najgorsze co może być. Nie można pozbywać się dobrego pracownika, patrząc na chwilową oszczędność. Kiedy okaże się, że taki człowiek jest potrzebny, już nie przyjdzie, bo będzie miał żal, że tak się go wcześniej potraktowało.
Reklama
Niewiele chciałbym w moim życiu zmienić. Naprawdę. Może trochę żałuję, że wycofałem się z handlu autami, ale po latach zrealizowałem swoje marzenie – auto kasację. I proszę nie zrozumieć mnie źle. Tu nie chodzi o to, że satysfakcję daje mi niszczenie czegoś. Wręcz przeciwnie. Gdy budowaliśmy gościniec, a trwało to kilka lat, używałem do tego materiałów rozbiórkowych. To mi dało oszczędności, a im drugie życie, które sprawia, że dziś wielu zachwyca się tym budynkiem. Po co spalać w piecu deski, które mają po 200 lat, skoro można z nich zbudować stół czy krzesła. Ja kocham stare rzeczy. Kocham iść na stolarnię i coś zbudować. Kocham też grzebać w tych wszystkich sprzętach, które stoją tu na placu. Każdą maszynę znam na wylot, jako samouk potrafię ją sam naprawić. W tych gratach na złomowisku też jest jeszcze potencjał, części, które może mnie, a może komuś innemu jeszcze się przydadzą. Wielkiego biznesu z tego nie ma, jest za to zrealizowane marzenie sprzed lat.
Rozmawiał Sz. Chwaliszewski[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Znamy tez inne fakty
Ciekawa historia
Pieniądze szczęścia nie dają tym co nie mają! Amen!
Znamy tez inne fakty
Ciekawa historia
Pieniądze szczęścia nie dają tym co nie mają! Amen!