Reklama

Porzuceni przez dzieci

16/04/2015 08:37
Oddani przez rodziny do szpitala czy hospicjum nie są mile widziani z powrotem w domu. Ich dzieci zmieniają numery telefonów, wymeldowują rodziców i podrzucają jak niepotrzebne już przedmioty

-Przepraszam, a pani do kogo?
Ja tu, do hospicjum.
Ale przepraszam, odwiedzić kogoś czy jak?
Nie, ja tu mam skierowanie. Syn mi wszystko załatwił.
Siostra Piotra bierze do ręki dokumenty kobiety. Ta siedzi na ławce przy drzwiach wejściowych do hospicjum i patrzy wyczekująco. W papierach wszystko się zgadza. Siostra dyrektor pamięta, że do Hospicjum Sióstr św. Elżbiety miała przyjechać pacjentka o takim nazwisku. Miała być jednak obłożnie chora, z odleżynami na ciele - tak opisał ją syn. Siostra dyrektor wciąż nie dowierza i pyta rozmówczynię:
- To pani siostra przyjedzie?
Ta na to, jakby nigdy nic, bierze w ręce walizki.
- To gdzie mam się wnieść?
Siostra dyrektor nie spodziewała się, że rezolutna staruszka miałaby być pacjentką hospicjum.
Dalej akcja toczy się bardzo szybko. Siostra Piotra dzwoni po syna kobiety. Zanim ten przyjeżdża, sprawdza zapis monitoringu, z którego wynika, że mężczyzna nawet nie wetknął nosa za drzwi hospicjum. Wstawił mamę i odjechał. Podczas rozmowy telefonicznej syn oznajmił, że mamie się dzisiaj polepszyło i już chodzi. Siostra dyrektor jest nieugięta. Informuje syna, że mamusię trzeba zabrać do domu. - Ale ja za granicę wyjeżdżam, mam już robotę ustawioną – żali się syn niedoszłej pacjentki.
- Pan mnie okłamał, żeby tylko się mamy pozbyć - mówi rozgoryczona siostra Piotra. W hospicjum nie ma miejsca dla osób, które zdobędą powyżej czterdziestu punktów skali Barthel. Jest to uregulowane prawnie. Z obserwacji i doświadczenia siostry Piotry wynikało, że niedoszła pacjentka jest osobą w pełni samodzielną, nie wymagającą pobytu w hospicjum.
W tym przypadku udało jej się dodzwonić do rodziny. Często jest to niemożliwe.

Pół miliona na pomoc

Starzejemy się jako społeczeństwo. To slogan, ale przeliczony na konkretne pieniądze. W 2014 Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej w Złotowie płacił za dwadzieścia osób przebywających w domach pomocy społecznej. Kosztowało to ponad 460 tys. złotych. Miesięczne utrzymanie osoby w takim ośrodku kosztuje około 3200 złotych. - Trudno te pieniądze wyegzekwować od rodzin – mówi kierownik MOPS Piotr Brewka. - Od 2015 roku nieruchomości tych osób miały przechodzić na własność Skarbu Państwa, ale na razie tak się nie dzieje – dodaje. Koszty ponosi więc miasto. Także usług opiekuńczych. - Dla stu osób kosztowały one 318 tys. złotych – dane za ubiegły rok podaje zastępczyni burmistrza Złotowa Małgorzata Chołodowska. Obciążenia te wciąż rosną, a w powiecie złotowskim nadal nie ma domu pomocy. - Zrobiliśmy drobny krok, bo powstała świetlica dla seniorów w Wielkopolskim Samorządowym Centrum Kształcenia Zawodowego i Ustawicznego. Następnym krokiem powinno być stworzenie domu dziennego pobytu, z posiłkami i rehabilitacją. Trzeci krok to DPS – uważa M. Chołodowska, która do niedawna kierowała WSCKZiU. Pocieszające jest to, że w Złotowie działa hospicjum, oddział paliatywny w szpitalu, są usługi opiekuńcze. - Gdyby nie to, byłoby gorzej – twierdzi P. Brewka. Kierująca hospicjum siostra Piotra i oddziałowa oddziałów paliatywnego i opiekuńczo-leczniczego w Szpitalu Powiatowym im. Alfreda Sokołowskiego w Złotowie Teresa Marchlewicz-Pachuc pokazują, że gorzej już jest. - Mam kilkanaście lat doświadczenia i chyba nic mnie już w życiu nie zaskoczy jeżeli chodzi o podejście dzieci do rodziców – mówi ta druga.



Czego oczy nie widzą...

Ciuciubabka to zabawa nie tylko dla dzieci. Starzy i schorowani doskonale pasują do ról odgrywanych w tej grze. To nasłuchują, czy jest ktoś w domu, to próbują złapać, choćby wzrokiem, kogoś z rodziny. - W domach osoby starsze kładzie się tam, gdzie ich nie widać – twierdzi T. Marchlewicz-Pachuc. - Wiem to od ratowników, którzy starsze osoby wynoszą gdzieś z poddasza, znoszą je po stromych schodach. Oddziałowa opowiada historię jednej z pacjentek. - Pani miała trójkę dzieci, ale po postawieniu jej u nas na nogi żadne nie chciało jej wziąć do siebie. Więcej – córka wymeldowała ją z domu, a pani przecież nie była ubezwłasnowolniona. Został popełniony błąd urzędniczy – pielęgniarka oddziałowa wspomina przypadek z terenu powiatu złotowskiego. Ostatecznie, dzięki pomocy Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Lipce, staruszka trafiła do córki, która wcześniej ją wymeldowała. „Wciskanie” rodziców dzieciom zdarzało się także siostrze Piotrze. Niedawno syn pacjentki hospicjum nie chciał telefonicznie odebrać radosnej wiadomości o polepszeniu się zdrowia matki. Dyrektor hospicjum zawiozła więc mu ją do domu. Domu będącego własnością staruszki. - Syn był bardzo niezadowolony, że mama wróciła, chociaż udawał przed nią szczęśliwego. Mama była po udarze, w ciężkim stanie, a po pobycie u nas mogła sama dobrze funkcjonować we własnym domu – mówi przełożona złotowskiego hospicjum.
Ostatnio siostra Piotra z obojętnością rodzin styka się coraz częściej.

Staruszka z domu...

Dlatego dziś, gdy przyjmuje pacjenta, prosi rodzinę o kilka telefonów kontaktowych. A i tak zdarza się, że gdy trzeba odebrać mamę czy tatę żaden z nich nie odpowiada. - Jak próbuję poinformować rodzinę, to nie ma już takiego numeru. To coraz częstsza praktyka – przyznaje dyrektor hospicjum. Także Teresa Marchlewicz-Pachuc zabezpiecza się przed niepamięcią rodzin. - Zawsze rozmawiam wyłącznie z tą osobą, która będzie później płacić. Ja muszę być pewna, że te pieniądze trafią do szpitalnej kasy – mówi oddziałowa zakładu opiekuńczo-leczniczego. Obie jednostki, ZOL w szpitalu i hospicjum, na podstawie ustawy pobierają 70% emerytury czy renty podopiecznych, niezależnie od ich wysokości. Najczęściej nie są to duże pieniądze. - To wystarczy, by rodzina już się nie poczuwała do odpowiedzialności za tę osobę. Myślą, że jeśli wpłacą na Zakład Opiekuńczo–Leczniczy 500, czy 600 zł, to jest to już załatwiona sprawa i mamy się panią czy panem opiekować do końca ich życia - zauważa siostra zakonna. - Szkoda tylko, że tego rodzaju sytuacje sprawiają, że wówczas nie ma miejsca dla osób w ciężkim stanie - dodaje. Zdarza się jednak i sytuacja odwrotna – to zakład opiekujący się chorym ma wątpliwości, czy go oddać. - Pani przyjechała do nas jak z Oświęcimia: wychudzona i odwodniona. Postawiliśmy ją na nogi, miała wrócić do domu, ale tam nikt nie poda jej szklanki wody... Kobieta mieszkała z synem, który pił i wszystko wyprzedawał. Łącznie z łóżkiem, na którym leżała mama. A w domu nie było ani światła, ani wody. Została więc u nas, bo do domu pomocy społecznej się nie nadaje – T. Marchlewicz-Pachuc mówi o jednym z kryteriów przyjęcia do DPS. Skala Barthel to wyraz samodzielności i kondycji pacjenta. Kto przekracza czterdzieści punktów w skali Barthel, może trafić do domu pomocy społecznej. Byle nie był zbyt młody. - Mamy pacjenta bezdomnego, młodego człowieka, który sam sobie w życiu na pewno nie poradzi. Ma 36 lat i dlatego nikt go nie chce przyjąć, bo za długo będzie żył. Tak czasami słyszę od dyrektorów DPS. Do przyjęcia do domu pomocy społecznej ciągle jest drugi w kolejce, a wiem, że są tam pacjenci przyjmowani - siostra Piotra nie ma złudzeń co do tego, co rządzi tym światem.

Oddziałowa wysłucha

Pracować jednak trzeba i nie zawsze ma się czas, by zaopiekować się chorymi rodzicami. Część osób rozwiązuje ten problem, płacąc za pobyt seniora w takim czy innym ośrodku. - Robi się tak jak na Zachodzie. Dziecko odcina się od rodziny, idzie na swoje, więzi emocjonalne słabną i potem woli zapłacić niż się opiekować – oddziałowa Pachuc powołuje się na rozmowy z rodzinami. W jej gabinecie odbywają się niemal intymne zwierzenia. Przekonuje ona rodziny żeby wytrzymały z chorą osobą choćby trzy miesiące, przez kolejne trzy odpoczną, bo mama trafi ponownie na ZOL. - W końcu przy opiece 24 godziny na dobę nawet mamusia potrafi dać w kość – przyznaje pani Teresa. Nie wszyscy jednak zabierają chorych do siebie. - Jest kilka osób, które krążą między ośrodkami – przyznaje przełożona pielęgniarek. Coraz więcej ludzi zapomina o obowiązku alimentacyjnym (mówi on, że dziecko musi zająć się rodzicem). - Gdy jest więcej dzieci, to jedno spycha odpowiedzialność na drugie. Najczęściej mówią, że mamą zająć ma się ta osoba, która bierze emeryturę. Mówię im: to jest wasza mama, wasz tata, który was wychował i teraz trzeba mu to oddać – T. Marchlewicz-Pachuc opisuje rozmowy z rodzinami. - Jest mi żal, że rodzina daje odczuć starej matce czy ojcu, babci czy dziadkowi, że nie chce ich w domu, że nie cieszy się z ich powrotu - mówi ze smutkiem siostra Piotra. - Kiedyś ktoś powiedział, że ""starość nie chroni przed miłością, ale miłość czasem potrafi nas chronić przed starością"". Tego życzę wszystkim.
Tu niczym bumerang wraca pytanie, czy w Złotowie lub okolicy powstanie dom pomocy społecznej. Może wówczas mniej osób dosięgnie ""klątwa"" oddziałowej: - Tych, którzy brzydko, niestosownie, niehumanitarnie opiekują się rodzicami to samo kiedyś dosięgnie.

Łukasz Opłatek

[[reklama]]
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama