2 lutego 1945 roku, o drugiej przed południem w Złotowie Agata Manikowska powiła dziecko płci żeńskiej. Nadała mu imię Regina. Pierwszy wdech dziewczynki urzędnik o nazwisku Zasada odnotowuje jeszcze na niemieckim formularzu. Z zachodu wciąż dochodzą pojękiwania wojny, ale miasto już jest polskie. Po 173 latach Flatow zmienia się w Złotów, a mała Regina jest pierwszą Polką urodzoną w wolnym Złotowie. - Jestem numerem jeden – mówi z dumą złotowianka.
- Dowiedziałam się o tym przed ślubem, gdy poszłam po akt urodzenia – siedząc za stołem w nowym mieszkanku Reginy Kaźmierowskiej nie możemy uwierzyć, że dotychczasowe władze Złotowa nigdy nie odnotowywały tego symbolicznego faktu. Ani razu pani Reginy nie odwiedził burmistrz, a wcześniej nie zajrzał do niej sekretarz partii.
- Będąc nastolatką wyczytałam w Filipince, że dwudziestolatkowie zapraszani byli na różne spotkania. Tak odnotowywano rocznicę odzyskania niepodległości. I miałam jakiś żal do władz miejskich, że jakoś w Złotowie nikt o tym nie pomyślał – kobieta zaznacza, że nie chodziło tylko o „numer jeden”, ale również o inne dzieci z tego rocznika. - Powiedziałam o tym mamie, ale usłyszałam, że gdybym była córką prominenta, to pewnie bym o sobie usłyszała...
Regina była córką Francuza.
Poszukiwany jest Jean Nabise (pisownia nieznana), zamieszkały prawdopodobnie w okolicach Lyonu. Jest to obywatel Francji, który do roku 1944 przebywał na robotach w Złotowie. O kontakt prosi nigdy niepoznana córka – Regina.
Tak mogłoby brzmieć ogłoszenie Reginy Kaźmierowskiej poszukującej taty[[pay]]. Nigdy jednak nie powstało.
Ty Francusko! Tak na Reginę wołały jej kuzynki. Był początek lat 50-tych, ona chodziła do jedenastolatki i nie miała pojęcia, czemu zawdzięcza ten oryginalny pseudonim. - Powiedziały, że przypominam im ojca. Skąd się wziął ten przydomek zdradziła mi ciocia. Zrobiło mi się przykro, płakać mi się chciało – na czarno-białych fotografiach tego nie widać. Zarówno Agata Manikowska, jak i jej córka Regina są uśmiechnięte. Ani śladu rozmyślań o francuskim Janie. - Ciocia mi mówiła, że wołały go Jan i bardzo często bywał u nich w domu przy Chojnickiej. Kuzynki z kolei pamiętały, że przynosił słodycze, bo jeńcy dostawali paczki. Nie wiem, czy z Czerwonego Krzyża, czy z Francji – ojciec Reginy pracował u bauera Halwega. Niemcy przywieźli go do Flatowa na początku wojny (daty nikt nie pamięta). Tu poznał Agatę Manikowską, która po skończeniu polskiej szkoły została oddelegowana do pracy w kancelarii doktora Gostenckiego. Adwokat urzędował przy Schulstrasse (obecnie Wojska Polskiego), w domu działaczki polonijnej Władysławy Biniakowskiej. W latach 1923-1935 mieściła się tam V Dzielnica Związku Polaków w Niemczech (Rodło) oraz Polsko-Katolickie Towarzystwo Szkolne.

Rok 1957 - Jedenastolatka. Regina siedzi druga od lewej
Jean został wywieziony ze Złotowa jesienią 1944 roku. Nie zostawił adresu. Po prostu przepadł. - Niemcy wywozili jeńców, żeby nie zostawić po sobie śladów. Nie ma dokumentów dotyczących jego pobytu tutaj. Wywieźli go w październiku, a ja się urodziłam w lutym. Nie wiem, czy ojciec wiedział o moim istnieniu – mimo że od tego czasu minęło 71 lat, pani Regina mocno przeżywa te słowa. Nie jest pewna, czy powinna o tym mówić. - Mama nigdy o tym nie wspominała, a gdy pytałam, mówiła: nie szukaj, bo może nie żyje.
Poszukiwania ojca odbywały się więc w tajemnicy. - Szukałam dokumentów tu, w Złotowie. Potem w Czerwonym Krzyżu, a oni odesłali mnie do Niemiec. Ponieważ jednak nie miałam dokumentu, że zostałam uznana przez niego za córkę, nie mogę go szukać. Bo każdy może powiedzieć, że ma gdzieś ojca czy matkę... - złotowianka zamyśla się na chwilę. Bierze łyk herbaty i przenosi ciężar opowieści na kolejne pokolenie. - Nasz najstarszy syn był na stypendium we Francji i próbował szukać śladu Jana. Jego nazwisko często pojawia się w okolicach Lyonu. Nie udało się niczego ustalić. Zwłaszcza, że ja niewiele wiem o ojcu. Tyle, że był w wieku mamy, może trochę starszy – mówi pani Regina.
Tydzień temu Regina Kaźmierowska obchodziła urodziny. Nigdy o nich nie zapomina, bo władze oraz lokalni pasjonaci historii akcentują ten czas. Choć wcale nie mówią o „numerze jeden”. - Każda rocznica wyzwolenia Złotowa przypomina mi o urodzinach – na stole w mieszkaniu państwa Kaźmierowskich leży odpis aktu urodzenia. A na nim nazwa ulicy, przy której mieszkała nasza bohaterka: Hermanna Göringa. - Widocznie nie było zmiany w dokumentacji, stąd ta nazwa. Złotów był już polski, ale dokumenty i nazwy były niemieckie – zauważa R. Kaźmierowska. Zastanawia się jednak, czy urzędnik nie popełnił błędu. Jej mama mieszkała wówczas przy Chojnickiej, a dopiero po latach przy al. Mickiewicza (w czasie wojny Göringa). Tak czy inaczej przez 173 lata pod zaborami Złotów nosił wyłącznie niemieckie nazwy.
W publikacji „Nazwy ulic Złotowa odbiciem jego historii” z 2008 roku pisał o tym profesor Joachim Zdrenka. Najstarszy zachowany plan miasta Złotowa z 1805 roku wymienia tu m.in. Schwentsche Strasse (ul. Święcka) – obecnie Obrońców Warszawy, Juden Strasse (Żydowska) – ob. Dworzaczka, Stöwenitzer Strasse (Stawnicka) – ob. Wojska Polskiego czy Petersilien Strasse (Pietruszkowa) – ob. Bolesława Chrobrego. Według planu Brandta z roku 1930 główne drogi wychodzące z miasta otrzymały nazwy od miejscowości, do których prowadzą. Była więc w Złotowie ulica Blękwicka, Debrzyńska, Krajeńska, Kujańska, Święcka, Międzybłocka itd. Duża część ulic nosiła nazwy pochodzące od zawodów (Staropodkowna – ob. Polna), znajdujących się tam obiektów (Stary Ogród Zamkowy – Półwysep Zamkowy) lub przeznaczenia (Ścieżka Starosty – ob. Zielna). Po dojściu do władzy Adolfa Hitlera (1933) doszło do zmian nazw ulic w dziesięciu przypadkach. Wtedy to obecna aleja Mickiewicza nazwana została Hermanna Göringa. - Nazwy się zmieniały, a ja była i jestem dumna z tego, że urodziłam się w Złotowie. To jest moja ojczyzna. Nigdy się stąd nie wyprowadziłam. Tu wyszłam za mąż i tu wychowali się nasi synowie – podkreśla była pracownica Szkoły Podstawowej nr 3 w Złotowie.

Dziś w miejscu przedszkola Caritasu znajduje się hospicjum. Zdjęcie pochodzi z roku 1950.
R. Kaźmierowska stoi w drugim rzędzie, druga od lewej - z kokardą na głowie
Przygodę ze złotowską oświatą Regina rozpoczęła od przedszkola Caritasu. - Prowadziły je siostry zakonne. Pod ich opiekę odprowadzał mnie dziadek. Mama pracowała wówczas w starostwie i późniejszym Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Złotowie – opowiada pani Kaźmierowska.
Do słynnej złotowskiej jedenastolatki pani Regina poszła w wieku 6 lat. Nie wie, dlaczego mama posłała ją tak szybko. Pech, że przez to dwa lata spędziła w jednej klasie. - Złożyłam dokumenty do Liceum Pedagogicznego, ale nie zostałam przyjęta, bo nie miałam skończonych 13 lat. Dyrektor Modzelewski powiedział: dokumenty na ciebie poczekają – wspomina. W pamięć wryli jej się pierwsi nauczyciele: pani Wasilkowska, która specjalizowała się w klasach pierwszych, pani Pierzyńska i pan Blachowski. - Uczyli mnie także nauczyciele z Ogólniaka: Franciszek Włoszczyński, Gołębiowski, Wejner, Marcyniuk, Kuderowicz, Biały, Reguła... Katechetą był ksiądz Romanowski - nic dziwnego, że gdy skończyła szkołę, doniesienie świadectwa do Pedagoga było tylko formalnością.
- Tu moim pierwszym wychowawcą był pan Brzeziński – znany polonista. Jemu zawdzięczamy wiele, bo zwracał wielką uwagę na zasady pisowni i stylistykę języka polskiego. Poza tym był rozkochany w Ziemi Złotowskiej, w Krajnie i na każdym kroku to podkreślał. Pięknie o tym opowiadał. Był wspaniałym nauczycielem i pedagogiem, a nie zawsze nauczyciel jest jednocześnie pedagogiem... – Regina marzyła wówczas o pójściu w jego ślady. - Mile wspominam występy chóru i orkiestry szkolnej oraz tzw. małego chóru, który założył pan Stefan Kamprowski – złotowianka uśmiecha się szeroko na wspomnienie swoich skrzypiec. Mina rzednie jej dopiero na wspomnienie rygoru, jaki panował w „Pedagogu”.
- Obowiązywał nas fartuszek szkolny z białym kołnierzykiem i tarczą na rękawie, granatowy beret i płaszcz. Strojem galowym była granatowa spódniczka szyta w kliny i biała bluzka o kroju koszulowym. Jego wzór wisiał w gablocie. Pamiętam, że kiedyś obniżono mi sprawowanie na półrocze, bo w niedzielę nauczyciel zobaczył mnie w płaszczu w kratę, czyli niezgodnie z wzorem – kobieta pamięta każdy szczegół szkolnego stroju.
Naukę w „Pedagogu” R. Kaźmierowska przerwała po trzech latach. Przez chorobę dziadka. Ojciec mamy mieszkał z nimi i niedowidział, a Regina była jego ulubioną wnuczką. - Tylko mi pozwalał się golić. W sobotę wieczorem albo w niedzielę rano. Wszystko ja – mówi z dumą. - Dziadek był dla mnie jak ojciec, którego nie miałam. Dlatego bez wahania zgodziłam się na propozycję mamy – chodziło o to, by Regina rzuciła „Pedagoga” i zajęła się staruszkiem. Do południa. A potem poszła do wieczorówki.

R. Kaźmierowska (na kolanach u mamy) z wujostwem Nowackimi i ich znajomymi
Pierwszy wzór dla siebie Regina Kaźmierowska spotkała w banku ludowym. Dostała tam pracę u boku Izabeli Panglisz. - To ona miała wpływ na to, że jestem taka skrupulatna. Może mi to czasem przeszkadza w życiu, ale taka już jestem – gospodyni zachęca do skosztowania ciasteczek. Jakby uprzedzała, że teraz będzie trudniej. I mówi o pracy opiekuna społecznego, którą podjęła w 1972 roku.
- Często zabierałam synów do rodzin wielodzietnych, które były zagrożone np. alkoholizmem, żeby pokazać im, jak żyją dzieci w takich rodzinach – pani Regina kierowała pracą opiekunów i mogła sobie na to pozwolić.
- Moi chłopcy bardzo się cieszyli, gdy mogli oddać osobiście innym dzieciom swoje zabawki. Może dzięki temu dziś są tacy, jacy są... - zamyśla się na chwilę. A jej mąż, siedzący obok bez słowa, przytakuje, gdy mówi o tym, jak trudno jest ludziom pomagać. - Pamiętam przypadek z Wiśniewki. W rodzinie było 11 dzieci, ojciec alkoholik, matka niezaradna. Zawieźliśmy im łóżeczka, pościel i inne rzeczy, z których chłopcy wyrośli. Jednak gdy byliśmy tam później z ośrodka opiekuna społecznego, okazało się, że łóżeczka zostały spalone, pościel leżała w kuchni na stercie, a reszta rzeczy od nas zniknęła – ot, szara rzeczywistość. Peerelowska. A że pani Regina do partii nie należała, to i ją komunistyczne realia skrzywdziły.
- Kiedy byłam kierownikiem ośrodka opiekuna społecznego (od 1980 roku), koleżanka z Pedagoga pracowała w komitecie. A wtedy partia szukała stanowisk dla swoich ludzi. Oczywiście stanowisk kierowniczych. No i dano jej moją posadę. Zmiana nastąpiła poza mną – to wspomnienie jest jedynym, na które panią Reginę namawia mąż. Widać, że boli ich ono oboje. - Starałam się pamiętać, kim jestem, być człowiekiem, a nie dawać innym odczuć, że mam władzę. Dowodem tego było, że gdy nowa kierowniczka niby żegnała mnie ze stanowiska i wezwane były wszystkie dziewczyny z terenu, to przyszły do mojego pokoju, a ona siedziała sama obok. One uważały, że nie będą mnie żegnały, bo nadal byłam tam pracownikiem. Mam tę satysfakcję, że do dziś mogę dziewczynom spojrzeć w oczy... - nie mając wyjścia R. Kaźmierowska złożyła prośbę o dymisję z funkcji kierowniczki. Tak to zapisano w aktach.
Lata mijały, a Regina Kaźmierowska nie mogła uwolnić się od szkoły. Od marzenia o niej. W 1983 roku trafiła do pracy w oświatowej administracji. W międzyczasie nabyła uprawnienia pedagogiczne. - Ukończenie studium umożliwiło mi podjęcie pracy w szkole – wspomina. Marzenie spełniło się w 1985 roku w popularnej „Trójce”. - Byłam kierownikiem świetlicy, ale poważnie zachorowałam i poszłam na roczny urlop zdrowotny. W jego trakcie pan dyrektor Jerzy Jelonek zadzwonił do mnie, że zwolnił się etat w bibliotece szkolnej. Zapytał, czy mogę już przerwać urlop, bo ma dla mnie etat mniej absorbujący – złotowiankę ciągnęło do pracy z dziećmi, więc się zgodziła. - Pomagałam uczniom w czytelni, odrabiałam z nimi lekcje. To było spełnienie moich marzeń. Uczniowie dziękowali mi za pomoc, czego odbiciem jest to, że dzisiaj wiele osób mi się kłania. Że mnie pamięta – R. Kaźmierowska nie kryje wzruszenia.

W 2015 roku państwo Kaźmierowscy obchodzili Złote Gody. Tu w otoczeniu siedmiorga wnucząt
W 2000 roku nasza rozmówczyni przeszła na emeryturę. Co miesiąc spotyka się z koleżankami z czasów pracy w szkole. Mają zakaz rozmawiania o chorobach. W ubiegłym roku obchodziła z mężem Złote Gody. Teraz najchętniej spędza czas z wnukami. Nie opowiada im o ich pradziadku, bo przecież niewiele wie o Jeanie z Francji, który był jej ojcem. – Czasami, gdy o tym myślę, robi mi się smutno... - podobnie jak kiedyś w przypadku „numeru jeden”. W tym roku po raz 71 nikt go nie zauważył…[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Który to już raz... Na pewno drugi
Który to już raz... Na pewno drugi