Reklama

Pierwszy po Bogu

19/01/2015 08:10
Odbiera telefony od płaczących dzieci i bitych kobiet. Przekazuje rodzinom informacje o wypadkach i śmierci. Tak pracuje policyjny mózg - oficer dyżurny

Oddział psychiatryczny. Siódma rano. W budce telefonicznej pacjent wykręca 997.
- Melduję się na służbie – mówi.
- Dobrze, bądź czujny – odpowiada policjant.

Słuchawkę w komendzie podniósł Mirosław Justyna. Postawny, ostrzyżony niemal na zero. Uśmiechnięty. Jest twarzą mundurowych. To na niego często trafia obywatel, który kontaktuje się z Komendą Powiatową Policji w Złotowie. Co prawda na oddziale psychiatrycznym automatu już nie ma, ale w policyjnej dyżurce telefony wciąż się urywają. Jakieś trzysta – trzysta pięćdziesiąt w ciągu dwunastu godzin, na pięciu liniach. W dzień i w nocy. Bo ludzie dzwonią chętnie.

Tak jest panie ministrze

Telefony są bardzo różne. Ktoś zapyta o numer do pizzerii, ktoś prześle policjantom wiązankę wyzwisk. - Miałem przypadek, że zadzwonił człowiek, który rapował mi przez telefon i w pewnym momencie zaśpiewał policja to... tararara – mówi Mirosław Justyna, na dyżurce od dwunastu lat. - Przerwałem mu: kolego, nie możesz tak robić. Dzwonisz na policję, to powinieneś nas wychwalać. Powiedział: chyba ma pan rację, tu trzeba zmienić tekst – dyżurny śmieje się patrząc prosto w oczy. To jego zaleta. Jest otwarty na ludzi. Zawsze znajdzie celną ripostę i nie da się zbić z tropu. Nawet gdy dzwoni minister, czy generał. A dzwonią regularnie.
- Słuchaj, który z komendantów ma dzisiaj służbę?
- Hmm... Mówię, że ten.
- Ty go obudzisz, czy ja mam go obudzić?
Konsternacja, bo nie wiem kto to mówi - opowiada dyżurny.
- Bo ja tutaj utknąłem i trzeba radiowóz po mnie przysłać...
- Chłopie, chyba żartujesz?!

W swojej karierze M. Justyna rozmawiał już ze wszystkimi świętymi. - Trzeba wyczuć, czy budzić komendanta, czy nie budzić – żartuje unosząc gęstego czarnego wąsa. Humor rozładowuje wiele sytuacji, w których dzwoniący próbują wyprowadzić dyżurnego z równowagi. - W Chodzieży gość tak podniósł dyżurnemu ciśnienie, że policjant się zwolnił. Dzwoniący tak prowokują, że ludzie by w to nie uwierzyli. Tego trzeba posłuchać – policjant z Zakrzewa macha ręką.

Czuję bezradność

Najczęściej jednak Mirosław Justyna nie wie w co ręce włożyć. W dyżurce ma kilka telefonów, komputery, monitory, stacje. To on decyduje, czy wydać policjantowi broń i dopuścić go do służby. Pod nieobecność komendanta dyżurny kieruje pracą całej jednostki. Wysyła patrole do zdarzeń, decyduje o aresztowaniach. Nazywany jest ""komendantem po godzinach"". - To nie jest tak, że odpalę komputer, włączę monitory i piję kawę. To nie tak, że teraz pan i władca siedzi i czeka na telefony – mówi odznaczony w 2011 roku brązową odznaką ""Zasłużony policjant"".

[[reklama]]

Najgorsze telefony wykonują dzieci. Dyżurny Justyna ma do nich ""szczęście"". - Na wiele rzeczy człowiek się uodparnia, ale dzieci zawsze poruszają. Dzwonią po cichutku gdzieś z drugiego pokoju, że tata bije mamę... – te słowa policjant wyrzuca z siebie wolniej niż pozostałe. - Pojawia się pytanie, czy nie doszło tam do czegoś strasznego. I choć w powiecie złotowskim rzadko dochodzi do zabójstw, to obawa często siedzi dyżurnemu na ramieniu. - Czasem czuję się bezradny. Chcę pomóc, a nie mam takiej możliwości. W słuchawce słyszę płacz, krzyk i połączenie się urywa, a gdy oddzwaniam, tam nikt się już nie zgłasza – słowa znowu zwalniają. Co prawda policja namierzy numer, z którego dzwoniono, ale to trwa. - A tam coś się dzieje – Mirosław Justyna kończy myśl. Dlatego prosi mieszkańców, by przy zgłoszeniu najpierw się przedstawiali i podawali adres. Dzięki temu policja dotrze na miejsce szybciej. - Czasem na pytanie kto i skąd dzwoni słyszę odpowiedź: sąsiadka z góry. Albo dzwoni obywatel i wzywa pomocy lekarskiej. Kto dzwoni?-pytam. Sam pacjent. No i gdzie my mamy posłać pomoc?

""Hycel"" ma problem

Z mieszkańcem Okonka nie ma tego problemu. Jego numer zapisał się już w pamięci telefonu. - Nazywamy go ""Hycel"", bo podobno ma taką firmę – M. Justyna mówi o sobie i czterech pozostałych dyżurnych KPP Złotów. - Rozpoznajemy go już po głosie. On zawsze ma jakiś problem. Każdy równie poważny. Żaden do zlekceważenia. Takich osób jest więcej. - Kiedyś zadzwoniła kobieta, że jej zamróz wychodzi. Słyszę w głosie, że starsza kobiecinka. Chodziło jej o to, że ściany jej przemarzają. Jak pani ten zamróz przechodzi? Wiatraki ludzie stawiają i zamróz wtedy przechodzi – można się śmiać, ale dyżurny musi dzwoniącego wysłuchać. Nieważne są jego podejrzenia, że może obywatelowi coś się pomieszało. - Przyjeżdża pan z Jastrowia. Ma przeszło 80 lat. Przyjeżdża samochodem. Podchodzi do okienka i mówi, że miał żonę, ale poznał jakąś inną kobietę, która doprowadziła do tego, że ta żona zmarła. Myślę - jest problem. Mówi dalej, że ta kobieta go atakuje, nagabuje, znęca się nad nim. Wręcz go prześladuje. Słucham z uwagą, ale w pewnym momencie on mówi: widzi pan, ona tu siedzi. Gdzie? Tu na ramieniu... Uuu... - myślę. I ten pan przyjeżdża do nas do dzisiaj. Bada sobie przy nas cukier, bo ona mu go ma zabierać – opowiada mundurowy, który i w takich sytuacjach musi zachować powagę. Po co ludzi do skarżenia zachęcać. A mieszkańcy powiatu nie tylko chętnie do policji w Złotowie dzwonią. Jak chcą się poskarżyć, to województwo atakują. - I wtedy jest telefon zwrotny: Co się tam u was dzieje?! No co się dzieje? Co? Zamróz wychodzi, Baba Jaga na ramieniu siedzi...

Rollercoaster

By zostać dyżurnym w policji trzeba przejść przez Big Brothera. To ostatni element dwumiesięcznego szkolenia. Siada się za konsolą imitującą dyżurkę, a egzaminatorzy dzwonią i zgłaszają problemy. Mirosława Justyny nikt nie pytał o zamróz, ale o postępowanie z wężami już tak. - Pomyślałem: no gdzie w Złotowie węże się mogą pojawić?! No i pół roku później mieliśmy pytona na wolności na osiedlu „za rzeką”. Potem były jeszcze skorpiony w wannie w bloku – dyżurny nigdy nie wie co go czeka na zmianie. Ta praca jest jak jazda rollercoasterem. W jednej chwili człowiek śmieje się z żartu dzwoniącego, by za chwilę ze ściśniętym gardłem przekazywać komuś informację o śmierci. - Dzwoniłem do mojego sąsiada, którego syn zginął. Zapytałem: Mariusz stoisz, czy siedzisz? Stoję. To usiądź – wiedziałem jaka będzie reakcja. Nie było niestety możliwości wysłania do niego patrolu. Tego nie da się opowiedzieć... - policjant zawiesza głos. Po chwili mówi, już normalnym rytmem, jakby strzelał z karabinu, że po służbie jest psychicznie wypompowany. - Nieraz przychodząc do domu myślę, że wolałbym iść gdzieś do rolnika, przerzucić kilka ton gnoju, niż siedzieć na tej dyżurce – mówi absolwent szkoły rolniczej.

Praca po japońsku

Trzeba wiedzieć, że ludzi trudno jest zadowolić. Dyżurny musi znać się na prawie budowlanym, ochronie środowiska, sprawach majątkowych. Najlepiej jakby przysłał do dzwoniącego policjanta, który wytłumaczyłby mu wszystko osobiście. A patrole nie są po to, by jeździć do każdego wezwania. - Często przyczyna wzburzenia obywatela już ustała, został on poinformowany o takim, czy innym załatwieniu sprawy i nie ma potrzeby wysyłania tam radiowozu. Ludzie tego nie rozumieją, że przyjazd policjanta natychmiast niczego nie zmieni. Aczkolwiek przy zdarzeniach kryminalnych patrol wysyła się na miejsce zawsze – twierdzi dyżurny Justyna, który od dziesięciu lat mógłby być na emeryturze. Nie chciał jednak być młodym człowiekiem bez zajęcia. - Nie wyobrażam sobie, że będę gdzieś cieciował. Koledzy stróżują, są ochroniarzami w sklepie, a ja chcę być emerytem. Pełne świadczenie będę miał za półtora roku. A czy odejdę? Podejrzewam, że nie. Jestem Japończykiem. Uważam, że firma beze mnie padnie. W ciągu 28 lat pracy byłem może 30 dni na zwolnieniu. Nie odejdę, bo jest jeszcze tylu ludziom można pomóc...

Łukasz Opłatek
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości