Reklama

Potrójny zawrót głowy

24/11/2014 00:00
W domu państwa Skiba szczęście mnoży się przez trzy. Kłopoty i troski też, ostatecznie jednak uśmiechnięte buzie Ani, Zuzi i Zosi potrafią je przegnać. Życie z trojaczkami, jak zapewnia ich mama Iwona, choć od początku łatwe nie było, jest pełne kolorów

Nie brakuje śmiechu i radosnych krzyków, które wypełniają dom chwilę po 13.00, kiedy to ośmiolatki wracają ze szkoły i rankiem, tuż przed wyjściem na szkolny autobus. Nim jednak dziewczynki wezmą na plecy tornistry, odbywa się wielkie pakowanie. Równie obowiązkowe co drugie śniadanie są całusy dla taty, który zbiera się do pracy. - Jak któraś nie zdąży się z nim pożegnać, to zaraz jest taki płacz, że muszę Adama zawrócić – mówi o mężu pani Iwona.
Łzy, lata temu, pojawiły się i w jej oczach. Jako oznaka szczęścia czy strachu – nawet dziś trudno ocenić. A zaczęło się od marzeń.


Dziecko. Jedno, drugie... trzecie!


Państwo Skiba doczekali się piątki dzieci. Pierwsza na świat przyszła trzynastoletnia dziś Karolina, później rodzina powiększyła się o Izę, która dziś kończy podstawówkę. Pięć lat po jej narodzinach małżonkowie wymarzyli sobie syna, ich starania okazały się jednak nadzwyczaj owocne. Nie od początku było to jednak jasne. Kiedy okazało się, że pani Iwona spodziewa się dziecka, o ciąży mnogiej nikt nawet nie pomyślał – ani w jej rodzinie, ani w rodzinie jej męża nie było dotąd bowiem nawet bliźniaków. Poza tym podczas pierwszej wizyty ginekolog, mimo pokaźnego brzuszka, nie wskazała na nią. Bardziej podejrzliwe były inne kobiety, które pytały naszą rozmówczynię, będącą wówczas w siódmym tygodniu, czy to już czas do porodu. Sama pani Iwona, mająca na głowie masę obowiązków, nieszczególnie zwracała uwagę na swoje „ponadwymiarowe gabaryty”. Do czasu, gdy poczuła się źle – szwagierka ekspresowo zawiozła ją do lekarza, który wykonał USG. - Jedno dziecko, drugie i... guz? – zaczął liczyć. Nie będąc pewnym, odesłał naszą rozmówczynię do szpitala. Podczas bardzo krótkiej drogi przez głowę pani Iwony przetoczyło się milion myśli. - Paraliżowała mnie myśl o bliźniakach, bałam się też o zdrowie – wspomina kobieta. Na miejscu USG – i liczenie – powtórzono. - Jedno, drugie... trzecie! - pani Iwona była w kompletnym szoku. Tym bardziej, że lekarz powiedział: „szukamy czwartego”. Na trójce się jednak skończyło.
- Jak to trojaczki? - pani Iwona i w to nie mogła uwierzyć. Po jej twarzy zaczęły toczyć się łzy. Łzy szczęścia, radości, strachu przed tym, jak sobie z mężem poradzą. - Zaczęłam myśleć: skąd weźmiemy trzy łóżeczka, tyle ubranek… i czy dzieci będą zdrowe – wspomina. Lęk o maluchy nie opuszczał jej zresztą do końca ciąży. Nim jednak szczęśliwie przez nią przeszła, o potrójnym szczęściu musiała poinformować męża. Wyręczyła ją – będąca w równie dużym szoku – szwagierka.


Zamyślony


- Kiedy wjechałyśmy na podwórko, mąż wyszedł akurat z szopy. W rękach miał piłę motorową – pani Iwona uśmiecha się na wspomnienie tego dnia. Jej szwagierka zatrzymała auto i wyskoczyła z niego, krzycząc: „To trojaczki!”. - Piła wypadła mu z ręki – śmieje się moja rozmówczyni. - Wziął dokument ze szpitala, przeczytał, potem wyjął papierosa i zapalił. Usiadł na schodach i siedział tak do wieczora, w ogóle się nie odzywał – opowiada. W domu zjawił się, kiedy starsze dzieci już spały. Kąpiel pomogła mu dojść do siebie i wtedy zaczął się cieszyć. Bliskość nie trwała długo – z powodu finansowych wyjechał do pracy do Belgii. - Jak wrócił, miałam już taaaki brzuch – pani Iwona rysuje go ręką. - Niektórzy mówili, że wyglądam jak słoń, a to był dopiero piąty miesiąc – wspomina. - Mąż żartował, czy jeszcze mieszczę się w drzwiach – nasza rozmówczyni nie miała mu tego za złe. Zresztą z obowiązków męża wywiązywał się wzorowo. Dbał o panią Iwonę, a gdy ta przebywała w szpitalu, opiekował się Izą i Karoliną. Dlatego właśnie w Poznaniu, gdzie na świat przyszły trojaczki, nie mógł być. Nasza rozmówczyni sama zmierzyła się z bólem. W trzydziestym trzecim tygodniu zarządzono cesarskie cięcie. - Martwiłam się o dzieci, ponieważ w ogóle nie płakały – wspomina pani Iwona. By upewnić się, że wszystko z nimi w porządku, z uporem liczyła paluszki. Całą trójkę widziała chwilę. Potem „urwał jej się film”. Zobaczyła dziewczyny dopiero po upływie trzech dni.


Rozłąka


Pani Iwona do domu wróciła tylko z mężem, który przyjechał po nią do Poznania. Wcześniaki musiały zostać w szpitalu – do Złotowa przewieziono je znacznie później i to nie wszystkie razem. Najpierw wypisano Zuzannę, po kilku dniach do małej dołączyły siostrzyczki – Aniela, nazywana w domu Anią i Zosia. To właśnie ją jako pierwszą rodzice mogli zabrać do domu. - Była tak malutka, że mieściła się mężowi w dłoni – opowiada nasza rozmówczyni. Cała trójka spała zatem w jednym łóżeczku. Dziewczynki były do siebie tak podobne, że nad ich główkami musiały zawisnąć karteczki z imionami (sposobem były też zapinki do smoczków w różnych kolorach). - Nigdy nie wyjmowaliśmy wszystkich naraz z łóżeczka, bo – np. podczas karmienia – nie chcieliśmy się pomylić – państwo Skiba byli bardzo ostrożni. Kiedy pan Adam wychodził do pracy, pani Iwona sama musiała sobie ze wszystkim radzić, a przecież uwagę musiała jeszcze podzielić między starsze dziewczynki i obowiązki domowe. - Wszystko robiłam w biegu – opowiada.
Trojaczki więc, by zminimalizować konieczność noszenia na rękach, kładła na jedną poduszkę i kołysała. Jak były większe – baraszkowały w kojcu zbudowanym z kołdry i poduszek. Właśnie podczas takich zabaw serce pani Iwon na moment się zatrzymało. - Ania momentalnie zsiniała, przestała oddychać. Nie wiedziałam, co robić – wspomina pani Iwona, dodając, że na szczęście w tym samym momencie na podwórko wraz z kolegą zajechał mąż – natychmiast zawieźli małą do szpitala. Kilka dni później historia powtórzyła się z Zuzią, Zosię przywieziono więc do szpitala profilaktycznie. Diagnoza wystraszyła rodziców: padaczka dziecięca. - Nie raz miałam wszystkiego dość, nie raz miałam ochotę wyjść i wykrzyczeć swój żal – nasza rozmówczyni nie ukrywa, że targały nią najróżniejsze emocje. Przechodziły wraz z dobrymi wiadomościami: Zuzia z epilepsji wyrosła. Mimo wszystko pierwszy rok życia dziewczynek naznaczony był częstymi wizytami w szpitalu. To tam wyrzynały się pierwsze ząbki, to tam córki państwa Skiba zaczęły chodzić.
Teraz dziewczyny mają po osiem lat, w pewnym stopniu są więc samodzielne, nie oznacza to jednak, że ich rodzice mają wiele mniej problemów. Całą trójkę trzeba przecież ubrać, wyżywić, przygotować do szkoły, odrobić z nimi lekcje, a czasami nawet – mimo siostrzanej miłości – pogodzić.


Zagadka


Dziewczynki są do siebie podobne, rodzice jednak rozpoznają je bezbłędnie. Gorzej z obcymi. - W przedszkolu najpierw naklejaliśmy im na ubranka karteczki z imionami, potem ustaliliśmy, że każdą czeszę inaczej, były też inne kolory gumek do włosów – pani Iwona zdradza swój patent. - Teraz są trochę inne, zwłaszcza z charakteru – słyszymy. Ania to największa buntowniczka, najspokojniejsza zaś podobno jest Zuzia. Zosia łączy w sobie cechy obu sióstr.
Dziewczynki ubierane są inaczej, kolorowanki czy zabawki muszą mieć jednak równe – inaczej trwa awantura o to, co kto ma ładniejsze. Choć czasami się kłócą – same deklarują, że tylko „troszeczkę” - nie chcą, by mama je rozdzielała. Ta zdradza nam, że prócz kłótni bywają i bójki. A jednak wszystkie do siebie tęsknią. Mimo aktualnie trwającej licytacji: która zrobiła ładniejszy listek z makramy i która lepiej czyta. - Cicho! Teraz ja! - krzyczy do Ani Zosia. - A która z was jest najstarsza? – pytam. - Ja jestem najmniejsza – woła Ania. - I najchudsza! – dopowiada Zuzia, dodając, że sama jest „taty pulpecikiem”.


To już jest koniec!


Marzenie o synku nie miało szansy się ziścić. Czy państwo Skiba będą jeszcze próbować? - Absolutnie! - mówi pani Iwona. Są już po pięciokroć szczęśliwi, więc wyzwania, również te finansowe, pozostawiają innym.
Patrycja Kajewska
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama