Właściwie wszystko do kupy, gdyż w podróżach stosuję przeważnie taką triadę. Jak mam świeży umysł to zawsze staram się zaliczyć coś dla ducha, czyli np. zabytek, który z reguły biorę na pierwszy ogień, może to być zabytkowy kościół albo muzeum, w którym są fajne eksponaty. Potem coś dla ciała, czyli właśnie np. kuchnia. Szczególnie kuchnia regionalna. No i zakupy. Traktuję to trochę żartobliwie, ale chodzi mi o jakąś pamiątkę - czy to będzie t-shirt, czy jakaś rzecz charakterystyczna dla danego regionu. W ten sposób odbywam kompletną podróż. Oczywiście kontakty z ludźmi także są w mojej orbicie, bo to też jest fajne. Wiem z doświadczenia, że jak jadę w coraz więcej regionów, to już później dzwonię do kogoś i spotykamy się na kawie czy na piwie i czasem jakiś nocleg nawet się załatwi, jeżeli człowiek nie idzie do hotelu. Właściwie myślę, że podróże są takim wielkim workiem, w którym się wszystko mieści. Znajduje się w nim i historia, i literatura, i języki obce, i geografia, i pewnie matematyka też, bo trzeba chociażby przeliczać waluty. Dlatego podróże mnie interesują. Tam jest wszystko. Właściwie nie jestem w stanie wskazać, co mnie bardziej pociąga, bo to tak jakby w filmie zapytać, co kogo bardziej pociąga: gra aktorska, muzyka czy może plenery. Film to jest kompletne dzieło, to wszystko musi grać i jak symfonia być skomponowane. Z podróżami jest tak samo.
W przyszłym tygodniu lecę do Barcelony, zresztą kolejny już raz i wiem, że to jest miasto kompletne. Jeśli ktoś lubi imprezy to ma tam szeroki wybór lokali, których jest bez liku. A jeżeli ktoś się nastawia na wysoką kulturę, to też to ma. Teraz akurat nie jest sezon, żeby się kąpać w morzu, ale gdyby to były wakacje, to jeszcze do tego dochodzi wybrzeże. Więc każdy znajdzie tam swoją działkę, która go interesuje. Ja staram się czerpać z każdego po trochu, żeby mieć taki kompletny obiad, czyli zupa, drugie danie, deser i kompot. Tak traktuję podróż.
Reklama
Z mojego punktu widzenia, osoby, która już ponad 20 lat siedzi w zawodzie dziennikarskim, ma jakieś doświadczenie, chociaż cały czas się oczywiście uczy, stwierdzam, że to daje po prostu radość i jednocześnie nie nudzi się człowiek. Nawet jeżeli robię coś zawodowo, pracuję od 7.00 do 23.00 na planie, to wolę to niż siedzenie w studiu. Siedzenie w studiu też oczywiście jest fajne, ale ja to zawsze do menu porównuję, że każda potrawa smakuje, pod warunkiem, że nie je się jej codziennie. Dlatego dla mnie taki wyjazd, nawet tak jak dzisiaj do Złotowa, to jest atrakcja, bo tutaj jeszcze nie byłem. Od razu sprawdzam, co mogę ciekawego na miejscu zobaczyć, co zjeść. Jeżeli w wikipedii widzę, że jest tu jedyny w Polsce pomnik Piasta Kołodzieja, to jak będę miał wolne, to podskoczę i zrobię sobie selfie. Ciekawi mnie też wzgórze żydowskie, gdzie są zabytkowe groby mające długą historię, to też jest dla mnie atrakcja. Okoliczne jeziora. Może będę miał czas, żeby pójść do muzeum. Takich lokalizacji w naszym kraju jest dużo, a w Polsce są 923 miasta, bo kiedyś w jednej książce sprawdzałem to i pisałem, więc jest co zobaczyć.

Znany dziennikarz zawitał do Złotowa na zaproszenie Biblioteki Miejskiej
To zależy. Jeżeli wybieram się w miejsce, którego kompletnie nie znam, to staram się zawsze do worda wrzucić kilka informacji. Nawet na zasadzie kopiuj-wklej. Użyję przykładu Barcelony. W miarę ją znam, bo byłem tam kilka razy zawodowo i prywatnie, nauczyłem się dzięki podróżom języka hiszpańskiego. Sam z siebie, nie chodziłem na żadne kursy. Pewnie go kaleczę, ale mówię po hiszpańsku. Nie pomogło to jednak w sytuacji, gdy mnie pobili i okradli, ale to tylko przypomina, że w podróży trzeba mieć oczy dookoła głowy. Jeżeli planuję jakiś wyjazd, to czytam kolejną książkę. No i znajduję tam informacje, o których do tej pory nie wiedziałem. Że gdzieś tam jest na ścianie hotelu tablica z czasów wizyty Fryderyka Chopina z 1839 r., kiedy wracał z Balearów i tam akurat zahaczył. Pójdę i zrobię zdjęcie. Za każdym razem odkrywam więc coś nowego w mieście, które znam. Tworzę sobie plan, czasami na dwie-trzy strony. Jak dojechać, gdzie nocować, co zobaczyć i nawet jeżeli czegoś nie uda się z tego planu zrealizować, to następnym razem to odhaczę. Dzięki planowaniu nie zastanawiam się, czy lepiej pójść w lewo, czy w prawo, czy może prosto. Specjalizuję się w city breakach, więc taki dwu- czasami trzydniowy wyjazd to jest na tyle mało czasu, że trzeba się nastawić na parę rzeczy. Nie zobaczę wszystkiego. Chociaż są takie wycieczki w dużych miastach, które pozwalają zwiedzić naprawdę dużo. Raz wsiadłem w taki autobus w Londynie. Kupuje się bilet hop on-hop off i jedzie się wokoło miasta i można wysiadać i później wskakiwać w kolejny autobus. Z ciekawości zobaczyłem nowe rzeczy, mimo że Londyn poznaję od 20 lat. Traktuję podróż jak przygotowanie się do egzaminu, przy czym robię to z przyjemnością. Znajduję sobie jakieś ciekawostki, które mnie interesują i staram się potem je zobaczyć. Jeżeli się nie ma przygotowania, to się jedzie do Gdańska i po drodze jest pole, które się mija po lewej stronie przed Elblągiem. I ono się niczym innym nie różni od każdego innego pola, ale strzałka, która jest tam zaznaczona, mówi, że to jest pole bitwy pod Grunwaldem. I to zmienia zupełnie postrzeganie. To są te didaskalia. Na tym polu coś się ważnego w 1410 r. wydarzyło. Jak się zwiedza koloseum, to widzi się walczących gladiatorów obserwowanych przez cesarza. Jak się nie przeczyta czegoś, to pewne rzeczy są nam w stanie umknąć. Byłem w Stonehenge. Tak naprawdę to kupa kamieni, jeden stoi tak, drugi stoi tak, trzeci stoi jeszcze inaczej. No popatrzeć chwilę, zrobić zdjęcie i pójść. A jak człowiek zaczyna czytać i orientować się o kulturach przedanglikańskich, druidach, to widzi ten background. Dlatego tak ważne jest robienie planów.
Reklama
Odpowiadam na te same pytania, które kiedyś sam sobie zadawałem i ktoś mądrzejszy w sferze taniego podróżowania udzielał mi odpowiedzi. Pierwsza z obaw, to że jak za granicę, to na pewno będzie drogo i człowieka nie stać. Paradoksalnie, coraz częściej w wielu miastach, także Zachodu, może być taniej. Polska jest drogim krajem, tylko to dopiero widać z perspektywy zagranicznej. Bilet w Barcelonie, taki T10, jest tańszy niż bilet w Warszawie. W przeliczeniu 10-przejazdowy karnet kosztuje 90 centów, czyli powiedzmy około 4 złotych, a 4,40 kosztuje w Warszawie. Kawa w dużym mieście, Poznaniu czy Bydgoszczy może kosztować kilkanaście złotych w popularnych sieciówkach, więc to jest cena znacznie zawyżona. Wszędzie można pójść do knajpy zjeść za 20 i za 200 zł. Podobnie jest za granicą. Są knajpy, gdzie za 10 euro można jeść, ile się chce. W Barcelonie jest też taka, w której wszystko kosztuje 1,50 euro. Nieważne, czy to fanta, sprite, piwo, czy jakieś przekąski, a w poniedziałki zdaje się jest jeszcze zniżka 50%. Po to też, wracając do przygotowania, jest ta wiedza, żeby nie przepłacać. Jeżeli np. wysiadam na lotnisku w Dublinie, to na grupach dyskusyjnych wyczytałem, że gdy się wyjdzie poza halę, gdzie stoją zaparkowane samochody, to jest autobus miejski za 3,50 euro, a autobus sprzed głównego terminala odjeżdża za 10 euro.
Zawsze powtarzam, że nie można dać się zwariować. Bo kiedy ja byłem w Dublinie, padało i było zimno i stwierdziłem, że nie będę dla tych kilku euro szedł w deszczu, a potem stał i marzł na przystanku nie wiadomo ile, tylko po to, żeby było taniej.
Znam też takich ludzi, o których Pan wspomniał. Spotkałem człowieka, który poleciał do Tokio tylko po to, żeby zjeść sushi i wrócić. Samolot powrotny miał za godzinę czy półtorej, więc nie wychodził nawet z lotniska, choć sam lot trwał kilkanaście godzin. To tak jak grupa pasjonatów awiacji. Ludzie stoją na lotnisku i robią zdjęcia samolotom, które lądują. To są jakieś wąskie klany, które mają swoją wiedzę i się nią cieszą. Jeżeli ktoś się pasjonuje lataniem w ten sposób, to jest to jego święte prawo.
Ja staram się zrobić z tego większy użytek. Uświadomić sobie i innym, że co tydzień lub co dwa, może być i co miesiąc, bo to nie jest wyścig, można sobie pozwolić na podróż za granicę, za którą na pewno nie zapłacimy więcej niż za pobyt w Zakopanym czy Sopocie. Ludzie często mają taką obawę, że za granicą wydadzą kupę forsy, a później jedzie ta sama rodzina do Zakopanego i na Krupówkach zjada 14 gofra z bitą śmietaną czy nad morzem rybę, która też jest w cenie zawyżonej w popularnych kurortach i nagle okazuje się, że to dużo drożej wychodzi.
To tak jak z zakupami. Żeby mieć świadomość, że jak są spodnie za trzy stówy, a będzie zaraz mikołajkowa czy potem noworoczna promocja, to one będą przecenione i będą kosztować 89 zł. To są te same spodnie. Jeżeli ktoś chce kupić drożej, to oczywiście nikt nie może mu tego zabronić. Z mojej perspektywy jest natomiast fajnie, jeżeli zapłacę 89 zł, a dwie stówy zostaną mi w kieszeni. Z podróżami jest identycznie. Można zanocować w tym samym hotelu w jednym dniu za tyle, w drugim za tyle. Ten sam bilet może kosztować 79 zł albo 379 zł.Reklama
Druga kwestia dotyczy tego, że ktoś się boi bycia sam. W wycieczkach all inclusive, które także lubię, jest duży komfort pod tym względem. W takim samodzielnym wyjeździe nie ma już rezydenta, który wsadzi do autobusu i zawiezie, gdzie trzeba. Trzeba być otwartym, zapytać się, a to jest, moim zdaniem, nieoceniona nauka. Język to jest kolejna bariera, szczególnie dla starszych osób, bo ludzie młodzi łatwiej to ogarniają, żyją w innej epoce. Ludzie 30+, 40+ albo 60-70+, bo na spotkania w uniwersytetach trzeciego wieku także jeżdżę, obawiają się tego, że językowo nie dadzą rady. Czasami wystarczy kilka zdań, kilka zwrotów i jakby ta umiejętność otwarcia sprawia, że człowiek dzięki takiej podróży staje się bardziej otwarty i radosny, i to też nam samym pomaga. Stajemy się bardziej odważni cywilnie, tak to można nazwać.
Oczywiście, że tak. Teraz na weekend jadę w Beskidy do Goleszowa, jednego z miejsc, które opisywałem kiedyś w książce i tam jest taki festiwal podróżniczy Etnokamera. Ja tam co prawda mam występ i w piątek, i w sobotę, i niedzielę, ale poza tym będę imprezował. Także staram się łączyć jedno z drugim. A żeby wykroić czas, to dzisiaj wstałem specjalnie o piątej, dwie godziny wcześniej, żeby rano pouczyć się hiszpańskiego. Staram się codziennie zrobić lekcję i ponieważ nie mam kiedy chodzić na siłownię, to porobić taki zestaw ćwiczeń obowiązkowych w domu. Żeby to weszło w nawyk jak słanie łóżka. Jak się chce to można, ale ja to też lubię. Lubię też lody, ale 5 kg naraz nie zjem, muszę mieć po prostu jakąś przerwę.
Reklama
Rozmawiał Tomasz Guhs [[/pay]]
Galeria zdjęć ze spotkania z Jakubem Poradą dostępna poniżej:
[[gal=18657]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Pomnik Piasta jest testamentem ideowo-politycznym Rodłaków - Bohaterów Krajny, Dziedzictwem Narodowym. Do niedawna był ponad dekadę wyśmiewany, omijany, dyskryminowany i wykluczany z życia społeczeństwa, przez miejscowych domorosłych historyków. Na szczęście, to się skończyło dzięki decyzjom Pani burmistrz Marii Chołodowskiej i burmistrza Adama Pulita. Dziękuję Redaktorze, że Pan także ustawił wspomnianych domorosłych historyków do narożnika.
Nie znam gościa... to chyba kolejna persona, która jest znana z tego że jest znana.
Pomnik Piasta jest testamentem ideowo-politycznym Rodłaków - Bohaterów Krajny, Dziedzictwem Narodowym. Do niedawna był ponad dekadę wyśmiewany, omijany, dyskryminowany i wykluczany z życia społeczeństwa, przez miejscowych domorosłych historyków. Na szczęście, to się skończyło dzięki decyzjom Pani burmistrz Marii Chołodowskiej i burmistrza Adama Pulita. Dziękuję Redaktorze, że Pan także ustawił wspomnianych domorosłych historyków do narożnika.
Nie znam gościa... to chyba kolejna persona, która jest znana z tego że jest znana.