Co Moussa Niare z Afryki robił w Okonku? Co go najbardziej zaskoczyło? Jak się dogadywał z kolegami, skoro w jego ojczyźnie mówi się po francusku?
Moussa Niarè był w Zakładzie Naprawczym Mechanizacji Rolnictwa w Okonku zaledwie kilka dni. Musiał w tym czasie nauczyć się produkcji kontenerów na śmieci. Będzie to samo robił w swojej ojczyźnie – Mali, kraju w środkowej Afryce. Moussa wzbudzał wśród pracowników zakładu ogromne zainteresowanie - nie tyle kolorem skóry, ale tym, co ktoś z tak dalekiego i egzotycznego kraju tu robi. Młody Malijczyk jest zamieszaniem wokół swojej osoby trochę onieśmielony i zawstydzony. Nie przypuszczał, że zostanie tu tak ciepło przyjęty i będzie mu poświęcone tyle uwagi. – Jestem bardzo wdzięczny za to, że takie szkolenie mogłem tu odbyć. Każdy chce chociaż przez chwilę poświęcić mi trochę czasu – twierdzi Moussa. Uważa, że kilka dni w okoneckim zakładzie dało mu wiele, bardzo dużo się nauczył.
Co go totalnie zaskoczyło w Polsce? – Praktycznie wszystko – twierdzi. Ale nie może się nadziwić pracowitości Polaków, z którymi się zetknął, ich fachowością. Powtarzał to kilka razy dziennie. – To najbardziej pracowici ludzie, jakich w życiu widziałem – zapewnia.
Z francuskiego na niemiecki, z niemieckiego na polski
Mali to była kolonia francuska, dlatego też język francuski jest tam językiem urzędowym. Tubylcy mówią również w swoim ojczystym języku, narzeczy malijskiego jest kilkadziesiąt. Jak się w takim razie można było z gościem dogadać? Nieco to skomplikowane. Tłumaczem z języka francuskiego na niemiecki był Georg Ohlmann, opiekun Moussy, mieszkaniec Erfurtu. Z kolei tłumaczenia z niemieckiego na polski podjęła się Bernadeta Pluwak, która w ZNMR w Okonku pełni zarówno rolę tłumacza jak i prawej ręki niemieckiego właściciela zakładu Hansa Jürgena Löwe.
[[reklama]]
Również Georg Ohlmann jest w Polsce po raz pierwszy, ale nasz kraj zrobił na nim duże wrażenie. – Oczywiście rzucają się w oczy piękne Polki, ale na razie wszystko mi się tu podoba – żartuje. Do Polski przyjechał z Erfurtu, miasta, które ma dwanaście partnerskich miast rozsianych po całym świecie. W Polsce od trzydziestu lat jest nim Kalisz, a w Afryce od 2011 roku jest nim Kati - osiemdziesięciotysięczne miasto położone dwadzieścia kilometrów od stolicy Mali - Bamako.
- Różnica w partnerstwie pomiędzy Kaliszem a Kati jest ogromna, choćby dlatego, że Polacy nie potrzebują naszej materialnej pomocy. Wymiana odbywa się na płaszczyźnie społecznej i kulturalnej – tłumaczy Georg. Mali jest jednym z najbiedniejszych krajów na świecie. Jego mieszkańcy potrzebują pomocy niemal w każdej dziedzinie. Skoro jest tam taka bieda, to dlaczego Niemcy „uparli” się, żeby uszczęśliwić Malijczyków kontenerami na śmieci? Okazuje się, że jest to część projektu podpisanego pomiędzy odpowiednimi ministerstwami w Mali i Niemczech. Zakład komunalny w Erfurcie otrzymał specjalny fundusz na utworzenie czegoś w rodzaju zakładu komunalnego w Kati. Stąd właśnie kontenery na śmieci.
[[reklama]]
Zmienić mentalność ludzi
W Mali jest tylko jeden rodzaj odpadów – naturalne. Nie spotyka się tu odpadów przemysłowych, każda wyrzucona rzecz jest wykorzystywana - Malijczycy są mistrzami jeśli chodzi o zrobienie czegoś z niczego. W tym afrykańskim kraju nie było do tej pory koszy, odpadki wyrzucano w miejscu, gdzie się akurat przebywało - tak było od wieków. Rodziło to oczywiście pewne problemy, głównie rozwój chorób zakaźnych, które dziesiątkowały miejscową ludność. Jak w takim razie przekonać Malijczyków do tego, żeby te nawyki zmienić? - To jest właśnie nasze, Niemców, zadanie. Kilka razy w roku organizujemy akcję „czyste Kati”. Zmienić mentalność ludzi, szczególnie tych starszych, jest bardzo trudno, wymaga to czasu. Edukacja musi zacząć się już od najmłodszych lat, raczej nie da się już zmienić mentalności i toku myślenia ludzi starszych. U nas wyrzucanie śmieci do lasu jest karalne, u nich czymś normalnym. Tym bardziej, że ich przemysł nie produkuje w ogóle koszy i kontenerów na śmieci – tłumaczy Georg.
Zapewnia jednocześnie, że dostarczanie do Mali tylko żywności nie jest znowu czymś do końca dobrym. – Przykładowo dostarczane mleko w proszku niszczy miejscową hodowlę krów. W Niemczech je się tylko piersi z kurczaka, resztę traktuje się jako „odpad” (co uważam za nieporozumienie) i wysyła do Mali. Powoduje to problemy rolników ze zbyciem ich mięsa. Dlatego też ostatnio wielki nacisk kładzie się na formę: nauczać, edukować, informować. Tamtejszej ludności trzeba dać przysłowiową wędkę, a nie ryby.
Poradzi sobie
Wiele niemieckich zakładów komunalnych kupiło kontenery produkowane w Okonku. Mają one swoją renomę i cieszą się powodzeniem. Dlatego też właściciel i pracownicy ZNMR w Okonku patrzą w przyszłość z optymizmem.
Najłatwiej byłoby kupić kontenery w Okonku i wysłać je do Mali. Problem w tym, że kraj ten nie ma dostępu do morza, wysyłka kontenerów samolotem byłaby bardzo droga. Dlatego też postanowiono zrobić wszystko, aby to Malijczycy sami zajęli się produkcją. Skoro w Okonku robi się jedne z najlepszych kontenerów w Europie, to nie pozostało nic innego jak przysłać tu na szkolenie rodowitego Malijczyka. Moussa ma w Kati mały zakład ślusarski, w porównaniu do okoneckiego bardzo prymitywny: bez dźwigów, wózków akumulatorowych, suwnic. Jak zapewnia jednak jego niemiecki opiekun, Malijczyk z pewnością sobie z tym poradzi. Musi robić takie same kontenery jakie produkuje się w Okonku, po to otrzymał całą dokumentację dotyczącą ich produkcji. Poza tym z Niemiec dostał specjalny samochód do przewozu śmieci w takich właśnie kontenerach.
Moussa zapewnia, że o Okonku, małej mieścinie oddalonej od tysiące kilometrów od jego ojczyzny, nigdy nie zapomni. Ma nadzieję, że może jeszcze kiedyś tu wróci.
Ryszard Mikietyński
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze